|
Roman Kieda
Dzień 1. Wtorek 4.09.2001
Dokładnie o 17:30 wysiadłem z pociągu na dworcu w Rijece. Natychmiast mój bagaż wzbudził zainteresowanie człowieka wózkiem. Z nadzieją w głosie zaoferował pomoc. Podziękowałem ale nie skorzystałem. Przeniosłem wszystko do poczekalni gdzie złożyłem rower i umocowałem na nim resztę dobytku. Gdy opuszczałem dworzec zaczęło padać. Narazie były to pojedyncze krople. Tego dnia planowałem dojechać tylko do najbliższego kempingu. Miało to być jakieś 5 - 6 km. Uwzględniając, że nie znam miasta miałem nadzieję, że zajmie mi to nie więcej niż godzinę. W miarę jak oddalałem się od dworca deszcz padał coraz większy. Schroniłem się w jakiejś bramie. Po około godzinie przestało padać na tyle, że mogłem jechać dalej. Tymczasem ściemniło się. Przejechałem (przeszedłem) ze 2 km gdy znów zaczęło padać. Byłem już na przedmieściach Rijeki i niestety żadnej bramy gdzie można by się schronić. Ubrałem kurtkę, z tyłu na górną sakwę zaczepiłem migającą lampkę i jechałem dalej. I wtedy zaczęło się piekło jeżeli tak można powiedzieć o ulewie. Z góry lały się strugi wody, co kilkanaście sekund niebo rozświetlały błyskawice, z ulicy zrobił się potok, woda sięgała wyżej kostek. Z lewej strony drogi skalna ściana, z prawej urwisko. Żadnego miejsca aby się schronić. Jedyne co mogłem zrobić to jechać. Na szczęście kierowcy dostosowali się do sytuacji. Samochody jechały nie szybciej niż 15 - 20 km/h. Prawie nikt mnie nie wyprzedzał. Dzięki taśmie odblaskowej, którą okleiłem sakwy i migającej lampce byłem dla nich dobrze widoczny. Poza ty byli chyba bardzo zdziwieni, ze ktoś w taką ulewę jeździ rowerem. Burza trwała jakieś 1,5 godziny. Potem deszcz przestał padać lecz niebo dalej było czarne. Rozpytywałem się o drogę do najbliższego kempingu. Tylko jedna osoba wiedziała jak tam dojechać ale nie potrafiła tego wytłumaczyć. W końcu ktoś doradził abym spytał w przydrożnym barze. Tam powiedziano, że w okolicy nie ma żadnego kempingu. Zaproponowali pokój za 20DM. Nie miałem wyjścia. Przyjąłem tę ofertę. Zaniosłem sakwy do pokoju i wtedy zobaczyłem ile są warte. Praktycznie cały bagaż miałem mokry. Do tego stopnia wszystko było przemoczone, że banknot 20 DM, którym zapłaciłem musiałem najpierw wycisnąć. Wyrzuciłem wszystko z sakw mając nadzieję, że do rana trochę podeschnie. W nocy znów były burze.
Dzień 2. Środa 5.09.2001
Rano spakowałem wszystko (niestety nie całkiem
suche), oddałem klucz od kwatery gospodarzowi i ruszyłem w drogę. Ujechałem
może 100 metrów i za zakrętem zobaczyłem drogowskaz - Kamp Paveki 50 m. Po kilku
chwilach minąłem kemping. A w barze twierdzili, że w tej okolicy nie ma żadnego
kempingu. Właściwie to nie miałem do nich żalu. Jak pisałem w nocy znów były
burze. Przynajmniej bagaż mi podsechł. Jechałem "Jadranską magistralą" w kierunku
mostu na Krk. Znów z lewej miałem skalną ścianę, z prawej widok na Rijecki Zaljev.
Na niebie ścigały się chmury. Gdzieś w górze huczał wiatr. Szosa pięła się pod
górę. Mimo, ze ruch samochodów duży to jechało się znośnie. Po tym w jaki sposób
mnie samochody wyprzedzały mogłem z dużą dokładnością określić jakiej narodowości
jest kierowca. Jeżeli samochód przed wyprzedzeniem zwalniał , a potem mijał
mnie w odległości przynamniej 1,5 metra to na 90% miał numery niemieckie lub
austriackie. Jeżeli zaś wyprzedzał mnie z dużą szybkością i w odległości mniejszej
niż metr to był to Węgier, Polak albo Czech. Jeden taki w złotym Punto na krakowskich
numerach przejechał tak blisko, że zachwiało mną mocno i wjechałem do rowu przy
drodze. Całe szczęście, że nie wyprzedzał mnie 300 metrów dalej bo tam zamiast
rowu była dwudziestometrowa przepaść. Kierowca oczywiście nie zatrzymał się.
A przed wyjazdem przestrzegano mnie, że jazda rowerem "Jadranską magistralą"
to samobójstwo. Nic to. Pozbierałem się i jechałem dalej, tyle że teraz od razu
zatrzymywałem się gdy słyszałem za sobą wycie silnika. Po kilku kilometrach
jazdy pod górę ściana z lewej strony skończyła się i od razu uderzył wiatr.
Podmuch był tak silny, że prawie mnie przewrócił. Zatrzymałem się. Po kilku
chwilach wiatr przycichł. Ruszyłem dalej. Przejechałem kilkadziesiąt metrów
i kolejny podmuch. Tym razem musiałem przykucnąć bo by mnie przewrócił. Potem
pchałem rower kilkaset metrów. Jechać się nie dało. A może i dało się tylko
ja byłem zbyt słaby. Oto wyprzedził mnie Japończyk na rowerze. Prawdziwy samuraj.
Opaska na czole, wykrzywiona twarz, ciężko walczył o utrzymanie równowagi ale
jechał. A ja stałem i czekałem aż wiatr się trochę uspokoi. Co prawda on jechał
na góralu i tylko z jedną sakwą (widać turysta hotelowy) a ja na kołach 28 cali,
do tego dwie duże sakwy, namiot i kufer. Schowałem się za jakimś głazem i postanowiłem
przeczekać huragan. Niestety, po godzinie wiatr nie tylko nie ucichł ale jeszcze
się nasilił. Niezły początek wyprawy - pomyślałem. Poprzedniego dnia oberwanie
chmury, teraz huragan. Postanowiłem wrócić na kemping, który rano minąłem, tego
dnia zaliczyć Rijekę a do Dubrownika ruszyć jutro. Zacząłem zjeżdżać w dół gdy
wyminęło mnie pogotowie na sygnale. Głupio pomyślałem, że to może po tego samuraja,
który mnie wyprzedził godzinę wcześniej.
Postawiłem namiot na kempingu i poszedłem zwiedzać
Rijekę. Miasto mnie raczej rozczarowało. Gdy poprzedniego wieczora jechałem w
deszczu wydawało się być ciekawsze. Teraz wiatr hulał po niezbyt ludnych ulicach.
Miałem pecha bo prawie każda zabytkowa budowla była zamknięta. Wszedłem do kilku
sklepów. Zaopatrzenie jak w Polsce 5 lat temu. Wybór towarów raczej skromny. Firmowe
sklepy zachodnich koncernów zaopatrzone dobrze ale ceny niezbyt zachęcające. Port
niedostępny, otoczony barakami. Na kemping wróciłem autobusem. Dzień 3. Czwartek 6.09.2001
Rano wiatr jakby trochę ucichł. Wystarczyło
jednak spojrzeć w niebo aby przekonać się, że to tylko pozory. Chmury gnały
jak oszalałe. Zdecydowałem, ze nie ma sensu czekać aż przestanie wiać. Zmieniam
plan i zamiast do Dubrownika jadę w przeciwnym kierunku, na Istrię. Zapłaciłem
za nocleg 47,5 Kn. (ponad 12 DM) Niestety kempingi okazały się droższe niż się
spodziewałem. Do tego na tym policzyli za rower. I standard niezbyt wysoki.
Do Rijeki mam 5 kilometrowy zjazd. Teraz po prawej mam skalną ścianę a po lewej
morze.
I to morze po lewej będę miał aż do końca wyprawy. Przebijam się ulicami miasta.
Jadę według znaków pamiętając zalecenia z grupy internetowej pl.rec.tramping
aby kierować się tymi żółtymi. Niebieskie prowadzą do płatnego tunelu. Podejrzewam,
że tamtędy rowerem bym nie przejechał. Skończyła się Rijeka, zaczęło Matulji
i Opatija. Droga biegnie nad samym morzem. Opatija przypomina trochę miasta
na francuskiej riwierze. Warto zatrzymać się na postój. Sprawdzam na mapie gdzie
jest najbliższy kemping. Icici 4 km za Opatiją. Jadę tam, stawiam namiot i nadmorską
promenadą wracam spacerkiem do Opatiji. I znów podobnie jak w Rijece pierwsze
wrażenie było lepsze. Po bliższym poznaniu miasto traci. Ot typowy kurort. Kilkanaście
hoteli, restauracji i przedwojennych willi. No i wszędzie tłumy niemieckich
emerytów. Wracam do Icici.
Już poprzedniego dnia po południu wiatr ucichł
i zrobiło się bardzo ciepło. Dziś od rana wręcz upał. A tu przede mną co najmniej
60 km jazdy. Zapłaciłem za nocleg 47,85 Kn. Tu za rower nie policzyli ale doszły
jakieś opłaty nie wiadomo za co: naljepnica, prijava, boravisna a człowiek w
recepcji niestety tylko po chorwacku i parę słów po niemiecku.
Droga prawie cały czas prowadzi nad morzem. Czasami odbija na kilkaset metrów
w głąb półwyspu. Przejeżdżam przez Lovran potem Medveja, Moscenicka Draga (tu
20 minut odpoczynku).
Stąd droga zaczęła się piąć pod górę. Niezbyt stromo ale cały czas pod górę.
Po 12 km takiej wspinaczki decyduję się na odpoczynek na ławce przystanku autobusowego
we wsi Zagore. Siedziałem pół godziny gdy minęło mnie dwóch młodzieńców na rowerach
z sakwami. Świetna okazja aby trochę "się powieźć" . Ruszyłem za nimi. Wiozłem
się może z kilometr ale tempo mieli słabe. Wyprzedziłem ich. Myślałem, że może
pociągną za mną. Jeden jakiś czas siedział mi na kole ale potem zatrzymał się
i czekał na kolegę, który całkiem osłabł. Po kilku zakrętach straciłem ich z
oczu. A droga cały czas pod górę. Wreszcie jest szczyt. Punkt widokowy "Motel
Vidikovac". Zatrzymuje się, robię kilka zdjęć. Stąd widać wyspę Cres, za nią
Krk a w oddali Rijekę. Z "Motel Vidikovac" mam ostry zjazd do Vozilici. Rozpędzam
się, wjeżdżam na odcinek jezdni, na którym ścinano koleiny ("drapanej") i nagle
czuje jak tylne koło ucieka mi w bok Hamuję gwałtownie. Co za licho? Sprawdzam
czy nie złapałem gumy. Nie. Sprawdzam szprychy. Całe. Jadę dalej. Gdy jednak
trochę się rozpędzę mam trudności z utrzymaniem prostoliniowego toru jazdy.
Wściekam się. Taki piękny zjazd a ja muszę hamować do 15 - 20 km/h. Winne są
opony. Gruby bieżnik sprawia, że koło jest ściągane z kierunkiem "drapania".
Z Vizilici leżącego na poziomie morza droga znów zaczyna się wznosić pod górę
i to dość stromo. Na dodatek zrobiło się gorąco. Nic dziwnego, od morza odgradza
mnie góra Standar. Pot cieknie ze mnie strumieniami. Po 3 km podjazdu daję za
wygraną, zsiadam z roweru i pcham. Po następnych 2 km robię dłuższy (30 min)
odpoczynek. Ruszam dalej. Wyprzedza mnie jakiś kolarz. Mimo że jedzie na kolarzówce
i bez bagażu, widać że podjazd i jemu daje się we znaki. Koszula przepocona
nie mniej niż moja. Próbuję "wsiąść" mu na koło ale po kilkudziesięciu metrach
odpadam. Za ten zryw płacę łomotem serca i litrami potu. Jadę powoli dalej.
Koło miejscowości Strmac podjazd się kończy i aż do Labina jadę po płaskim.
Zatrzymuję się w Labinie. Robię zakupy. Sprawdzam na mapie gdzie jest najbliższy
kemping. Rabac - 6 km od Labina, a następny dopiero po 44 km w Puli. No nie.
44 kilometrów to już dziś nie przejadę. Kieruję się więc do Rabac. Droga prowadzi
serpentynami ostro w dół. I znów nie mogę się rozpędzić bo droga jest "drapana".
Wkurza mnie to a jeszcze bardziej wkurza myśl, że jutro będę musiał pokonać
tę samą drogę ale w drugą stronę.
Znajduję kemping, który okazał się być czeską enklawą w Chorwacji. Połowę kempingu
zajmują namioty jakiegoś czeskiego biura podróży. Mam pecha bo trafiłem tu w
dzień przed zmianą turnusów. "Zielona noc"". Do późna będę wysłuchiwał śpiewów
i nawoływań.
Rano wstałem wcześnie. Chciałem uniknąć jazdy
w upale. Również moja sąsiadka szykowała się do wyjazdu. Około 7 zapłaciłem
za nocleg (80,82 Kn za dwie noce) i czekałem na Alison. Miałem nadzieję, ze
pojedziemy razem. Ona jednak miała inne plany, bo powiedziała że musi jeszcze
gdzieś zadzwonić i żebym nie czekał.
Do Labina przez większą część drogi rower pchałem. Potem z Labina zjazd w dolinę
rzeki Rasa. Przez kilka kilometrów jadę wzdłuż kanału i szykuję się na to co
czeka mnie przed Barban. Wystarczy spojrzeć na mapę. Serpentyna taka, że w głowie
się może zakręcić. A skoro serpentyna to znaczy, że podjazd będzie ciężki. I
taki był. Lecz o ile z Rabac do Labina droga była cały czas pod górę to tu miejscami
były odcinki płaskie a miejscami dużo bardziej strome podjazdy. Za jednym z
zakrętów ukazał się widok na dolinę rzeki Rasa. Po drugiej stronie doliny na
stromym zboczu widać wielki biały napis TITO. Ktoś się natrudził bo litery maja
po kilkanaście metrów wysokości. I znów część drogi nie jadę a podchodzę. W
tym roku nie miałem zbyt wiele czasu na zrobienie kondycji. Od Barban droga
wiedzie wśród pól i lasów. Mimo że dziś niedziela, to w wielu miejscach mijam
pracujących w polu.
Zwraca uwagę czerwona barwa ziemi. Muszę wyciągnąć z sakwy okulary bo pojawiły
się roje muszek. Do tej pory jechałem bez okularów. Chorwackie wybrzeże ma tę
zaletę, że nie ma tu żadnego latającego robactwa. Do Puli dotarłem około południa.
Znalazłem kemping, postawiłem namiot. Godzinę później przyjechała Alison. Miała
problem ze znalezieniem kempingu bo przy wjeździe do Puli skręciła w obwodnicę.
Ja jechałem przez centrum miasta.
Jest zachwycona kempingiem. Mówi, ze tamten w Rabac był okropny. Tu jest dużo
cienia i klifowe nabrzeże. No i nie jest to czeska enklawa. Za to dużo jest
Polaków. Ale tych potrafię odróżnić tylko ja. Dla niej czeski i polski są nierozpoznawalne.
A i tak - jak wszędzie w Chorwacji - najwięcej jest Niemców.
Po południu zwiedzam Pulę. Wrażenie robi rzymski amfiteatr. Podobny widziałem
w 1990 w Nimes (Francja). Tamten jednak zwiedziłem za darmo a tu niestety musiałem
zapłacić za wstęp. Pula jest miastem ciekawszym niż Rijeka. Wyraźnie widać tu
wpływy włoskie. Począwszy od dwujęzycznych nazw ulic na powszechnej znajomości
włoskiego skończywszy. Rijeka jest taka bardziej słowiańska.
Dzień 7. Poniedziałek 10.09.2001
Wyruszyłem o 7 rano. Przy kasie spotkałem Alison.
Też wybierała się do Rovinj. Jednak znów wolała jechać osobno. Pożyczyliśmy
sobie "good luck" i więcej już jej nie spotkałem. Za dwie noce zapłaciłem 74,30
Kn. Im dalej na południe tym taniej. No ale dziś jadę na północ.
Pogoda lepsza niż wczoraj. Ciepło ale nie upalnie i prawie bezwietrznie. O wiele
przyjemniejsza jest też droga. Prawie płaska i co najlepsze - mały ruch samochodów.
Ponieważ dzisiejszy etap jest krótszy zbaczam z głównej drogi i zaliczam małe
miasteczka. Galiżana, Vodnjan i Bale. I właśnie te małe prowincjonalne miasteczka
są o wiele ciekawsze niż miasta na wschodnim wybrzeżu Istrii. Wydaje się jakby
czas tu zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Atmosfera jak we włoskich filmach
o latach trzydziestych ubiegłego wieku. Kamienne domy, ulice bez chodników,
pranie na sznurach nad ulicami. No i częściej słychać tu włoski niż chorwacki.
I charakterystyczny kształt wież kościelnych a właściwie dzwonnic przy kościołach.
Wysokie, wąskie czworoboczne wieże zwieńczone kamiennym daszkiem. I choć są
prawie jednakowe to pochodzą z różnych czasów. W Galiżana została wzniesiona
w XIX wieku ale ta w Vodnjan jest z lat osiemdziesiątych XX wieku.
Do Rovinj dojechałem około południa i od razu to miasto mi się spodobało. Wąskie
uliczki o kamiennej nawierzchni zbiegają się w porcie. A nad portem wznosi się
wzgórze, na którym wybudowano katedrę. Część uliczek w centrum jest zamknięta
dla ruchu. Wszędzie tłumy turystów.
Przepychanie się z rowerem obciążonym sakwami jest niewygodne, jadę więc na
kemping. Niestety to 6 km od centrum miasta. Na dodatek to drugi kemping w Chorwacji
na którym chcą opłatę za rower. Ale tu dziewczyny w recepcji nie są do końca
pewne czy powinny pobrać. Jedna mówi że tak, druga że nie. Okaże się przy wyjeździe.
Ten kemping jest największy na jakim zdarzyło się mi nocować (na ponad setkę
zaliczonych). Prawie 2 km długości i 0,5 km szerokości. Część to FKK. Zostawiam
bagaże w namiocie i jadę zwiedzać Rovinj. Włażę na wzgórze do katedry, schodzę
z drugiej strony labiryntem uliczek i wracam do portu głównym deptakiem. Potem
robię zakupy i wracam na kemping. Telefon z domu. Matka pyta czy w Chorwacji
spokojnie bo ktoś zbombardował Nowy York.
A jednak musiałem zapłacić za rower. Była jeszcze
inna recepcjonistka i ta nie miała wątpliwości. Naliczyła cenę jak za motocykl.
Z Rovinj jadę drogą 303. Do Brajkovici cały czas pod górę. Z Brajkovici zjazd
znów na poziom morza. Znaki pokazują 7% spadku. I znów nie mogę się rozpędzić
bo jezdnia jest "drapana". Droga osiąga najniższy punkt przy końcu jęzora Limskiego
Zaljevu i stąd 6% podjazd pod górę. Na szczęście jest stromo ale krótko. Po
2 km jestem na szczycie. Przez kwadrans podziwiam widok na zalew a właściwie
fiord. Potem po mniej więcej płaskim jadę do Flengi i stamtąd będę miał zjazd
do Vrsar. W okolicach Gradiny trafiam na ścieżkę rowerową prowadzącą do Vrsar.
Niestety nawierzchnia tej ścieżki nie zachęca do jazdy. Gruby żwir z łachami
piachu. Raczej dla przejażdżek rowerem górskim. Moje opony choć mają gruby bieżnik
są zbyt wąskie. Jadę dalej szosą.
Według Pascala Vrsar zasługuje na poświęcenie co najmniej pół dnia na zwiedzanie.
Ja jednak przejeżdżam tylko przez przedmieścia. Teraz kieruję się na Porec.
Jadę równolegle do wybrzeża. Mijam kilka luksusowych kempingów. Korty, pola
golfowe. Nawet nie sprawdzam cen. Zresztą przede mną jeszcze kawał drogi. Najbliższy
ewentualny nocleg mam zaplanowany w Porec. Dojeżdżam tam po kwadransie. Miasto
robi średnie wrażenie. Niewątpliwie jest ciekawe, ale w porównaniu z Rovinj
nie zachwyca. Objechałem (obszedłem) całe miasto w półtorej godziny. Ponieważ
słońce było jeszcze wysoko pojechałem dalej. Zaraz za Porec zaczął się długi
ośmiokilometrowy podjazd.
Ciekawe, że droga była jak spod linijki. Z dołu widać było szczyt. Wydawał się
być blisko jednak aby tam dojechać musiałem kilka razy odpoczywać. Podjazd skończył
się w Tar. Teraz miałem 4 km w dół. Zjazd skończył się na grobli przez Tarski
Zaljev. Zaraz za groblą znów wspinaczka. Jednak niezbyt długa i potem łagodny
zjazd do Novigradu. Dzisiaj w planie miałem osiągnięcie Umag ale dwa strome
podjazdy wyczerpały mnie i uznałem, że Novigrad może być niezłym miejscem na
nocleg. Kemping znajdował się nad samym morzem. Kilkanaście metrów od namiotów
fale z łoskotem rozbijały się na kamienistej plaży. Postawiłem namiot i poszedłem
zwiedzać miasto. Właściwie nic specjalnego. Miasta na zachodnim wybrzeżu Istrii
są zbudowane według podobnego schematu. Zatoczka, port rybacki w zatoczce. Przy
porcie plac - rynek, wokół placu "starówka" a dalej nowe budownictwo. Czasem
w zatokę wrzyna się półwysep gęsto zabudowany kamienicami. No i charakterystyczny
kształt wież przy kościołach. Różnią się tylko wysokością i szerokością podstawy.
Kemping w Novigradzie zasługuje na specjalną wzmiankę. A to z powodu toalet.
Bardzo czyste i świetnie wyposażone. Tylko, ze aby taką czystość utrzymać toalety
są przez pół dnia sprzątane. W tym czasie oczywiście nie wolno z nich korzystać.
Na dodatek właściciel kempingu nie ufa swoim gościom i zamyka te toalety na
noc. Przed siódmą rano nie ma więc co liczyć na prysznic. Umywalnie są niedostępne.
Jest otwarty tylko mały kibelek przy recepcji.
To miał być ostatni dzień w Chorwacji. Wyjechałem
około 9. Kierunek Umag a potem Słowenia. Droga nie była ciężka. Parę łatwych
podjazdów, przeważnie płasko. Do Umag dojechałem po godzinie. Miasto podobne
do Novigradu tylko rynek przy porcie większy. Zostawało mi trochę kun, więc
zajechałem do centrum handlowego aby uzupełnić zapasy na 2 dni.
W tym czasie spadł krótki deszcz. Około południa byłem już na rogatkach miasta.
I wtedy zagrzmiało. I to z kierunku w którym miałem jechać. Niebo mocno się
zachmurzyło. Do celu miałem około 30 km, do najbliższego kempingu w Słowenii
20 km. Niezbyt uśmiechało mi się jechać w burzy. No i zostałem na jeszcze jedną
noc w Chorwacji, na kempingu w Umag.
Postawiłem namiot i poszedłem kupić chleb. W tym czasie nadciągnęła burza. Oberwanie
chmury podobne jak pierwszego dnia w Rijece. Korzystając z chwilowego przejaśnienia
wróciłem na kemping. W samą porę. Miejsce gdzie postawiłem namiot okazało się
być małym wgłębieniem. Powstała wielka kałuża, na środku której mój namiot pływał
jak tratwa ratunkowa. Szybko ewakuowałem bagaże do pobliskiej umywalni a potem
przestawiłem namiot na wyżej położone miejsce. Cały czas w intensywnym deszczu.
Z godzinę czekałem w umywalni na koniec burzy a ta wcale nie miała zamiaru przestać.
Ponieważ pod namiotem nie tworzyła się kałuża, przeniosłem tam bagaże i schroniłem
się do środka. Burza trwała około dwóch godzin. Miałem przemoczone ubranie i
część bagażu. Szczęściem w nieszczęściu było, że przez tę burzę musiałem przenieść
namiot w inne miejsce. W nocy były jeszcze dwie burze. Gdyby ta pierwsza przyszła
dopiero nocą to obudziłbym się zanurzony w wodzie.
Po nocnych burzach namiot był przemoczony. Na
szczęście do środka woda się nie dostała. Zwinąłem mokry namiot i ruszyłem do
Słowenii. Chorwacja przywitała i pożegnała mnie burzą. Ale poza tymi dwiema
nocami cały czas miałem ładną pogodę.
Z Umag do Plovanija droga prowadzi cały czas pod górę. Dopiero od Plovanija
do granicy na rzece Dragonja jest zjazd i to dość stromy 6%. Jedzie się serpentynami
i choć droga nie jest "drapana" to rozpędzić się nie można bo jest duży ruch
samochodów. Zresztą samochody też pokonują tę trasę bardzo powoli. Na granicy
kolejka ale posuwająca się dość szybko. Policjant tylko spojrzał na paszport
i machnął ręką - jechać. To samo po drugiej stronie rzeki. I jestem już w Słowenii.
Po lewej widać rozległą równinę z szachownicą stawów połączonych kanałami. To
Secoveljske Soline czyli odsalarnia wody morskiej. Po prawej dolina rzek Dragonja
i Drnica. Od miejscowości Secovlje droga zaczyna się wznosić by po 4 km osiągnąć
szczyt na peryferiach miasta Portoroż. Zastanawiam się czy nie zjechać do centrum.
Jednak poprzestaje na obejrzeniu miasta z góry. Od Portoroż jest raczej płasko.
Jazdę utrudnia duży ruch samochodów. W dodatku droga jest wąska i samochody
wyprzedzają mnie w bardzo małej odległości.
Ucieszyłem się więc gdy zobaczyłem drogowskaz z napisem Izola kierujący w lewo.
Jadąc prosto wjechałbym na obwodnicę miasta. Do Izoli droga skręca w stronę
morza. Potem zakręt w prawo i za zakrętem ukazuje się miasto leżące jakieś 100
metrów niżej. Z góry wygląda pięknie. Zatrzymuję się, robię kilka zdjęć i zjeżdżam
w dół do miasta. Kemping jest na drugim końcu. Przejeżdżam przez centrum nie
zatrzymując się. Jest 11:30. Na kempingu recepcja zamknięta i nie ma żadnej
kartki z godzinami otwarcia. Zauważył mnie jakiś człowiek z kawiarenki obok
recepcji. Powiedział - stawiaj namiot gdzie chcesz, zameldujesz się wieczorem.
Za noc 10 DM. Cena porównywalna z cenami w Chorwacji. Standard kempingu jednak
dużo gorszy. Zimna woda w prysznicach, umywalnie tylko pod daszkiem. Po postawieniu
namiotu, wykąpaniu się pod zimnym prysznicem (dobrze, że dzień jest ciepły)
ruszam na zwiedzanie miasta. Trochę rozczarowuję się. Z góry wyglądało lepiej.
W starym centrum sporo domów opuszczonych, w ruinie. Port też niezbyt ciekawy.
Chcę wymienić trochę marek na tolary. Jest sobota, pierwsza po południu i kantory
są zamknięte. Znajduję market gdzie można płacić kartą Maestro. Naładowałem
pół kosza towaru. Przy kasie okazuje się, że aby zapłacić kartą Maestro muszę
kupić towaru za co najmniej 2000 SIT. W koszyku mam za 620 SIT. Wkurzony zostawiam
wszystko i idę szukać bankomatu. W bankomacie minimalna kwota do pobrania to
5000 SIT. Robię zakupy i wracam na kemping. Wieczorem jeszcze raz idę do miasta.
Jest o wiele ciekawiej. Otwarte są restauracje i bary. W jednej z restauracji
wesele. Gra jakaś cygańsko - bałkańska kapela. Miasto nabrało życia.
Dzień 13. Niedziela 16.09.2001
Wstałem wcześnie. Po śniadaniu, gdy kończyłem
zwijać namiot zaczął padać deszcz. Ledwo zdążyłem umocować toboły na rowerze
i schronić się pod daszkiem umywalni. Po 40 minutach przestało padać. Ruszyłem
w stronę Koper. Według mapy miałem dwie drogi. Jedną, biegnącą tuż przy brzegu
morza ruchliwą drogę nr 111 i drugą przez góry. Ta druga wydawała się być bezpieczniejsza,
ta pierwsza krótsza. Pociąg do Ljubljany miałem o 10:10. Zdecydowałem się więc
na tę niebezpieczniejszą ale krótszą. I dobrze zrobiłem. Okazało się, że między
brzegiem morza a drogą 111 jest najprawdziwsza ścieżka rowerowa. Pół godziny
później byłem już w Koper. W poszukiwaniu dworca kolejowego objechałem większą
część miasta. I muszę przyznać, że byłem zaskoczony jego wielkością. Podobnie
jak w Puli, Rovinj czy Porec jest tu starówka zbudowana wokół portu rybacko
- jachtowego, ale poza tym dużo większa część miasta to nowoczesne dzielnice
pełne sklepów i firmowych gmachów. Stal, szkło i aluminium. No i przy wszystkich
większych ulicach są ścieżki rowerowe. To mi się podobało najbardziej.
Pociąg do Ljubljany to nowoczesny szynobus Siemensa. Nie byłem pewien czy wolno
przewozić w nim rowery a na dworcu nie było u kogo zapytać. Mimo że Koper to
duże miasto, stacja jest niewielka i kasy w niedzielę były nieczynne. Rozłożyłem
więc rower na części, związałem i do worka. Ulokowałem się w przedziale dla
podróżnych z większym bagażem. Linia kolejowa z Koper do Ljubljany kręci się
jak rollercoaster. Pociąg wspina się pod górę by za chwilę skręcić o 180 stopni
i oto tory, po których jechaliśmy mamy kilkadziesiąt metrów niżej. Kilka tuneli,
wiaduktów, z jednej strony ściana z drugiej przepaść, potem zjazd i za kilkadziesiąt
minut znów pod górę. Niestety pada deszcz. Zatrzymujemy się parę razy na pustawych
stacyjkach. Na wszystkich chyba kasy nieczynne bo po każdym zatrzymaniu pociągu
chodzi konduktor i sprzedaje bilety. Do Ljubljany dojechaliśmy parę minut po
12. Tu też pada. Pociąg do Austrii dopiero około 23. Nałożyłem kurtkę, oddałem
bagaże do przechowalni i idę zwiedzać miasto. Mimo deszczu Ljubljana mi się
podoba. Trochę przypomina Wiedeń, trochę Paryż. Tylko jest dużo mniejsza i bardziej
kameralna. Ale czuje się, że jest to metropolia. No i wokół są góry. Muszę skorzystać
z toalety. Płaci się przed wejściem. Ku memu zdziwieniu dostaję bilet. No i
proszę człowiek objechał prawie całą Europę a ciągle jest zaskakiwany czymś
nowym. Jeszcze mi się nie zdarzyło kupować biletu do pisuaru.
Ciągle pada. Na jednym z kościołów zauważam zaproszenie na koncert chóru i jakiegoś
sławnego chorwackiego organisty. Bezpłatny. Korzystam więc. Wyróżniam się trochę
strojem. Garnitury, fraki, suknie wieczorowe a ja w bluzie z polaru. No ale
sztuka nie zna granic. Także tych klasowych. Muzyka współczesna i raczej trudna
w odbiorze. Po dwóch godzinach obcowania ze sztuką wracam na dworzec. Jest już
ciemno. Po kolacji w McDonaldzie odbieram bagaże z przechowalni. I tu niemiły
zgrzyt. Okazuje się, że muszę zapłacić dwa razy więcej niż się spodziewałem.
W dzień był inny człowiek obsługujący przechowalnię, teraz jest inny. Tamten
pokazał swój cennik ten swój. Zostawiłem zbyt mało tolarów. Kantor już nieczynny.
Płacę markami i trochę przepłacam bo człowiek z przechowalni mówi, że z marek
to on reszty nie wydaje. I co tu z takim zrobić.
Idę na peron. Pociągu jeszcze nie ma. Przyjedzie dopiero z Zagrzebia. Według
rozkładu w Ljubljanie są dołączane wagony z Rijeki. Na peronie tymczasem coraz
więcej ludzi. Obawiam się, że ze swoimi bagażami mogę mieć trudności w znalezieniu
miejsca. Zostaje zapowiedziany przyjazd pociągu z Rijeki ale na inny peron.
Chwytam bagaże i idę tam. Na jednym wagonie jest kartka Rijeka - Munchen. To
mój kierunek. Znajduję wolny przedział. W tym czasie wjechał pociąg z Zagrzebia.
Obserwuję jak tłum szturmuje wejścia. Nie miałbym szans. Potem "mój" wagon zostaje
doczepiony na czoło tamtego pociągu. Jedziemy. Na granicy słoweński celnik wskazując
na spakowany rower pyta czy to przypadkiem nie karabin. Austriacki dokładnie
obmacał worek. Na szczęście nie kazali mi go rozpakowywać.
Dzień 14. Poniedziałek 17.09.2001
|