TURYSTYKA

Polska Wyprawa Rowerowa dookoła Nowej Zelandii




      Ada Skurosz
      Kuba Postrzygacz


www.wyprawa.prv.pl
mtbiker@poczta.onet.pl


Wstęp

Chociaż wciąż trudno nam w to uwierzyć, wyprawa dobiegła wreszcie końca. Aotearoa (Kraina Długiego Białego Obłoku), jak zwą ją w swoim języku Maorysi, jest najbardziej odległym od Polski fragmentem stałego lądu. Odkryta w 1642 roku, kolonizowana od dwustu lat, po dziś dzień jest w połowie swego terytorium niemal bezludna. Podczas naszej dwumiesięcznej podróży dotarliśmy do Fiordlandu- królestwa najpotężniejszych fiordów na Ziemi, przemierzyliśmy zielone równiny i księżycowe obszary wulkaniczne, trawersując Alpy Południowe stanęliśmy na lodowcach u stóp Mt.Cook, pnącego się na niemal 4000 metrów najwyższego szczytu Nowej Zelandii...
W czasie wyprawy staraliśmy się także poznać realia funkcjonowania społeczeństwa opartego na zasadach multikulturalizmu, a także zbadać, jakie miejsce zajmuje w nim Mniejszość Polska. Honorowy Patronat nad stroną naukową objął Uniwersytet Jagielloński w Krakowie.

Trudno jest krótko podsumować dwumiesięczną ekspedycję. Przyjęło się zaczynać od rzeczy w sumie najmniej ważnej, czyli kilometrów, tak więc zrobiliśmy ich około 5790. Celem ekspedycji nie było jednak bicie rekordów. Chcieliśmy poznać prawdziwe oblicze Nowej Zelandii, zobaczyć to, czego nigdy nie doświadczą uczestnicy wycieczek i czytelnicy kolorowych albumów. Z dala od głównych dróg natrafialiśmy na bajeczne miejsca nie opisane w żadnym przewodniku. Niezliczone rozmowy z poznawanymi po drodze mieszkańcami Aotearoa stały się dla nas źródłem fascynujących informacji o ich życiu, codziennych troskach i radościach. Na rozmowach rzecz jasna się nie kończyło! Budziliśmy się ze wschodem słońca, by towarzyszyć farmerom przy dojeniu setek krów, Ada pomagała w strzyżeniu owiec, terenowymi pojazdami odbywaliśmy wycieczki po rozległych pastwiskach, a po zmroku mogliśmy obserwować sprawny wyładunek przywiezionych wielką ciężarówką zwierząt! Rankiem my wyruszaliśmy w dalszą drogę, a nasi nowi przyjaciele do swoich codziennych obowiązków- ochrony prowadzonych w buszu linii enegretycznych, łowienia smakowitych langust, prac na farmie... Tak właśnie, z dnia na dzień, Nowa Zelandia stawała się nam coraz bliższa, coraz bardziej znajoma.Ta podróż była dla nas twardą lekcją- uczyła pokory, współpracy, zaufania i tolerancji, pozwoliła poznać granice własnej wytrzymałości, dała szansę na poznanie wspaniałych ludzi, z których wielu zostało naszymi Przyjaciółmi. A to jest znacznie ważniejsze, niż pokonane kilometry...


Relacje z wyprawy

Jak powstawały relacje?

Art Deco

Gdybyśmy wiedzieli, ile wysiłku będzie kosztowała cotygodniowa aktualizacja naszej strony i raporty dla mediów, pewnie nie podjęlibyśmy się tego zadania... Relacje, które widzisz pisaliśmy najczęściej późną nocą i była to ostatnia rzecz o jakiej wówczas marzyliśmy :-) W możliwie najkrótszm czasie trzeba było naskrobać artykuł, wybrać zdjęcia, przerobić stronę i przygotować pliki do wysłania. Potem wystarczyło już "tylko" znaleźć w środku buszu miejsce z dostępem do internetu i wtyczką do podładowania laptopa, wciągając uprzednio obładowane elektronicznym złomem rowery na niejedną stromą górę. Jeśli jednak nasze relacje rzuciły nieco słońca w zimową polską codzienność, to było warto!


21 - 23 listopada 2002 - podróż na koniec świata
Poranek nad Gobi

Nasza przygoda zaczęła się w południe 21 listopada. Chociaż wypełniony żelastwem plecak Kuby spotkał się z dużym zainteresowaniem celników, a rowery zostały gruntownie obwąchane przez psy, to bez przeszkód znaleźliśmy się wreszcie w samolocie lecącym do Frankfurtu. Lot minął na ocieraniu łez po pożegnaniu. Wkrótce czekała nas przesiadka do ogromnego Boeinga 747. Nie bez kozery samolot ten nazywają Odrzutowym Słoniem, Hong Kong - miasto kontrastówgdyż na pokład zabiera on grubo ponad 400 pasażerów, kilkadziesiąt ton ładunku i tysiące litrów paliwa niezbędnego do pokonania dystansu 12 tysięcy kilometrów.
Chociaż przez większą część podróży odsypialiśmy trudy ostatnich przygotowań, to byliśmy w stanie śledzić na ekranach trasę przelotu. Egipt... Azja Mniejsza... Himalaje.... tonąca w mgłach pustynia Gobi... Wreszcie Hong Kong. Lotnisko, na którym wylądowaliśmy powstało na sztucznej wyspie, a z centrum miasta łączy je szybka kolejka. Kiedy wreszcie wydostaliśmy się na otwartą przestrzeń, omal nie straciliśmy tchu. Było gorąco. Nieprawdopodobnie gorąco i duszno. Zewsząd otaczały nas strzeliste drapacze chmur- budynki niższe niż 30 pięter należą tu do rzadkości. Całe miasto pocięte jest wielopoziomową plątaniną dróg, wiaduktów, schodów i wijących się między wieżowcami pomostów dla pieszych. Tam, gdzie nie ma betonu natychmiast wciska się tropikalna dżungla. W samym centrum miasta leżą ogrody pełne egzotycznych ptaków, a na każdym kroku szumią fontanny. Tuż obok nowoczesnych dzielnic znajdziemy też ulice skrzące się wielobarwnymi szyldami, pełne kolorowego tłumu, gwaru i różnych zapachów. Kupić można tu wszystko- od suszonego mięsa, kolczastych owoców i ośmiornic, Chińska codziennoœć aż po zabawki i malutkie ptaki w drewnianych klatkach. Z żalem wróciliśmy na lotnisko... Kolejne kilkanaście godzin w ciasnych fotelach udało się przedrzemać. Obudziliśmy się na śniadanie, a wkrótce potem samolot zaczął podchodzić do lądowania. Kuba jak zaczarowany wpatrywał się w wyłaniający się zza chmur krajobraz. Nowa Zelandia od pierwszych chwil robi piorunujące wrażenie. Zaraz po wylądowaniu czekała nas najsurowsza kontrola, jaką można sobie wyobrazić. Specjalnie wyszkolone psy przeczesały wszystkie nasze bagaże, wyczuwając nawet jabłka wyjęte z plecaków przed wieloma godzinami! Obsługa lotniska obejrzała starannie opony naszych rowerów i szpilki w namiocie, aby upewnić się, że nie wwozimy na nich drobinek "obcej" ziemi. Wszystko to po to, aby do Nowej Zelandii nie dostały się żadne nowe gatunki żywych organizmów. Za ich przemycanie grożą kary do 100.000 dolarów i kilkuletnie więzienie... Nam udało się przebrnąć przez wszystkie sita, tak więc.... witamy na Antypodach! Kiedy u Was zapada zmierzch, u nas wstaje słońce. Kiedy w Polsce zaczyna się zima, tu wkrótce będzie lato! Za tydzień pierwsza relacja z Nowej Zelandii...

24 - 30 listopada - pierwsze dni na Antypodach

centrum AucklandNowa Zelandia zaskakuje od samego początku- po drobiazgowej kontoli, przez rzeźbione z czerwonego drewna maoryskie wrota wchodzimy do głównej hali lotniska w Auckland. Zdumiewająca jest różnorodność typów urody mieszkańców tego kraju. Biali i Maorysi, mieszkańcy Azji i wysp Pacyfiku, Czarni i Hindusi - wszyscy na jednej wyspie! nad morzemJest bardzo ciepło, ale pogoda zmienia się tu, jak w kalejdoskopie. Masy powietrza znad pobliskiej Antarktydy potafią błyskawicznie obniżyć temperaturę o kilkanaście stopni! Bądźmy jednak szczerzy- Nowa Zelandia jest krajem o przyjaznym klimacie. Najlepiej widać to po roślinności, której soczysta zieleń wciska się na każdy skrawek ziemi. W centrum Auckland rosną palmy i gigantyczne, dziesięciometrowe, paprocie, a ogródkach przy domach owocują drzewka cytrusowe. Ponieważ wszyscy mieszkają tu w domkach jednorodzinnych, Auckland jest jedną z największych powierzchniowo aglomeracji świata, a samochód jest "dobrem pierwszej potrzeby" - każda rodzina ma 2 lub 3. Na szczęście Polacy, z którymi teraz mieszkamy, pożyczyli nam na tydzień kilkuletniego Nissana. Przydają się irlandzkie doświadczenia w jeżdżeniu lewą stroną drogi! Zresztą, wszystko jest tu inne- nikogo nie dziwi widok wytatuowanego od góry do dołu pracownika urzędu, podobnie jak nie robią wrażenia jeże i długonogie ptaki paradujące po miejskich trawnikach. Życie toczy się tu swoim rytmem.
na Lion Rock- pod nami czarny piasek PihaPrzez ostatnie dni odwiedzaliśmy mieszkających w Auckland Polaków i załatwialiśmy różne formalności. Nie zapomnieliśmy jednak o rozrywce, spędzając niezapomniane chwile w Kelly Tarlton's Underwater World (kolonia pingwinów i spacery podwodnymi tunelami wśród ryb) oraz na odludnej czarnej plaży Piha. Odbyliśmy też wycieczkę do leżącej w buszu miejscowości Pahia i Waitangi- miejsca, w którym od podpisania w 1840r. traktatu z Maorysami zaczęła się historia Nowej Zelandii. Trwają właśnie ostatnie przygotowania do wyjazdu rowerami. Kupujemy niezbędne rzeczy, ślęczymy nad arkuszami map i, mając już przedsmak nowozelandzkich dróg, drżymy na myśl o czekających nas trudach - podjazdy przypominające ścieżkę na K2 są tu codziennością... Już za tydzień pierwsza "rowerowa" relacja!





1-7 grudnia - 3...2...1...start!

pierwszy dzień jazdy Stało się! W środę 4 grudnia na przedmieściach Auckland rozpoczęlismy pierwszą polską wyprawę dookoła Nowej Zelandii. Przez pierwsze kilometry ostrożnie "oswajaliśmy" nasze objuczone rowery. Każdy z nich wraz z bagażem waży sporo ponad 55 kg i sunie po drodze ze stabilnością kuli do kręgi :-) Już pierwszego dnia mieliśmy okazję poznać prawdziwe oblicze kraju, zwanego rajem dla rowerzystów. Ów raj powitał nas wąską i nieprawdopodobnie kręta drogą pnącą się pod dzikimi kątami to w górę, to w dół. Co najdziwniejsze, na mapie teren ten figurował jako... płaski! Ciekawe, jak w takim razie wyglądają góry... Przez cały dzień żar lał się z nieba, tak że opony przyklejały się do asfaltu, wydając dźwięk podobny do skwierczenia tłuszczu na rozgrzanej patelni. Z ulgą powitaliśmy wieczór, który spędziliśmy z niezmiernie sympatyczną rodziną Nowozelandczyków na farmie ko\ło wioski Pepepe. W ciągu nocy wokół namiotu rozlegały się pofukiwania oposów i innych nocnych zwierzaków. Kolejnego dnia czekała nas wielokilometrowa przeprawa kamienistymiAda na szutrowej górskiej drodze szlakami w Parku Pirongia. Bajeczne krajobrazy wynagrodziły nam trudy trasy, na której widok rowerzysty należy do rzadkości. Po południu dotarlismy do pierwszego od 150km sklepu, gdzie uzupełniliśmy nasze zapasy. Na noc zatrzymalismy się w Otorohanga, rozbijając namiot pod samym ogrodzeniem największego w Nowej Zelandii parku, w którym żyją tak niezwykłe stworzenia, jak pamietająca czasy dinozaurów jaszczurka Tuatara, czy będący dumą i symbolem kraju nielotny ptak Kiwi. Pokrzykiwania tego tego nocnego marka słychać było aż do świtu. Rano udaliśmy się na spacer przez park, spędzając mnóstwo czasu w specjalnej hali, gdzie Znów nad Morzem Tasmanasztucznie zamienia się dzień z nocą, aby ludzie mogli zobaczyć buszujące po ciemku Kiwi. Nie mogliśmy się nadziwić osobliwym zwyczajom zwierzęcia, które dziś spotkać można tylko w najgęstszych leśnych ostępach. Niestety, trzeba było ruszać dalej. Kilkadziesią kilometrów dalej, zupełnie przypadkowo "załapaliśmy się" na coroczne strzyżenie owiec w jednej z farm. Ostrzyżenie jednego zwierzęcia zajmuje wprawnemu postrzygaczowi (hi,hi) zaledwie minutę, jednak Ada potrzebowała na to znacznie więcej czasu... Każdy z pracowników strzygł dziennie ok. 350 owiec, jednak rekord świata w tej "dyscyplinie" jest ponad dwukrotnie wyższy! Farmy liczą od kilku do kilkuset tysięcy owiec, więc pracy jest mnóstwo... Tego dnia czekały nas jeszcze niesamowite krajobrazy Mahoenui Forest- nasza droga wiła się w górę, mając po jednej stronie skalne ściany, a po drugiej wysokie na kilkaset metrów urwisko, na dnie którego zielenił się gęsty las. Noc spędziliśmy na odludnej farmie, wsłuchując się w deszcz tłukący nieprzerwanie o ściany namiotu. Ranek powitał nas słońcem, jednak szybko pogoda znowu się popsuła. Około południa z nieba runęła ściana wody, na dwie godziny uniemożliwiając jakąkolwiek jazdę. Dopiero po przejściu głównej Mount Taranakinawałnicy, w strugach deszczu ruszyliśmy dalej, wspinając się serpentynami na osławiony Mount Messenger. Gdyby nie wodoodporne kurtki i doskonałe sakwy, byłoby z nami krucho. Dopiero wieczorem przekonaliśmy się, że wszystkie bagaże po ulewnej nocy i dniu wciąż są suche! Dzięki Sebastian!! Tę relację piszemy już u stóp Mount Taranaki, uśpionego wulkanu pnącego się stromymi ścianami na ponad 2500 metrów. Od Morza Tasmana dzieli nas mniej niż kilometr. Przez kolejne dni kierować będziemy się do stolicy, Wellington. Do usłyszenia już wkrótce!

8-13 grudnia - Surf Highway!

Mając przed sobą mapę Nowej Zelandii zauważymy, że w pewnym miejscu zachodnie wybrzeże Wyspy Północnej wcina się w morze znacznie dalej, niż gdziekolwiek indziej. Centrum tego obszaru zajmuje Mount Taranaki- wysoki na ponad 2500 metrów stożek uśpionego wulkanu, którego wyższe partie przez cały rok iskrzą się białą śniegową czapą, zaś dolne toną w wiecznie zielonym buszu. Drogę okrążającą wzdłuż wybrzeża tę niezwykłą górę, nazwano Autostradą Surferów i o ile Surf Highwaypierwsza część nazwy wydaje się zdecydowanie przesadzona (z trudem mijają się tu dwie ciężarówki), o tyle druga doskonale oddaje charakter tego miejsca. Huraganowe wiatry gnające nad Morzem Tasmana tworzą zeń raj dla amatorów sportów wodnych i... piekło dla rowerzystów. Kiedy po siedmiu godzinach walki z górami i przeciwnym wiatrem, zmuszającym do naciskania na pedały nawet na ostrych zjazdach, na farmie :-)nasze liczniki ponuro wskazywały zaledwie 40 pokonanych kilometrów, postanowiliśmy mimo wczesnej pory zatrzymać się na najbliższej farmie. Cały wieczór upłynął na rozmowach z ciekawymi polskich realiów Nowozelandczykami, zaś następnego dnia tuż po wschodzie słońca zostaliśmy oprowadzeni po całym gospodarstwie, dziwiąc się sprawnemu dojeniu setek krów i zadając setki pytań. Wczesna pobudka okazała się strzałem w dziesiątkę. Korzystając z porannej ciszy bez kłopotu dotarliśmy do latarni morskiej na Cape Egmont- najdalej wysuniętego na zachód punktu Wyspy Północnej. Na szczęście tym razem wiatr dopisał, ale mogliśmy podziwiać jedynie piękne morskie wybrzeża, bo Mount Taranaki pozostał ukryty w chmurach. Dopiero trzeciego dnia, o szóstej nad ranem wstydliwy wulkan odkrył przed nami swoje majestatyczne oblicze. Kiedy pokryte śniegem zbocza wyłoniły się niespodziewaneDairy Land- największa na swiecie mleczarnia... spomiędzy chmur, wrażenie było nieprawdopodobne. Warto było nadłożyć drogi żeby to zobaczyć! Musieliśmy jednak ruszać dalej, ku nowym przygodom. Późnym wieczorem na rozległej farmie bardzo sympatycznych Nowozelandczyków mieliśmy okazję zapoznać się z niezwykłymi możliwościami quada, niewielkiego pojazdu z napędem na 4 koła, skonstruowanego do jazdy w najtrudniejszym terenie. Na co dzień maszyny te służą do transportu lekkich ładunków, zaganiania gromnych stad bydła i mnóstwa innych prac, choć nawet farmerzy lubią czasem poszaleć na nich po odludnych szlakach. Kolejne dwa dni dni można streścić w 3 słowach: "droga przez mękę"... Wściekły wiatr, osiągający w porywach 80 km/h robił wszystko, by uniemożliwić nam dotarcie do Wellington. Przy gwałtownych podmuchach rowery zatrzymywały się zupełnie, lub były bezlitośnie rzucane na pobocze. Zdesperowani, musieliśmy całkowicie zmienić trasę przejazdu, kryjąc się w wąwozach i lasach, lub szukając dróg pasujących do kierunku wiatru. Mimo, iż kosztowało nas to wiele dodatkowych kilometrów, ostatecznie znaleźliśmy się w stolicy Nowej Zelandii i właśnie tu, w budynku polskiej Abasady, zacznie się kolejna relacja...

14-18 grudnia - do Bieguna coraz bliżej ;-)

widok na Wellington z Mt.Viktoria Wellington był dla nas ostatnim przystankiem przed wyruszeniem na Wyspę Południową. Ugoszczeni w polskiej Ambasadzie szybko zapomnieliśmy o trudach podróży. Jeden dzień to oczywiście za mało na zwiedzenie stolicy Nowej Zelandii, ale wystarczy, by poczuć jego niezwykłą atmosferę. Sercem miasta jest rozległy port, gdzie schronienie znajdują zarówno na promie gigantyczne statki handlowe, jak i luksusowe jachty. Sąsiadujące z nabrzeżami centrum miasta to niezwykłe połączenie architektury z czasów kolonialnych z nowoczesnymi budynkami ze szkła i stali. Na krętych jak labirynt ulicach kłębi się kolorowy tłum, a liczne kafejki tętnią wielojęzycznym gwarem do późnej nocy. Wellington jest jednak tak niewielkie, że już po półgodzinnym spacerze trafiamy z City do cichych dzielnic mieszkalnych, rozrzuconych na okolicznych wzgórzach. Mnóstwo wolnego czasu pierwsze kilometry na Wyspie Połudnowejspędziliśmy w Te Papa Museum, oglądając maoryskie chaty i łodzie wyprawowe, dziwiąc się osobliwościom nowozelandzkiej przyrody, a wreszcie przeżywając trzęsienie ziemi w specjalnie skonstruowanej drewnianej chacie. Prawdziwych wstrząsów, bardzo tutaj częstych, na szczęście nie doświadczyliśmy. Następnego dnia rano stawiliśmy się na prom do Picton. Rejs przez Cieśninę Cooka trwał trzy godziny. Już z daleka widac bylo posępne góry Wyspy Południowej, a ścinający z nóg wiatr utwierdzał nas w przekonaniu, że żarty się skończyły. Na miejscu razem z kilkoma innymi rowerzystami wyprowadziliśmy nasze rumaki z nainiższego piętra promu, po czym nasze drogi rozeszły się. My popedałowaliśmy w kierunku Blenheim. Krajobraz był zaskakujący. Dookoła rozciągały się wzgórza pokryte suchą, wypaloną słońcem trawą, a gdzieniegdzie w dolinach widać było winnice. Wspinając się na kolejne siodła i przełęcze mijaliśmy miejscowości istniejące wyłącznie na mapach. Po pustkowiach hulał tylko wiatr... Szukając miejsca na nocleg spotkaliśmy siwego mężczyznę w jednoosobowym samochodziku, który zaprosił nas do domu, leżącego 7km od asfaltowej drogi. Na początku mieliśmy trochę pietra, ale potem... raz kozie śmierć! Na farmie spotkaliśmy ludzi, którzy z przejęciem opowiadali o niedawnych pracach nad... filmem Władca Pierścieni: "Zwoziliśmy konie z całej wyspy! Kilkaset bojowych rumaków stało w jednej linii na wzgórzach a potem na komendę ruszyło w dół... potem pomnożyli je na komputerach do kilkudziesięciu tysięcy...to było coś! Wszystkie zbroje, miecze i topory były prawdziwe... żadnego plastiku... tylko stal! Było paru rannych Orków i Elfów- niektórzy za bardzo się wczuli- ale koniom nic poważnego się nie stało." Zasięgnęliśmy też informacji na temat branych pod uwagę szlaków: "Tędy nie pojedziecie, bo ciągle leży tam mnóstwo śniegu, a reszta drogi też jest niepewna. Wiem, bo byłem motocyklem. Nie dacie rady wrócić." Ok! towarowy pociag mostami i tunelami sunie do Christchurch Następnego dnia ruszyliśmy dalej, zatrzymując się na modlitwę w jedynym w promieniu wielu kilometrów kościele, gdzie wspólnie zbierają się protestanci i katolicy! Potem niezwykłą drogą wiodącą między górami a wybrzeżem Pacyfiku dotarliśmy do miasta Kaikoura, gdzie obserwować można dzikie kolonie fok lub wybrać się na rejs wśród delfinów i wielorybów! Dzięki rannemu postojowi na nabożeństwo, mogliśmy spędzić noc u zaprzyjaźnionego pastora, by rankiem z nowymi siłami ruszyć na szlak zwany Inland Road. Czekało nas blisko 90km górskich serpentyn, z czego zdecydowaną na południe... większość stanowiły mordercze, ciągnące się w nieskończoność podjazdy. Drogę wykonano ze smoły posypanej grubym granitowym tłuczniem. Tam, gdzie brakowało kamieni, palące słońce doprowadzało smołę do wrzenia. Wjechanie w taką plamę natychmiast obniżało prędkość o połowę, a już po chwili do opon ochoczo przyklejały się kamyki, patyki i inne paskudztwa. Były też miejsca gdzie tłucznia nie żałowano, więc jechało się jak po szutrze. Rewelacja... Pod wieczór, na resztkach wody i sił, dotarliśmy do pierwszej od rana miejscowości. Ufff... Mieliśmy już dość upałów, więc dla odmiany cały wtorek przyszło nam kręcić w strugach deszczu. Kiedy po 120 km dotarliśmy wreszcie do Christchurch, okazało się, że polska rodzina, u której mieliśmy nocleg, mieszka na szczycie Khybers Pass - najbardziej stromej drogi w mieście. Jeszcze tylko dwie przebite dętki i błogi sen w cieplutkim namiocie. Środa- ładowanie akumulatorów, czyli cały dzień na włóczenie się po mieście "bardziej angielskim niż sama Anglia", pyszne jedzenie w japońskich knajpkach, zimne napoje i ... film "Harry Potter 2"! Christchurch jest jedną z trzech baz na świecie, skąd startują transportowce do baz na Antarktydzie, nie mogło więc w naszym programie zabraknąć wizyty w Bailey's Bar, znanej wśród polarników "poczekalni" w drodze na Biegun. Na ścianach mnóstwo zdjęć z Białego Kontynentu, podpisy załóg, kolorowe flagi i emblematy samolotów transportowych, cała reszta jak w dobrym irlandzkim pubie- czegóż chcieć więcej? ;-) Czas jednak opuścić Christchurch i jechać dalej, do Dunedin. Zapowiadają się niezwykłe Święta- opłatek jest, ale zamiast karpia i barszczu z uszkami będzie makaron z sosem, siekane mango i tosty z masłem orzechowym- też pyszne! Nie wiemy jeszcze do końca, gdzie spędzimy Wigilię, za to na Nowy Rok mamy zaklepany rejs po Millford- najwyższym fiordzie świata. Ale to dopiero za 800 kilometrów!

Naszym Rodzinom, Przyjaciołom i wszystkim odwiedzającym tę stronę życzymy pełnych radości i domowego ciepła świąt Bożego Narodzenia . Niech nowy rok pozwoli Wam spełnić marzenia i plany, choćby wszyscy ludzie mówili "że to się nie da zrobić" ;-) Specjalne życzenia ślemy do Kamila, Klewci, Sebastiana z Rodziną, Marty, Rafała i Joo Hyuna, Moniki i Faraona, Don Marco i wszystkich innych, którzy przesyłają nam maile i SMSy. Wszystkie, nawet te z inernetu, dochodzą i dają nam mnóstwo radości. Wielkie dzięki Kochani!
PS
Tę relację wysyłamy już z Dunedin (!). Właśnie obejrzeliśmy w kinie "The Lord of The Rings- The Two Towers"... REWELACJA!!! Kuba jeszcze nie doszedł do siebie :-) I jeszcze jedno- krajobrazów nie robiono na komputerach, Nowa Zelandia naprawdę tak wygląda...

19-28 grudnia - czas wracać...

Słynne Moraki Boulders Cantenbury Plains to jedno z nielicznych miejsc w Nowej Zelandii, gdzie naprawdę jest płasko. Po horyzont ciągną się tu pola uprawne, pastwiska i winnice, a jedynym urozmaiceniem krajobrazu są ogromne rzeki spływające z deszczowych Alp Południowych. Jednym słowem, dwudniowa jazda przez ten obszar była po prostu nudna. Humory poprawił nam udział w jazda po plaży corocznej imprezie przedświątecznej zorganizowanej przez farmerską firmę transportową w miejscowości Makikihi. Pod dachem garażu dla ciężarówek do późnej nocy było gwarno, jak w ulu. Już wkrótce miały zacząć się też inne atrakcje. 22 grudnia dotarliśmy do Moeraki Boulders- leżących na plaży ogromnych głazów o ideanie kulistym kształcie. Powstały one 60 milionów lat temu, w wyniku unikalnych procesów geologicznych, można więc zobaczyć je tylko tutaj. 30 km dalej, na Shag Point, mogliśmy podziwiać z ukrycia kolonię fok i najrzadsze na świecie, występujące tylko w okolicach Nowej Zelandii, pingwiny żółtookie. W przeciwieństwie do innych pingwinów, tworzą one niewielkie kolonie, a gniazda budują w dużym odosobnieniu, często wysoko na urwistych brzegach. Przez większość dnia polują na ryby, wyruszając za nimi nawet 40 km od brzegu, zaś do gniazd wracają późnym popołudniem i wtedy właśnie, przy odrobinie szczęścia i cierpliwości można przyjrzeć im się z bliska. Kolejny dzień powitał nas ogromymi górami i deszczem na przedmieściach Dunedin, miasta założonego przez Szkotów w początkach kolonizacji Nowej Zelandii. To w tym mieście znajduje się Baldwin Street, najbardziej stroma ulica świata, wybudowana pod dzikim kątem 43Płaska asfaltówka????? Tylko na mapie stopni! ... co teraz? Kuba już po kilkunastu metrach podjazdu omal nie wyzionął ducha, a zjazd w strugach deszczu na zaciśniętych obu hamulcach zapamięta chyba na długo. W Dunedin, chyba jako jedni z pierwszych Polaków, zobaczyliśmy drugą, nakręconą z jeszcze większym rozmachem, część filmu Władca Pierścieni. Powiemy tylko tyle, że... warto czekać! Nastepnego dnia, w Wilgilę opuściliśmy miasto bez większych nadziei na świąteczną wieczerzę. Słońce przypiekało, ocean huczał na przybrzeżnych skałach, a drogi oznaczone na mapach jako płaskie i asfaltowe okazywały się być szutrówkami pnącymi się Boże Narodzenie na Antypodach wściekle to w górę, to w dół. Po ostatnim 8 kilometrowym morderczym podjeździe, wiedzieliśmy już, ze daleko nie zajedziemy. I rzeczywiście- 20 km dalej zostaliśmy na środku drogi zaproszeni przez pewnego farmera na... Święta! Zaproszenie przyjęliśmy z radością. Nowozelandczycy nie obchodzą raczej Wigilii, była więc pizza, chińskie jedzenie i drożdzowe ciasto z rodzynkami, a wieczorem opłatek w przytulnym namiocie. Następnego dnia po mszy, wspaniałym obiedzie z gościnną rodziną i długiej rozmowie telefonicznej z Najbliższymi w Polsce, znów wyruszyliśmy na trasę. Wiatr najwyraźniej postawił sobie za cel zdmuchnięcie nas z drogi, chociaż dopiero następnego dnia rano pokazał, na co go stać. Po raz pierwszy nie byliśmy w stanie pokonać nawet kilometra! Dopiero późnym wieczorem 26 grudnia mogliśmy podjąć próbę dalszej jazdy. Od arktycznego wichru, gradu i deszczu, na uszach natychmiast pojawiły się liczne bąble, jak przy oparzeniach, a skóra na twarzach piekła niemiłosiernie. Ubrani chyba we wszystkie dostępne ciuchy, z polarowymi rękawicami na dłoniach Gary Walkingman dotarliśmy w pobliże Nugget Point, miejsca słynnego z kolonii pingwinów fok i lwów morskich. Nazwa Nuggeet Point (nugget-bryła) wzięła się od grupy posępnych skał sterczących na wybrzeżu. Na najwyższej z nich stoi latarnia morska, ostrzegająca statki przed czyhającym Na granicy lasu i oceanu niebezpieczeństwem. Nastepnego ranka, po około 30 km czekało nas, spodziewane od dawna, spotkanie z Amerykaninem Garym "Walkingman"em Hausem, przemierzającym Nową Zelandię... na piechotę! Jet to część wieloetniego planu obejścia całego świata. Cóż, przynamniej poczuliśmy, że nasze marne 15 km/h to całkiem sporo ;-) Niemal cały dzień przedzieraliśmy się szutrowymi drogami przez dziewiczy nowozelandzki busz, pełen giganycznych paproci i innych nieznanych nam roślin. Lasy te są ostoją wielu unikalnych ptaków, takich jak endemiczny (występujący tylko w Nowej Zelandii) gołąb leśny, przypominający wielką pierzastą kulę. Nie mogliśmy się nadziwić, że tak wypasione ptaki wciąż potrafią latać :-) Mijając prześliczne zatoki, pogrążone w gęstwinie wodospady oraz porzucone przez człowieka stare tartaki, dotarliśmy wreszcie w Waikawa, gdzie ugościł nas bardzo sympatyczny rybak. Na kolację były przepyszne świeże langusty, którymi wypełniliśmy całkowicie. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że w sklepie jedna langusta kosztuje ponad 50 dolarów. Wczesnym rankiem 28 grudnia
Dalej tylko Antarktyda

obejrzeliśmy Skamieniały Las- leżące u podnóża urwistego brzegu pozostałości jurajskiej dżungli sprzed 180 milionów lat, kiedy Nowa Zelandia była jeszcze częścią superkontynetu Gondwany. Na skałach wyraźnie widać odciski kory, pni i gałęzi prehistorycznych drzew. Kilka godzin później, po ciężkiej przeprawie z górami, wiatrem i szutrową drogą, stanęliśmy wreszcie na Slope Point, najdalej wysuniętym na południe punkcie Wyspy Południowej. Do brzegów Antarktydy jest stąd mniej niż 3000 kilometrów, a surowa przyroda zdaje się to potwierdzać. Od tego punktu zaczynamy już "wracać", czyli jechać znowy na północ. Tę relację piszemy w Invercargill, najdalej wysuniętym na południe mieście świata. Za trzy dni musimy stawić się na rejs katamaranem po najpotężniejszym na Ziemi fiordzie Millford. Zaczyna się wyścig z czasem, trzymajcie kciuki!

Druga częśc relacji >>

 

<< Powrót
Strona Główna