|
Z powodu kontuzji kolana część rowerowa
wyprawy została przerwana
Zapis z dziennika:
Kolejny dzień, z rana zimno, później ciepło,
górki, małe miejscowości, wszędzie leży jeszcze dużo śniegu. Wszędzie
samochody, ciężko znaleźć miejsce, gdzie można się spokojnie zatrzymać.
Tak samo jest z noclegiem, ciężko znaleźć miejsce gdzie można spokojnie
rozbić namiot. Teren górzysty, dokucza mi kolano, nie mogę jechać
na stojąco, pod duże górki muszę prowadzić rower. Nocuję na polu,
w nocy decyduję się zostawić rower i kontynuować podroż autostopem.
Wiem, że niektórzy mogą być zawiedzeni, ale stwierdzam że to nie
jest kontynent na rower. To jak jazda po Niemczech bez ścieżek rowerowych
gdzie jeździ 3 razy więcej aut. Dodatkowo na całą podroż (pół roku)
mam tyle, ile kelnerka w barze zarabia w miesiąc. Trzecia rzecz
to kolano, w którym czuję szpilkę jak próbuje mocniej nacisnąć pod
górkę. Wiec zdecydowałem się zostawić rower... Przepraszam wszystkich,
ale nie mam zamiaru się męczyć na rowerze... Jazda musi być przyjemna,
a jak nie jest to, staje się męczące. Więc zostawiłem rower, przyczepkę
i połowę sprzętu u pewnego księdza nad jego garażem i ruszyłem.
Niebo zamiast dachu,
wiatr zamiast ścian...
Pomysł na wyprawę strzelił we mnie jak piorun w momencie, kiedy
53-letni mężczyzna spytał się mnie, jakie jest moje marzenie.. .Odpowiedziałem,
że chciałbym zdobyć najwyższe szczyty wszystkich kontynentów dojeżdżając
do ich podnóża na rowerze. Ten sympatyczny starszy pan na imię ma
Rene pochodzi z Kanady, od trzech lat był w drodze... ROWEREM !!!
Powiedział skromnie, że jedzie dookoła świata (została mu Azja i
Australia) spotkałem go w Turcji, (kiedy wracałem rowerem z Kaukazu)
Dziś wydaje mi się, że to nie ja wymyśliłem ten pomysł, ale że to
pomysł znalazł mnie...
No więc, pora rozpocząć drugą część tego długoterminowego planu
- "Korona Ziemi rowerem". W 2003 roku odbył się pierwszy
etap tego projektu, kiedy to pojechałem na Kaukaz i zostawiając
rower u podnóża, zdobyłem najwyższą europejską górę - Elbrus (Kaukaz).
Kolejną górą na liście Korony Ziemi, czyli najwyższych szczytów
kontynentów jest Mt. McKinley (6194m.n.p.m.) Jest on najwyższą górą
na kontynencie Ameryki Północnej. Położony na Alasce, charakteryzuje
się bardzo trudnymi warunkami pogodowymi, to znaczy szybko zmieniającą
się pogodą, co jest spowodowane wpływem bliskości Oceanu Spokojnego.
Aby na niego wejść trzeba pokonać blisko 4000 metrów, dzielących
wierzchołek od bazy na lodowcu Kahiltna. Dodatkowym utrudnieniem
są lodowce, spływające z góry, liczne szczeliny, silne wiatry i
niska temperatura.
Widok na Mount McKinley znad leżącego na północ jeziora Wonder to
jeden z najbardziej majestatycznych widoków górskich na świecie.
McKinley i masyw Alaska wyrastają niespodziewanie z arktycznej tundry
i otaczających je nizin. To właśnie dlatego jedno z plemion alaskańskich
Eskimosów, Inuici, nazwali górę - Denali, czyli Najwyższy lub Tron
Słońca.
Poniższy opis będzie dla niektórych
bardzo chaotyczny i niepełny. Będę go uzupełniał w brakujące szczegóły
w trakcie postępu organizacji...
Ale jakiś plan musi być...
Plan podróży jest jeszcze bardzo niesprecyzowany, ale doświadczenie
mnie nauczyło, że nie ma co planować trasy przed wyjazdem. Wyprawa
żyje własnym życiem, sama dostosowuje się do zastanych warunków.
Na pewno na początek pojadę w kierunku Kanady, przez wodospad Niagara,
nad wielkimi jeziorami i później dalej wzdłóż Gór Skalistych. Będę
miał niemal 3 miesiące na dotarcie na Alaskę. W czasie tym planuję
także powspinać się trochę w innych górach (żeby odpocząć od roweru).
Więc na początku czerwca docieram do parku, przechodzę tak zwany
"check in", biorę worek na śmieci i rozpoczynam walkę
z górą i samym sobą. Skoro w tak alternatywny sposób mam zamiar
przejechać Amerykę, to nie będę wsiadał w awionetkę (jak robi 96%
alpinistów) żeby przelecieć 100 km na lodowiec skąd zaczyna się
klasyczną drogę "west buttress" (setki turystów z calego
świata podąża tą trasą - 50 % z nich dochodzi na szczyt). Na szczyt
sprubuję wejść trasą przez lodowiec Muldrow. Czyli od strony północnej
(w 2004 roku nikt nie wszedł tą trasą - zastanawiam się czy było
nią jakieś polskie wejście ?) No i mam nadzieję, że pogoda pozwoli
mi na w miarę wyrównaną walkę. Pozwolenie na działalność górską
ważne jest miesiąc, myślę że wystarczy mi tyle czasu. Najbardziej
obawiam się zimna i szczelin, ale jestem dobrej myśli. Bez ryzyka
nie ma sukcesu... Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta góra to nie
przelewki, dlatego przygotowuję się do niej dobrze...
Istotną sprawą są też tereny, przez które będę jechał, Kanada i
Góry Skaliste, daleka północ, białe noce, dzikie rejony i zwierzęta,
natura, parki narodowe, to tylko część z atrakcji...W Kanadzie niemal
60% energi wytwarzanej jest przez elektrownie wodne. Jedną z zasad
moich wszystkich podróży jest omijanie głównych szlaków, więc często
odkrywam niesamowite miejsca nie opisane w żadnym z przewodników.
Później, pozwiedzam na pewno, w miarę możliwości Alaskę. Kolejny
etap to powrót, zjadę na południe. Prawdopodobnie z Vancouver wrócę
do domu.
Ktoś może pomyśleć, że za dużo się naczytał Jacka Londona, chłopak.
Zobaczymy ...
Wszystko, co tylko się da będę pokonywał moim kochanym niezniszczalnym
jednośladem, na którym odbyłem już dwie eskapady rowerowe (wokół
Morza Czarnego - ze zdobyciem Elbrusa, oraz wokół Skandynawii z
psem na przyczepce.) Szacunkowo trasa do góry to około 6,5 tyś.
km. a później jeszcze z 3,5 tyś. Trasę mam zamiar pokonać w czasie
do 5 miesięcy.
Przede mną ogromna ilość pracy, przede wszystkim niezbędne wizy.
Planuję też zdobycie przyczepki rowerowej do transportu sprzętu.
Mt. McKinley jest bardzo zimną górą, więc nie upakuję się we wszystkim
w 4 sakwach. Poza tym przyczepka jest bardzo wygodna i będę mógł
zabierać więcej zapasów i uniezależnić się od osad ludzkich.

Na początku lutego wyjeżdżam w Tatry sprawdzić sprzęt. Spróbuję
przejść tyle grani ile zdołam, od Wołowca na wschód.
Więcej szczegółów będę zamieszczał w trakcie rozwijania się projektu.
W przypadku gdybym złapał dobry kontakt z jakimś patronem medialnym,
mógłbym zabrać laptopa, przysyłać cotygodniowe relacje z postępu
wyprawy, zdjęcia i filmiki. Uważam, że pomysł jest dobry, oryginalny
i 100% mój. Kto wie jak to się wszystko potoczy... Nigdy nie mogłem
utrzymać mych wodzy fantazji... Moje marzenia mają siłę, same chcą
się realizować - nic nie mogę na to poradzić...
Pozdrawiam wszystkich czytających do końca.
Marek z Gryfina.
UCZESTNICY WYPRAWY

Marek Klonowski (ur. 1979) zwany też Markiem z Gryfina ...Wiecznie
zakochany w Agatce. Myśli trochę więcej o podróżach niż trzeba,
rower wkręcił mu się na dobre, oprócz tego opanował go niezły dżez
na punkcie gór. Obecnie bezrobotny. Magister, inzynier, starszy
mat podchorąży, oficer elektroautomatyk okrętowy, absolwent Akademii
Morskiej w Gdyni... Ma na swoim koncie kilka ciekawych podróży rowerowych
i nie tylko. W marzeniach zdobycie korony ziemi, dojeżdżając do
podnóży szczytów na rowerze...(ale o tym cicho bo Agatka nie może
się dowiedzieć...)
Do góry
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|