|
Relacja

Ruszamy...
Do
Turcji postanawiamy dostać się samolotem, przede wszystkim dlatego, ze
nie chcemy tracić cennego czasu na dojazd. Najtańszym wariantem jest lot
czarterowy. Wcześniej dowiadujemy się czy nie będzie problemów z zabraniem
rowerów. Okazuje się, że niewielkie - trzeba je tylko rozmontować i spakować
do kartonów, żeby zajmowały jak najmniej miejsca. Karton najlepiej zdobyć
w sklepie rowerowym. Praktycznie żaden samolot pasażerski nie zabiera
rowerów w całości ze względów bezpieczeństwa. Wszystkich pasażerów obowiązują
te same prawa: na jedną osobę przypada 20 kg i 5 kg bagażu podręcznego.
Przy lotach rejsowych każdy kilogram nadbagażu wiąże się z opłatą ok.
8 $. Jednym z argumentów przemawiających za wybraniem lotu czarterowego
jest stała opłata za nadbagaż wynosi 25$. Nasze rowery pakujemy w kartony
(po rowerach dla dzieci), które wypełniamy szczelnie innymi potrzebnymi
nam rzeczami, zaklejamy karton taśmami i obwiązujemy mocno sznurkiem.
Do kartonów, nie mieszczą się koła, toteż pakujemy je do osobnego pudła.
W sumie na nasz dwuosobowy zespół przypadają 3 kartony i 2 plecaczki podręczne
wypchane po brzegi najcięższymi przedmiotami.
Nadbagaż
mamy spory w sumie całość waży ponad 70 kg, za nic po podzieleniu na dwa
mnie wyjdzie 25 kg. Jednak mamy sporo szczęścia; pani przy odprawie przymyka
na to oko i bez dodatkowych opłat znajdujemy się na pokładzie samolotu.
Z
Poznania do Antalyi
Około
3 godzin bezpośredniego lotu i znajdujemy się wieczorem u wybrzeży Turcji.
Prawie milionowa Antalya jest największym miastem na śródziemnomorskim
wybrzeżu Turcji. Stworzona dla potrzeb przemysłu turystycznego, może być
niezłą bazą wypadową.
Z
lotniska jedziemy taksówką (12 $- cena ustalona) do dzielnicy Kaleci.
Można tam znaleźć dość tanie noclegi. Trzeba wspomnieć, że lotnisko nie
ma żadnego połączenia autobusowego z centrum miasta.
Następny
dzień upływa nam na składaniu rowerów i niezbędnych zakupach. Nasza trasę
rowerową chcemy rozpocząć od Efezu i stamtąd jechać już cały czas wybrzeżem
w kierunku Adany.
Wieczór
spędzamy na poszukiwaniach autobusu, któryby zabrał nas i rowery. Turcja
ma doskonale rozwiniętą sieć autobusową więc bez problemu kupujemy bilety
do Pamukkale, które warto zwiedzić do drodze.
Klif
w Pamukkale przypomina „pałac z bawełny”, którego architektem jest gorące
źródło, woda wyrzeźbiła tarasowate baseny. Jest to doskonałe miejsce do
długich gorących kąpieli i odpoczynku. Myśmy na to jeszcze nie zasłużyli,więc
udajemy się następnym autobusem do niewielkiego miasta Selcuk położonego
3 km od ruin Efezu. 
Miasteczko
jest bardzo przyjemne i ma tanią bazę noclegową. Bardziej znanym miejscem
jest dalej położony Izmir, który jest znacznie droższy i raczej jest to
ekskluzywny kurort dla bogatych turystów.
Nasz
pensjonat oferuje w cenie noclegu dowóz do samego Efezu, gdzie możemy
oglądać podniesione z ruin świątynie, równo ułożone kamienne bloki, odrestaurowane
fryzy i kolumny; ile z tego przetrwało ? a co już bezpowrotnie zginęło
?
Przy
samym wejściu znajduje
się hellenistyczny amfiteatr z 3 wieku p.n.e. będący w stanie pomieścić
24.000 widzów. Dowiedzieliśmy się od pewnego adwokata z Selcuku, organizatora
międzynarodowych festiwali, że od 4 lat odbywają się tam współczesne koncerty
m.in. Eltona Johna czy Orkiestry Symfonicznej z Berlina. Teatr spał 2000
lat, żeby teraz znowu ożyć. W takim miejscu musi to robić niesamowite
wrażenie.
W
Efezie najbardziej imponująca jest starożytna biblioteka z około 120 roku
naszej ery.
Po
tej uczcie duchowej wracamy do naszego pokoiku, rozkładamy mapy i przewodniki,
rozmyślamy o czekającej nas trasie. Już z samej mapy wynika, że nie będzie
łatwo, Turcja jest jednym z najbardziej górzystych krajów.
Popijając
miejscowe piwo Efez wszystko wydaje się łatwiejsze. Następnego dnia mamy
wyruszać...
Turecki
dentysta
Niestety
mamy niewielki ale trochę uciążliwy kłopot. Marcinowi pęka ząb i to o
dziwo przy jedzeniu miękkiej tureckiej buły. Nie ma co wybieramy się do
miejscowego dentysty. Szanowny pan stomatolog ogląda uważnie ubytek, trzeba
przyznać, że ma bardzo nowoczesny gabinet. W końcu mówi, że wyleczy ząb
za „skromną” opłatą 100 $. Szczęki nam z wrażenia opadają w dół, ale cóż
robić, będziemy się później martwić co na to firma ubezpieczeniowa.
Dentysta
wstawia ponoć szwajcarską złotą śrubę, robi zdjęcia rentgenowskie małym
przenośnym aparatem. Wygląda na to, że już wszystko dobrze, szczęśliwi
wracamy do hoteliku mając nadzieję, że nie będziemy mieli więcej kłopotów
i możemy wreszcie ruszać.
Pierwszego
dnia chcemy dojechać do Priene. Jak na dobry początek jazdy wspinamy się
cały czas pod górę z silnym wiatrem prosto w twarz. Pedałujemy około 10
km/h. Obok drogi góry śmieci, czego nie było widać z okien autokaru. Kierowcy
nas pozdrawiają ciągle trąbiąc. Wieczorem dojeżdżamy na miejsce, okazuje
się, że jest tutaj tylko jeden ośrodek z domkami i polem namiotowym. Wszystkie
pokoiki były zajęte przez niemieckich archeologów, więc bardzo przydał
nam się namiot.
Z
okresu świetności Prieny pozostały jedynie ruiny dużego zespołu świątyń
i powalone fragmenty kolumn. Ze znacznej odległości można dostrzec częściowo
podźwigniętą kolumnadę świątyni Ateny.
Tutaj
znowu spotyka nas pech i Marcinowi ponownie pęka ząb. Teraz jesteśmy naprawdę
wściekli, ale na szczęście jest jeszcze stosunkowo blisko do Selcuku.
Zostawiamy rowery na campingu , łapiemy autobus i biegiem do dentysty.
Strasznie na niego nakrzyczeliśmy, że wziął tyle pieniędzy, jeszcze bardziej
popsuł ząb i tracimy przez niego czas! Prawie się na nas obraził, w żadnym
wypadku kobieta nie może podnieść głosu na Turka, to straszny dyshonor.
Tym
razem wstawił dwie śruby: złotą i srebrną, obiecał, że ząb będzie na pewno
zdrowy.
Cóż
nie pozostało nam nic niż tylko mu uwierzyć. Wracamy do Priene prosząc
Allaha by nam sprzyjał.
W
drogę...
Jedziemy
w stronę starożytnej Didymy, droga prowadzi wzdłuż rzeki Meandry do Miletu,
którego ruiny nie zrobiły na nas większego wrażenia. Dalej pniemy się
pod górę po to, żeby zjechać aż do samego morza.
Didyma
oprócz świątyni Apollina jest oazą lenistwa. Tutejsza plaża roi się od
kolorowych parasoli i parawanów, ludzi spalonych na mahoń wygrzewających
się w promieniach gorącego, południowego słońca.
Zwiedzamy
świątynię, której strzeże mityczna Meduza o wzroku obracających w kamień
tych, którzy ośmielili się na nią spojrzeć. To najstarsza z Gorgon- trzech
potwornych sióstr z wężami zamiast włosów, teraz stoi tu na wiecznej warcie.
Didyma
to jedno z najsłynniejszych sanktuariów hellenistycznej epoki. To tutaj
przychodzili wierni zapytać o radę, czy się ożenić, założyć dom, pójść
na wojnę itd. Podobno w taki właśnie sposób przepowiedziano Aleksandrowi
Wielkiemu zwycięstwo nad Persami.
Dzisiejsza
Didyma jest chyba ulubionym miejscem wypoczynkowym Anglików, jest tutaj
„mały” Big Ben, a nawet Hide Park, brakuje tylko londyńskiego Tower Bridge.
Na
parę kolejnych dni musimy rozstać się z morzem, droga ucieka bardziej
w ląd. Cały czas będziemy przedzierać się przez góry, czyli podjazdy i
w nagrodę niekiedy nawet 10 km zjazdy, prawdziwa radość po udrękach wspinaczki.
W Turcji drogi są doskonale oznakowane i o każdym podjeździe informuje
tablica z podaną ilością kilometrów i czasami o nachyleniu terenu. Nie
ma co się oszukiwać, że może za następnym zakrętem będzie przełęcz, licznik
bezlitośnie pokazuje dystans. Na takich górskich drogach jest bardzo mały
ruch co jest bardzo sprzyjające dla rowerzysty, a w miedzy 12.00 a 17.00
po południu jest prawie pusto. Wtedy dosłownie leje się z nieba żar i
wszyscy odpoczywają.
W
takich warunkach organizm potrzebuje bardzo dużych ilości wody, w Turcji
nie ma żadnych problemów z kupnem jakichkolwiek napojów, a nawet woda
z przydrożnych źródełek jest bezpieczna. Dobrym jej źródłem są też owoce.
W
czasie jazdy odżywialiśmy się głównie tureckimi herbatnikami z kremem,
których parę paczek mieliśmy stale przy sobie. W razie czego można na
takich bombach energetycznych jechać nawet cały dzień, co wielokrotnie
nam się zdarzało.
Wprzydrożnych
lokatach najbardziej popularne i tanie jest gozleme- rodzaj ciapata z
białym serem i najczęściej pietruszką, albo wersja
z mięsem mielonym. Cały posiłek popijamyzimnym ajranem - rodzajem rozwodnionego
jogurtu, i więcej do szczęścia nam nie potrzeba. Warto też odwiedzić Pide
Salunu i skosztować tureckiej pizzy- pide o kształcie podłużnej łódki
z serem i warzywami. Najprostsza jest tylko z serem, też bardzo smaczna
i pożywna, kosztuje mniej niż 1 $ - jest to świetna potrawa dla oszczędnych.
Odcinek
drogi od Didymy do Fethiye biegnie przez lasy i gaje oliwne, niedaleko
za Muglą spory podjazd praktycznie z poziomu morza na 690 metrową przełęcz.
Za Koycegiz następny długi podjazd.
Druga
część relacji >>
|