TURYSTYKA
Chorwacja 2001

Roman Kieda


Dziennik podróży

Dzień 1. Wtorek 4.09.2001

Dokładnie o 17:30 wysiadłem z pociągu na dworcu w Rijece. Natychmiast mój bagaż wzbudził zainteresowanie człowieka wózkiem. Z nadzieją w głosie zaoferował pomoc. Podziękowałem ale nie skorzystałem. Przeniosłem wszystko do poczekalni gdzie złożyłem rower i umocowałem na nim resztę dobytku. Gdy opuszczałem dworzec zaczęło padać. Narazie były to pojedyncze krople. Tego dnia planowałem dojechać tylko do najbliższego kempingu. Miało to być jakieś 5 - 6 km. Uwzględniając, że nie znam miasta miałem nadzieję, że zajmie mi to nie więcej niż godzinę. W miarę jak oddalałem się od dworca deszcz padał coraz większy. Schroniłem się w jakiejś bramie. Po około godzinie przestało padać na tyle, że mogłem jechać dalej. Tymczasem ściemniło się. Przejechałem (przeszedłem) ze 2 km gdy znów zaczęło padać. Byłem już na przedmieściach Rijeki i niestety żadnej bramy gdzie można by się schronić. Ubrałem kurtkę, z tyłu na górną sakwę zaczepiłem migającą lampkę i jechałem dalej. I wtedy zaczęło się piekło jeżeli tak można powiedzieć o ulewie. Z góry lały się strugi wody, co kilkanaście sekund niebo rozświetlały błyskawice, z ulicy zrobił się potok, woda sięgała wyżej kostek. Z lewej strony drogi skalna ściana, z prawej urwisko. Żadnego miejsca aby się schronić. Jedyne co mogłem zrobić to jechać. Na szczęście kierowcy dostosowali się do sytuacji. Samochody jechały nie szybciej niż 15 - 20 km/h. Prawie nikt mnie nie wyprzedzał. Dzięki taśmie odblaskowej, którą okleiłem sakwy i migającej lampce byłem dla nich dobrze widoczny. Poza ty byli chyba bardzo zdziwieni, ze ktoś w taką ulewę jeździ rowerem. Burza trwała jakieś 1,5 godziny. Potem deszcz przestał padać lecz niebo dalej było czarne. Rozpytywałem się o drogę do najbliższego kempingu. Tylko jedna osoba wiedziała jak tam dojechać ale nie potrafiła tego wytłumaczyć. W końcu ktoś doradził abym spytał w przydrożnym barze. Tam powiedziano, że w okolicy nie ma żadnego kempingu. Zaproponowali pokój za 20DM. Nie miałem wyjścia. Przyjąłem tę ofertę. Zaniosłem sakwy do pokoju i wtedy zobaczyłem ile są warte. Praktycznie cały bagaż miałem mokry. Do tego stopnia wszystko było przemoczone, że banknot 20 DM, którym zapłaciłem musiałem najpierw wycisnąć. Wyrzuciłem wszystko z sakw mając nadzieję, że do rana trochę podeschnie. W nocy znów były burze.


Dzień 2. Środa 5.09.2001

Rano spakowałem wszystko (niestety nie całkiem suche), oddałem klucz od kwatery gospodarzowi i ruszyłem w drogę. Ujechałem może 100 metrów i za zakrętem zobaczyłem drogowskaz - Kamp Paveki 50 m. Po kilku chwilach minąłem kemping. A w barze twierdzili, że w tej okolicy nie ma żadnego kempingu. Właściwie to nie miałem do nich żalu. Jak pisałem w nocy znów były burze. Przynajmniej bagaż mi podsechł. Jechałem "Jadranską magistralą" w kierunku mostu na Krk. Znów z lewej miałem skalną ścianę, z prawej widok na Rijecki Zaljev. Na niebie ścigały się chmury. Gdzieś w górze huczał wiatr. Szosa pięła się pod górę. Mimo, ze ruch samochodów duży to jechało się znośnie. Po tym w jaki sposób mnie samochody wyprzedzały mogłem z dużą dokładnością określić jakiej narodowości jest kierowca. Jeżeli samochód przed wyprzedzeniem zwalniał , a potem mijał mnie w odległości przynamniej 1,5 metra to na 90% miał numery niemieckie lub austriackie. Jeżeli zaś wyprzedzał mnie z dużą szybkością i w odległości mniejszej niż metr to był to Węgier, Polak albo Czech. Jeden taki w złotym Punto na krakowskich numerach przejechał tak blisko, że zachwiało mną mocno i wjechałem do rowu przy drodze. Całe szczęście, że nie wyprzedzał mnie 300 metrów dalej bo tam zamiast rowu była dwudziestometrowa przepaść. Kierowca oczywiście nie zatrzymał się. A przed wyjazdem przestrzegano mnie, że jazda rowerem "Jadranską magistralą" to samobójstwo. Nic to. Pozbierałem się i jechałem dalej, tyle że teraz od razu zatrzymywałem się gdy słyszałem za sobą wycie silnika. Po kilku kilometrach jazdy pod górę ściana z lewej strony skończyła się i od razu uderzył wiatr. Podmuch był tak silny, że prawie mnie przewrócił. Zatrzymałem się. Po kilku chwilach wiatr przycichł. Ruszyłem dalej. Przejechałem kilkadziesiąt metrów i kolejny podmuch. Tym razem musiałem przykucnąć bo by mnie przewrócił. Potem pchałem rower kilkaset metrów. Jechać się nie dało. A może i dało się tylko ja byłem zbyt słaby. Oto wyprzedził mnie Japończyk na rowerze. Prawdziwy samuraj. Opaska na czole, wykrzywiona twarz, ciężko walczył o utrzymanie równowagi ale jechał. A ja stałem i czekałem aż wiatr się trochę uspokoi. Co prawda on jechał na góralu i tylko z jedną sakwą (widać turysta hotelowy) a ja na kołach 28 cali, do tego dwie duże sakwy, namiot i kufer. Schowałem się za jakimś głazem i postanowiłem przeczekać huragan. Niestety, po godzinie wiatr nie tylko nie ucichł ale jeszcze się nasilił. Niezły początek wyprawy - pomyślałem. Poprzedniego dnia oberwanie chmury, teraz huragan. Postanowiłem wrócić na kemping, który rano minąłem, tego dnia zaliczyć Rijekę a do Dubrownika ruszyć jutro. Zacząłem zjeżdżać w dół gdy wyminęło mnie pogotowie na sygnale. Głupio pomyślałem, że to może po tego samuraja, który mnie wyprzedził godzinę wcześniej.

Rijeka - Korzo Postawiłem namiot na kempingu i poszedłem zwiedzać Rijekę. Miasto mnie raczej rozczarowało. Gdy poprzedniego wieczora jechałem w deszczu wydawało się być ciekawsze. Teraz wiatr hulał po niezbyt ludnych ulicach. Miałem pecha bo prawie każda zabytkowa budowla była zamknięta. Wszedłem do kilku sklepów. Zaopatrzenie jak w Polsce 5 lat temu. Wybór towarów raczej skromny. Firmowe sklepy zachodnich koncernów zaopatrzone dobrze ale ceny niezbyt zachęcające. Port niedostępny, otoczony barakami. Na kemping wróciłem autobusem.

Dzień 3. Czwartek 6.09.2001

Rano wiatr jakby trochę ucichł. Wystarczyło jednak spojrzeć w niebo aby przekonać się, że to tylko pozory. Chmury gnały jak oszalałe. Zdecydowałem, ze nie ma sensu czekać aż przestanie wiać. Zmieniam plan i zamiast do Dubrownika jadę w przeciwnym kierunku, na Istrię. Zapłaciłem za nocleg 47,5 Kn. (ponad 12 DM) Niestety kempingi okazały się droższe niż się spodziewałem. Do tego na tym policzyli za rower. I standard niezbyt wysoki.
Do Rijeki mam 5 kilometrowy zjazd. Teraz po prawej mam skalną ścianę a po lewej morze.Plaża w Opatija I to morze po lewej będę miał aż do końca wyprawy. Przebijam się ulicami miasta. Jadę według znaków pamiętając zalecenia z grupy internetowej pl.rec.tramping aby kierować się tymi żółtymi. Niebieskie prowadzą do płatnego tunelu. Podejrzewam, że tamtędy rowerem bym nie przejechał. Skończyła się Rijeka, zaczęło Matulji i Opatija. Droga biegnie nad samym morzem. Opatija przypomina trochę miasta na francuskiej riwierze. Warto zatrzymać się na postój. Sprawdzam na mapie gdzie jest najbliższy kemping. Icici 4 km za Opatiją. Jadę tam, stawiam namiot i nadmorską promenadą wracam spacerkiem do Opatiji. I znów podobnie jak w Rijece pierwsze wrażenie było lepsze. Po bliższym poznaniu miasto traci. Ot typowy kurort. Kilkanaście hoteli, restauracji i przedwojennych willi. No i wszędzie tłumy niemieckich emerytów. Wracam do Icici.


Dzień 4. Piątek 7.09.2001

Już poprzedniego dnia po południu wiatr ucichł i zrobiło się bardzo ciepło. Dziś od rana wręcz upał. A tu przede mną co najmniej 60 km jazdy. Zapłaciłem za nocleg 47,85 Kn. Tu za rower nie policzyli ale doszły jakieś opłaty nie wiadomo za co: naljepnica, prijava, boravisna a człowiek w recepcji niestety tylko po chorwacku i parę słów po niemiecku.
Droga prawie cały czas prowadzi nad morzem. Czasami odbija na kilkaset metrów w głąb półwyspu. Przejeżdżam przez Lovran potem Medveja, Moscenicka Draga (tu 20 minut odpoczynku). Droga do Vidikovac Stąd droga zaczęła się piąć pod górę. Niezbyt stromo ale cały czas pod górę. Po 12 km takiej wspinaczki decyduję się na odpoczynek na ławce przystanku autobusowego we wsi Zagore. Siedziałem pół godziny gdy minęło mnie dwóch młodzieńców na rowerach z sakwami. Świetna okazja aby trochę "się powieźć" . Ruszyłem za nimi. Wiozłem się może z kilometr ale tempo mieli słabe. Wyprzedziłem ich. Myślałem, że może pociągną za mną. Jeden jakiś czas siedział mi na kole ale potem zatrzymał się i czekał na kolegę, który całkiem osłabł. Po kilku zakrętach straciłem ich z oczu. A droga cały czas pod górę. Wreszcie jest szczyt. Punkt widokowy "Motel Vidikovac". Zatrzymuje się, robię kilka zdjęć. Stąd widać wyspę Cres, za nią Krk a w oddali Rijekę. Z "Motel Vidikovac" mam ostry zjazd do Vozilici. Rozpędzam się, wjeżdżam na odcinek jezdni, na którym ścinano koleiny ("drapanej") i nagle czuje jak tylne koło ucieka mi w bok Hamuję gwałtownie. Co za licho? Sprawdzam czy nie złapałem gumy. Nie. Sprawdzam szprychy. Całe. Jadę dalej. Gdy jednak trochę się rozpędzę mam trudności z utrzymaniem prostoliniowego toru jazdy. Wściekam się. Taki piękny zjazd a ja muszę hamować do 15 - 20 km/h. Winne są opony. Gruby bieżnik sprawia, że koło jest ściągane z kierunkiem "drapania". Z Vizilici leżącego na poziomie morza droga znów zaczyna się wznosić pod górę i to dość stromo. Na dodatek zrobiło się gorąco. Nic dziwnego, od morza odgradza mnie góra Standar. Pot cieknie ze mnie strumieniami. Po 3 km podjazdu daję za wygraną, zsiadam z roweru i pcham. Po następnych 2 km robię dłuższy (30 min) odpoczynek. Ruszam dalej. Wyprzedza mnie jakiś kolarz. Mimo że jedzie na kolarzówce i bez bagażu, widać że podjazd i jemu daje się we znaki. Koszula przepocona nie mniej niż moja. Próbuję "wsiąść" mu na koło ale po kilkudziesięciu metrach odpadam. Za ten zryw płacę łomotem serca i litrami potu. Jadę powoli dalej. Koło miejscowości Strmac podjazd się kończy i aż do Labina jadę po płaskim. Zatrzymuję się w Labinie. Robię zakupy. Sprawdzam na mapie gdzie jest najbliższy kemping. Rabac - 6 km od Labina, a następny dopiero po 44 km w Puli. No nie. 44 kilometrów to już dziś nie przejadę. Kieruję się więc do Rabac. Droga prowadzi serpentynami ostro w dół. I znów nie mogę się rozpędzić bo droga jest "drapana". Wkurza mnie to a jeszcze bardziej wkurza myśl, że jutro będę musiał pokonać tę samą drogę ale w drugą stronę.
Znajduję kemping, który okazał się być czeską enklawą w Chorwacji. Połowę kempingu zajmują namioty jakiegoś czeskiego biura podróży. Mam pecha bo trafiłem tu w dzień przed zmianą turnusów. "Zielona noc"". Do późna będę wysłuchiwał śpiewów i nawoływań.


Dzień 5. Sobota 8.09.2001

Tego dnia postanowiłem odpocząć od roweru. Zwiedziłem stary Labin. Położona na wzgórzu średniowieczna dzielnica. W połowie niezamieszkała. Wąskie uliczki wybrukowane skalnymi odłamkami. Wlazłem na wieżę kościoła skąd roztaczał się widok na kilkadziesiąt kilometrów.
Po powrocie na kemping niespodzianka. Parę metrów od mego stoi drugi namiot i rower przy nim. Wkrótce poznaję właściciela a właściwie właścicielkę tego sprzętu. To Alison. Angielka, która jedzie tą samą trasą co ja, tyle ze ona wystartowała z Zagrzebia. Jej także Rabac się nie spodobał. Jutro jedzie do Puli.


Dzień 6. Niedziela 9.09.2001

Rano wstałem wcześnie. Chciałem uniknąć jazdy w upale. Również moja sąsiadka szykowała się do wyjazdu. Około 7 zapłaciłem za nocleg (80,82 Kn za dwie noce) i czekałem na Alison. Miałem nadzieję, ze pojedziemy razem. Ona jednak miała inne plany, bo powiedziała że musi jeszcze gdzieś zadzwonić i żebym nie czekał.
Do Labina przez większą część drogi rower pchałem. Potem z Labina zjazd w dolinę rzeki Rasa. Przez kilka kilometrów jadę wzdłuż kanału i szykuję się na to co czeka mnie przed Barban. Wystarczy spojrzeć na mapę. Serpentyna taka, że w głowie się może zakręcić. A skoro serpentyna to znaczy, że podjazd będzie ciężki. I taki był. Lecz o ile z Rabac do Labina droga była cały czas pod górę to tu miejscami były odcinki płaskie a miejscami dużo bardziej strome podjazdy. Za jednym z zakrętów ukazał się widok na dolinę rzeki Rasa. Po drugiej stronie doliny na stromym zboczu widać wielki biały napis TITO. Ktoś się natrudził bo litery maja po kilkanaście metrów wysokości. I znów część drogi nie jadę a podchodzę. W tym roku nie miałem zbyt wiele czasu na zrobienie kondycji. Od Barban droga wiedzie wśród pól i lasów. Mimo że dziś niedziela, to w wielu miejscach mijam pracujących w polu. Rogatki Puli Zwraca uwagę czerwona barwa ziemi. Muszę wyciągnąć z sakwy okulary bo pojawiły się roje muszek. Do tej pory jechałem bez okularów. Chorwackie wybrzeże ma tę zaletę, że nie ma tu żadnego latającego robactwa. Do Puli dotarłem około południa. Znalazłem kemping, postawiłem namiot. Godzinę później przyjechała Alison. Miała problem ze znalezieniem kempingu bo przy wjeździe do Puli skręciła w obwodnicę. Ja jechałem przez centrum miasta. Nabrzeże przy kempingu Stoja Jest zachwycona kempingiem. Mówi, ze tamten w Rabac był okropny. Tu jest dużo cienia i klifowe nabrzeże. No i nie jest to czeska enklawa. Za to dużo jest Polaków. Ale tych potrafię odróżnić tylko ja. Dla niej czeski i polski są nierozpoznawalne. A i tak - jak wszędzie w Chorwacji - najwięcej jest Niemców.
Amfiteatr w Puli Po południu zwiedzam Pulę. Wrażenie robi rzymski amfiteatr. Podobny widziałem w 1990 w Nimes (Francja). Tamten jednak zwiedziłem za darmo a tu niestety musiałem zapłacić za wstęp. Pula jest miastem ciekawszym niż Rijeka. Wyraźnie widać tu wpływy włoskie. Począwszy od dwujęzycznych nazw ulic na powszechnej znajomości włoskiego skończywszy. Rijeka jest taka bardziej słowiańska.


Dzień 7. Poniedziałek 10.09.2001

Znów dzień bez roweru. Miałem zamiar trochę poleżeć na plaży ale pogoda niezbyt plażowa. Tylko 20 stopni i wiatr. Zrobiłem więc dzień gospodarczy. Uprałem przepocone ciuchy a potem wybrałem się do hipermarketu na drugim końcu miasta. Chciałem uzupełnić zapasy. Zaopatrzenie sklepów w Chorwacji jest dużo słabsze niż w Polsce. Nie znaczy to, że są braki. Po prostu wybór jest skromniejszy. No i niestety ceny niektórych towarów są niewytłumaczalnie wysokie. Dotyczy to zwłaszcza słodyczy. 4 zł za Snickersa to jest zdzierstwo. Albo 5 zł za 0,5 kg cukru. A to są ceny z hipermarketu. W małych sklepach jest jeszcze drożej.


Dzień 8. Wtorek 11.09.2001

Wyruszyłem o 7 rano. Przy kasie spotkałem Alison. Też wybierała się do Rovinj. Jednak znów wolała jechać osobno. Pożyczyliśmy sobie "good luck" i więcej już jej nie spotkałem. Za dwie noce zapłaciłem 74,30 Kn. Im dalej na południe tym taniej. No ale dziś jadę na północ.
Kościół w Vodnjan Pogoda lepsza niż wczoraj. Ciepło ale nie upalnie i prawie bezwietrznie. O wiele przyjemniejsza jest też droga. Prawie płaska i co najlepsze - mały ruch samochodów. Ponieważ dzisiejszy etap jest krótszy zbaczam z głównej drogi i zaliczam małe miasteczka. Galiżana, Vodnjan i Bale. I właśnie te małe prowincjonalne miasteczka są o wiele ciekawsze niż miasta na wschodnim wybrzeżu Istrii. Wydaje się jakby czas tu zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Atmosfera jak we włoskich filmach o latach trzydziestych ubiegłego wieku. Kamienne domy, ulice bez chodników, pranie na sznurach nad ulicami. No i częściej słychać tu włoski niż chorwacki. I charakterystyczny kształt wież kościelnych a właściwie dzwonnic przy kościołach. Wysokie, wąskie czworoboczne wieże zwieńczone kamiennym daszkiem. I choć są prawie jednakowe to pochodzą z różnych czasów. W Galiżana została wzniesiona w XIX wieku ale ta w Vodnjan jest z lat osiemdziesiątych XX wieku.
Rovinj Do Rovinj dojechałem około południa i od razu to miasto mi się spodobało. Wąskie uliczki o kamiennej nawierzchni zbiegają się w porcie. A nad portem wznosi się wzgórze, na którym wybudowano katedrę. Część uliczek w centrum jest zamknięta dla ruchu. Wszędzie tłumy turystów.
Przepychanie się z rowerem obciążonym sakwami jest niewygodne, jadę więc na kemping. Niestety to 6 km od centrum miasta. Na dodatek to drugi kemping w Chorwacji na którym chcą opłatę za rower. Ale tu dziewczyny w recepcji nie są do końca pewne czy powinny pobrać. Jedna mówi że tak, druga że nie. Okaże się przy wyjeździe. Ten kemping jest największy na jakim zdarzyło się mi nocować (na ponad setkę zaliczonych). Prawie 2 km długości i 0,5 km szerokości. Część to FKK. Zostawiam bagaże w namiocie i jadę zwiedzać Rovinj. Włażę na wzgórze do katedry, schodzę z drugiej strony labiryntem uliczek i wracam do portu głównym deptakiem. Potem robię zakupy i wracam na kemping. Telefon z domu. Matka pyta czy w Chorwacji spokojnie bo ktoś zbombardował Nowy York.


Dzień 9. Środa 12.09.2001

Rovinj Uliczka w Rovinj

Dziś wreszcie pogoda plażowa. Zostaję więc jeszcze jeden dzień na tym kempingu. Do południa opalam się i pływam. Wyróżniam się opalenizną kolarza (spalone nogi i ramiona, blady tors). Wieczorem jadę do Rovinj. Znów włóczę się po labiryncie uliczek. Wieczorem wygląda wszystko inaczej. Bardziej niesamowicie. Błyszczą wyślizgane kamienne płyty, którymi są wyłożone ulice. Mniej ludzi jest na ulicach za to pełne są bary i restauracje. Na falochronie rozłożyło obozowisko czterech młodych ludzi z rowerami. Niemcy. Jadą do Puli, potem do Rijeki. No to good luck. W jakimś sklepie przeglądam gazety. W prawie wszystkich na pierwszych stronach zdjęcia płonących wież WTC. Gdzieś kupuję hamburgera na kolacje, w innym miejscu wypijam piwo i przed północą wracam na kemping.


Dzień 10. Czwartek 13.09.2001

A jednak musiałem zapłacić za rower. Była jeszcze inna recepcjonistka i ta nie miała wątpliwości. Naliczyła cenę jak za motocykl. Limski Zaljev 6% Z Rovinj jadę drogą 303. Do Brajkovici cały czas pod górę. Z Brajkovici zjazd znów na poziom morza. Znaki pokazują 7% spadku. I znów nie mogę się rozpędzić bo jezdnia jest "drapana". Droga osiąga najniższy punkt przy końcu jęzora Limskiego Zaljevu i stąd 6% podjazd pod górę. Na szczęście jest stromo ale krótko. Po 2 km jestem na szczycie. Przez kwadrans podziwiam widok na zalew a właściwie fiord. Potem po mniej więcej płaskim jadę do Flengi i stamtąd będę miał zjazd do Vrsar. W okolicach Gradiny trafiam na ścieżkę rowerową prowadzącą do Vrsar. Niestety nawierzchnia tej ścieżki nie zachęca do jazdy. Gruby żwir z łachami piachu. Raczej dla przejażdżek rowerem górskim. Moje opony choć mają gruby bieżnik są zbyt wąskie. Jadę dalej szosą.
Którędy dalej? Według Pascala Vrsar zasługuje na poświęcenie co najmniej pół dnia na zwiedzanie. Ja jednak przejeżdżam tylko przez przedmieścia. Teraz kieruję się na Porec. Jadę równolegle do wybrzeża. Mijam kilka luksusowych kempingów. Korty, pola golfowe. Nawet nie sprawdzam cen. Zresztą przede mną jeszcze kawał drogi. Najbliższy ewentualny nocleg mam zaplanowany w Porec. Dojeżdżam tam po kwadransie. Miasto robi średnie wrażenie. Niewątpliwie jest ciekawe, ale w porównaniu z Rovinj nie zachwyca. Objechałem (obszedłem) całe miasto w półtorej godziny. Ponieważ słońce było jeszcze wysoko pojechałem dalej. Zaraz za Porec zaczął się długi ośmiokilometrowy podjazd. Grobla przez Tarski Zaljev Ciekawe, że droga była jak spod linijki. Z dołu widać było szczyt. Wydawał się być blisko jednak aby tam dojechać musiałem kilka razy odpoczywać. Podjazd skończył się w Tar. Teraz miałem 4 km w dół. Zjazd skończył się na grobli przez Tarski Zaljev. Zaraz za groblą znów wspinaczka. Jednak niezbyt długa i potem łagodny zjazd do Novigradu. Dzisiaj w planie miałem osiągnięcie Umag ale dwa strome podjazdy wyczerpały mnie i uznałem, że Novigrad może być niezłym miejscem na nocleg. Kemping znajdował się nad samym morzem. Kilkanaście metrów od namiotów fale z łoskotem rozbijały się na kamienistej plaży. Postawiłem namiot i poszedłem zwiedzać miasto. Właściwie nic specjalnego. Miasta na zachodnim wybrzeżu Istrii są zbudowane według podobnego schematu. Zatoczka, port rybacki w zatoczce. Przy porcie plac - rynek, wokół placu "starówka" a dalej nowe budownictwo. Czasem w zatokę wrzyna się półwysep gęsto zabudowany kamienicami. No i charakterystyczny kształt wież przy kościołach. Różnią się tylko wysokością i szerokością podstawy.
Kemping w Novigradzie zasługuje na specjalną wzmiankę. A to z powodu toalet. Bardzo czyste i świetnie wyposażone. Tylko, ze aby taką czystość utrzymać toalety są przez pół dnia sprzątane. W tym czasie oczywiście nie wolno z nich korzystać. Na dodatek właściciel kempingu nie ufa swoim gościom i zamyka te toalety na noc. Przed siódmą rano nie ma więc co liczyć na prysznic. Umywalnie są niedostępne. Jest otwarty tylko mały kibelek przy recepcji.


Dzień 11. Piątek 14.09.2001

To miał być ostatni dzień w Chorwacji. Wyjechałem około 9. Kierunek Umag a potem Słowenia. Droga nie była ciężka. Parę łatwych podjazdów, przeważnie płasko. Do Umag dojechałem po godzinie. Miasto podobne do Novigradu tylko rynek przy porcie większy. Zostawało mi trochę kun, więc zajechałem do centrum handlowego aby uzupełnić zapasy na 2 dni. Czarne chmury nad Umag W tym czasie spadł krótki deszcz. Około południa byłem już na rogatkach miasta. I wtedy zagrzmiało. I to z kierunku w którym miałem jechać. Niebo mocno się zachmurzyło. Do celu miałem około 30 km, do najbliższego kempingu w Słowenii 20 km. Niezbyt uśmiechało mi się jechać w burzy. No i zostałem na jeszcze jedną noc w Chorwacji, na kempingu w Umag. Na kempingu w Umag Postawiłem namiot i poszedłem kupić chleb. W tym czasie nadciągnęła burza. Oberwanie chmury podobne jak pierwszego dnia w Rijece. Korzystając z chwilowego przejaśnienia wróciłem na kemping. W samą porę. Miejsce gdzie postawiłem namiot okazało się być małym wgłębieniem. Powstała wielka kałuża, na środku której mój namiot pływał jak tratwa ratunkowa. Szybko ewakuowałem bagaże do pobliskiej umywalni a potem przestawiłem namiot na wyżej położone miejsce. Cały czas w intensywnym deszczu. Z godzinę czekałem w umywalni na koniec burzy a ta wcale nie miała zamiaru przestać. Ponieważ pod namiotem nie tworzyła się kałuża, przeniosłem tam bagaże i schroniłem się do środka. Burza trwała około dwóch godzin. Miałem przemoczone ubranie i część bagażu. Szczęściem w nieszczęściu było, że przez tę burzę musiałem przenieść namiot w inne miejsce. W nocy były jeszcze dwie burze. Gdyby ta pierwsza przyszła dopiero nocą to obudziłbym się zanurzony w wodzie.


Dzień 12. Sobota 15.09.2001

Po nocnych burzach namiot był przemoczony. Na szczęście do środka woda się nie dostała. Zwinąłem mokry namiot i ruszyłem do Słowenii. Chorwacja przywitała i pożegnała mnie burzą. Ale poza tymi dwiema nocami cały czas miałem ładną pogodę.
Z Umag do Plovanija droga prowadzi cały czas pod górę. Dopiero od Plovanija do granicy na rzece Dragonja jest zjazd i to dość stromy 6%. Jedzie się serpentynami i choć droga nie jest "drapana" to rozpędzić się nie można bo jest duży ruch samochodów. Zresztą samochody też pokonują tę trasę bardzo powoli. Na granicy kolejka ale posuwająca się dość szybko. Policjant tylko spojrzał na paszport i machnął ręką - jechać. To samo po drugiej stronie rzeki. I jestem już w Słowenii. Po lewej widać rozległą równinę z szachownicą stawów połączonych kanałami. To Secoveljske Soline czyli odsalarnia wody morskiej. Po prawej dolina rzek Dragonja i Drnica. Od miejscowości Secovlje droga zaczyna się wznosić by po 4 km osiągnąć szczyt na peryferiach miasta Portoroż. Zastanawiam się czy nie zjechać do centrum. Jednak poprzestaje na obejrzeniu miasta z góry. Od Portoroż jest raczej płasko. Jazdę utrudnia duży ruch samochodów. W dodatku droga jest wąska i samochody wyprzedzają mnie w bardzo małej odległości. Izola Ucieszyłem się więc gdy zobaczyłem drogowskaz z napisem Izola kierujący w lewo. Jadąc prosto wjechałbym na obwodnicę miasta. Do Izoli droga skręca w stronę morza. Potem zakręt w prawo i za zakrętem ukazuje się miasto leżące jakieś 100 metrów niżej. Z góry wygląda pięknie. Zatrzymuję się, robię kilka zdjęć i zjeżdżam w dół do miasta. Kemping jest na drugim końcu. Przejeżdżam przez centrum nie zatrzymując się. Jest 11:30. Na kempingu recepcja zamknięta i nie ma żadnej kartki z godzinami otwarcia. Zauważył mnie jakiś człowiek z kawiarenki obok recepcji. Powiedział - stawiaj namiot gdzie chcesz, zameldujesz się wieczorem. Za noc 10 DM. Cena porównywalna z cenami w Chorwacji. Standard kempingu jednak dużo gorszy. Zimna woda w prysznicach, umywalnie tylko pod daszkiem. Po postawieniu namiotu, wykąpaniu się pod zimnym prysznicem (dobrze, że dzień jest ciepły) ruszam na zwiedzanie miasta. Trochę rozczarowuję się. Z góry wyglądało lepiej. W starym centrum sporo domów opuszczonych, w ruinie. Port też niezbyt ciekawy. Chcę wymienić trochę marek na tolary. Jest sobota, pierwsza po południu i kantory są zamknięte. Znajduję market gdzie można płacić kartą Maestro. Naładowałem pół kosza towaru. Przy kasie okazuje się, że aby zapłacić kartą Maestro muszę kupić towaru za co najmniej 2000 SIT. W koszyku mam za 620 SIT. Wkurzony zostawiam wszystko i idę szukać bankomatu. W bankomacie minimalna kwota do pobrania to 5000 SIT. Robię zakupy i wracam na kemping. Wieczorem jeszcze raz idę do miasta. Jest o wiele ciekawiej. Otwarte są restauracje i bary. W jednej z restauracji wesele. Gra jakaś cygańsko - bałkańska kapela. Miasto nabrało życia.


Dzień 13. Niedziela 16.09.2001

Wstałem wcześnie. Po śniadaniu, gdy kończyłem zwijać namiot zaczął padać deszcz. Ledwo zdążyłem umocować toboły na rowerze i schronić się pod daszkiem umywalni. Po 40 minutach przestało padać. Ruszyłem w stronę Koper. Według mapy miałem dwie drogi. Jedną, biegnącą tuż przy brzegu morza ruchliwą drogę nr 111 i drugą przez góry. Ta druga wydawała się być bezpieczniejsza, ta pierwsza krótsza. Pociąg do Ljubljany miałem o 10:10. Zdecydowałem się więc na tę niebezpieczniejszą ale krótszą. I dobrze zrobiłem. Okazało się, że między brzegiem morza a drogą 111 jest najprawdziwsza ścieżka rowerowa. Pół godziny później byłem już w Koper. W poszukiwaniu dworca kolejowego objechałem większą część miasta. I muszę przyznać, że byłem zaskoczony jego wielkością. Podobnie jak w Puli, Rovinj czy Porec jest tu starówka zbudowana wokół portu rybacko - jachtowego, ale poza tym dużo większa część miasta to nowoczesne dzielnice pełne sklepów i firmowych gmachów. Stal, szkło i aluminium. No i przy wszystkich większych ulicach są ścieżki rowerowe. To mi się podobało najbardziej. Na peronie w Koper Pociąg do Ljubljany to nowoczesny szynobus Siemensa. Nie byłem pewien czy wolno przewozić w nim rowery a na dworcu nie było u kogo zapytać. Mimo że Koper to duże miasto, stacja jest niewielka i kasy w niedzielę były nieczynne. Rozłożyłem więc rower na części, związałem i do worka. Ulokowałem się w przedziale dla podróżnych z większym bagażem. Linia kolejowa z Koper do Ljubljany kręci się jak rollercoaster. Pociąg wspina się pod górę by za chwilę skręcić o 180 stopni i oto tory, po których jechaliśmy mamy kilkadziesiąt metrów niżej. Kilka tuneli, wiaduktów, z jednej strony ściana z drugiej przepaść, potem zjazd i za kilkadziesiąt minut znów pod górę. Niestety pada deszcz. Zatrzymujemy się parę razy na pustawych stacyjkach. Na wszystkich chyba kasy nieczynne bo po każdym zatrzymaniu pociągu chodzi konduktor i sprzedaje bilety. Do Ljubljany dojechaliśmy parę minut po 12. Tu też pada. Pociąg do Austrii dopiero około 23. Nałożyłem kurtkę, oddałem bagaże do przechowalni i idę zwiedzać miasto. Mimo deszczu Ljubljana mi się podoba. Trochę przypomina Wiedeń, trochę Paryż. Tylko jest dużo mniejsza i bardziej kameralna. Ale czuje się, że jest to metropolia. No i wokół są góry. Muszę skorzystać z toalety. Płaci się przed wejściem. Ku memu zdziwieniu dostaję bilet. No i proszę człowiek objechał prawie całą Europę a ciągle jest zaskakiwany czymś nowym. Jeszcze mi się nie zdarzyło kupować biletu do pisuaru.
Ciągle pada. Na jednym z kościołów zauważam zaproszenie na koncert chóru i jakiegoś sławnego chorwackiego organisty. Bezpłatny. Korzystam więc. Wyróżniam się trochę strojem. Garnitury, fraki, suknie wieczorowe a ja w bluzie z polaru. No ale sztuka nie zna granic. Także tych klasowych. Muzyka współczesna i raczej trudna w odbiorze. Po dwóch godzinach obcowania ze sztuką wracam na dworzec. Jest już ciemno. Po kolacji w McDonaldzie odbieram bagaże z przechowalni. I tu niemiły zgrzyt. Okazuje się, że muszę zapłacić dwa razy więcej niż się spodziewałem. W dzień był inny człowiek obsługujący przechowalnię, teraz jest inny. Tamten pokazał swój cennik ten swój. Zostawiłem zbyt mało tolarów. Kantor już nieczynny. Płacę markami i trochę przepłacam bo człowiek z przechowalni mówi, że z marek to on reszty nie wydaje. I co tu z takim zrobić.
Idę na peron. Pociągu jeszcze nie ma. Przyjedzie dopiero z Zagrzebia. Według rozkładu w Ljubljanie są dołączane wagony z Rijeki. Na peronie tymczasem coraz więcej ludzi. Obawiam się, że ze swoimi bagażami mogę mieć trudności w znalezieniu miejsca. Zostaje zapowiedziany przyjazd pociągu z Rijeki ale na inny peron. Chwytam bagaże i idę tam. Na jednym wagonie jest kartka Rijeka - Munchen. To mój kierunek. Znajduję wolny przedział. W tym czasie wjechał pociąg z Zagrzebia. Obserwuję jak tłum szturmuje wejścia. Nie miałbym szans. Potem "mój" wagon zostaje doczepiony na czoło tamtego pociągu. Jedziemy. Na granicy słoweński celnik wskazując na spakowany rower pyta czy to przypadkiem nie karabin. Austriacki dokładnie obmacał worek. Na szczęście nie kazali mi go rozpakowywać.


Dzień 14. Poniedziałek 17.09.2001

W Salzburgu jesteśmy po 4. Zastanawiam się czy nie zostać tu na cały dzień. Byłem tu dwa lata wcześniej. Można by porównać co się zmieniło. Jednak pogoda nie zachęca. Pada mżawka. Około 6 jest pociąg do Wiednia. Jadę. Wysiadam po 3 godzinach na Westbahnhof. Niestety pociąg do Warszawy odjeżdża z Sudbahnhof. Muszę jakoś tam się dostać. Z planu metra wynika, że jest kilka przesiadek. Niezbyt uśmiecha mi się targanie pięciu pakunków po podziemnych przejściach. Składam znów rower, mocuje bagaże i idę pieszo. Jechać nie mogę bo nie chciało mi się regulować hamulców i przerzutek. Na szczęście nie pada. Droga zajmuje mi około godziny. Na Sudbahnhof znów rower na części, do worka i do przechowalni. Tym razem płacę z góry więc niespodzianki nie będzie. Potem zwiedzam Wiedeń. Jestem tu już trzeci raz więc większość miejsc jest znajoma. Ale ciągle odkrywam coś nowego. Podoba mi się to miasto. Wieczorem odbieram rower i lokuje się w pociągu do Warszawy. Pakunki przymocowuję dokładnie do półek. Z okna obserwuję jeszcze pokaz ogni sztucznych. Zupełnie nie orientuję się z jakiej to okazji.


Dzień 15. Wtorek 18.09.2001

Prawie całą drogę spałem z przerwami na kontrole graniczne. Za Sosnowcem obudził mnie gwar. Okazało się, że w nocy ktoś okradł podróżnych w sąsiednich przedziałach. Sprawdzam swoje bagaże. Wszystko jest. Witamy w Polsce.


Informacje praktyczne

Rowerem w Chorwacji jeździ się raczej bez większych problemów. Na niektórych drogach duży ruch samochodów. Standard kempingów średni. Podłoże raczej twarde. Toalety czyste chociaż w wielu brak desek na sedesach. Papier trzeba mieć swój. Przeważnie woda w prysznicach jest ledwo ciepła (ogrzewana słońcem), w umywalkach tylko zimna. Na wszystkich kempingach, oprócz tego w Novigradzie, można płacić kartą Maestro. W Novigradzie przyjmują tylko wypukłe MasterCard i Visa. W wielu sklepach można płacić kartami. Czasami jest minimalna kwota zakupów. Najtaniej jest w sklepach osiedlowych. Prawie na każdym kempingu lub w pobliżu jest sklep samoobsługowy.
Na Istrii lepiej nie nastawiać się na podróżowanie pociągiem. Jest jedna linia do Puli. Pociąg to jeżdżący rzadko jeden wagon motorowy zapełniony do granic możliwości.
Bezpieczeństwo - mimo niedawnej wojny kraj sprawia wrażenie bezpiecznego. Ani razu nie czułem się w jakikolwiek sposób zagrożony. Nie widziałem żadnych pijackich burd. Co więcej, nie widziałem pijaków. Na niektórych dworcach można spotkać meneli ale nie widziałem aby kogokolwiek zaczepiali. Policja jest widoczna. Kilka razy spotkałem na szosie ich drogówkę. Kontrolowali samochody, mnie jednak nie zatrzymywali.

Informacje o sprzęcie.

Rower - no name. Rama, kierownica i obręcze aluminiowe. Koła 28'. Przerzutki Shimano TY30. Bagażnik własnej konstrukcji. Kierownica Zoom, rogi Author. Zalety tego roweru to mała waga i cena. Wady - słaba stabilność, źle dobrane opony.

Namiot - Komodo firmy Marabut. Zalety - łatwość rozstawiania, mały rozmiar i ciężar po złożeniu. Wady - brak przedsionka, słaba wentylacja.

Sakwy - firmy Duo przerobione przeze mnie. Przeróbka polegała na rozłączeniu sakw bocznych, wzmocnieniu szwów, zmianie sposobu mocowania kufra, naklejeniu pasków z taśmy odblaskowej. Zalety - łatwość mocowania i przenoszenia, pojemność. Wady - przemakalność.

Kuchenka - gazowa Bleuet 270 na kartusze wkręcane. Zalety - mały rozmiar, łatwość transportu. Wady - wysoki koszt kartuszy, mała wydajność na wietrze, konieczność stosowania osłony palnika.

Transport - do Chorwacji i z powrotem jeździłem pociągiem. W tamtą stronę do Rijeki z przesiadką w Warszawie i Wiedniu. Z powrotem z Koper w Słowenii z przesiadkami w Ljubljanie, Salzburgu, Wiedniu i Warszawie. Rower przewoziłem rozłożony na części, związane na sztywno w worku zrobionym z dwóch worków plastykowych używanych do przewożenia ziemniaków. Dodatkowo worki były oklejone taśmą. Taki pakunek ładowałem na półkę w wagonie, mocowałem paskami skórzanymi a na wierzch wrzucałem sakwy, które mocowałem do półki taśmami. Chodziło o to aby całość nie zwaliła się mi na głowę w przypadku gwałtownego hamowania i żeby utrudnić działanie ewentualnemu złodziejowi.

Koszt wyprawy to około 700zł. W tej kwocie są koszty wyżywienia, noclegów i biletów wstępu. Żywiłem się we własnym zakresie. Jak zwykle podczas moich wypraw były to dwa posiłki dziennie. Z Polski zabrałem 10 konserw mięsnych po 20 dag i 20 zupek (część wietnamskich, część w proszku). Kupowałem chleb, mleko, konserwy rybne, piwo, słodycze, owoce. Czasami jakąś kanapkę.


Jeżeli komuś są potrzebne inne informacje o tej wyprawie proszę pisać na adres: edar@box43.pl

 

<< Powrót
Strona Główna