:: Podsumowanie wyprawy
Wyprawa rowerowa "Pekin 2008"
Nie
miałem pieniędzy, ale miałem marzenia - pojechać na Igrzyska Olimpijskie,
zwiedzać "Wschód", podróżować rowerem. Tak zrodził się
pomysł wyprawy rowerowej "Pekin 2008". Kiedy mój kolega
Sławek Chojnacki dowiedział się o moim pomyśle, od razu postanowił
stworzyć stronę wyprawy - www.Rowerem.zeHej.pl. Zbieranie funduszy
szło bardzo ciężko, ponieważ wszyscy pukali się w czoło mówiąc:
"Do tej pory nawet 100 km nie przejechałeś jednego dnia, a
teraz chcesz w cztery miesiące pokonać 10 tys. km.!". A jednak
dzięki pomocy przyjaciół i znajomych udało się znaleźć sponsorów
i 8 kwietnia 2008 roku ruszyłem z Sopotu do Pekinu w samotną podróż
rowerową na Igrzyska Olimpijskie, aby móc kibicować "biało
- czerwonym". Trasa prowadziła przez Polskę (Dąbrówka Malborska,
Lidzbark Warmiński, Św. Lipka, Giżycko, Suwałki, Sejny), Litwę (Wilno,
Niemenczyn), Łotwę (Daugavpils, Rezekne), Rosję (Katyń, Moskwę,
Kazań, Ufę, Omsk, Krasnojarsk, Irkuck, jez. Bajkał), Mongolię (Darhan,
Ułan Bator, Sajnszand) do Chin (Jining, Datong, Góry Wutai Shan,
Wielki Mur Chiński w Badaling).
Po
drodze chciałem jak najwięcej zobaczyć i zwiedzić, a także złożyć
hołd Polakom, którzy oddali życie za wolną Ojczyznę. Zapaliłem znicz
na Cmentarzu na Rossie, byłem w Memoriale Katyń i pod pomnikiem
we wsi Miszycha, upamiętniającym powstanie polskich zesłańców na
Zabajkalu w 1866 roku. Zwiedzałem także Smoleńsk, Włodzimierz, starówkę
w Niżnym Nowgorodzie, Kreml w Kazaniu, Nowosybirsk i Irkuck, byłem
w trakcie stanu wyjątkowego na Placu Suche Batora w Ułan Bator,
najstarszą drewnianą Pagodę w Chinach i Wiszącą Świątynię, w której
każda z trzech głównych religii w Chinach (buddyzm, konfucjanizm
i taoizm) ma swój ołtarz.
W podróż zabrałem ze
sobą namiot, ale nie rozstawiłem go ani razu, a w drodze do Pekinu
w hotelu spałem 7 nocy. Chciałem poznać, jak żyją ludzie, których
widywałem w drodze, więc nocowałem w ich domach (jurtach). Wszędzie
witano mnie z niezwykłą serdecznością, ciekawością, zainteresowaniem,
a czasami podziwem czy śmiechem, ale najważniejsze było dla mnie,
że poznawałem ciekawych ludzi. Chcieli ze mną rozmawiać, zrobić
pamiątkowe zdjęcie i to zarówno na Placu Czerwonym, jak i na szlaku
Pustyni Gobi.
Na początku miałem pecha. Do Moskwy jechałem głównie w przy padającym
deszczu i w zimnie, a na dodatek na wyjeździe ze Smoleńska nabawiłem
się kontuzji lewego kolana. Z bólem dotarłem do Moskwy, gdzie jeden
lekarz stwierdził, że trzeba operować kolano, a trzech zaleciło
odpoczynek, aż przestanie boleć. Na pytanie o czas rekonwalescencji
zgodnie odpowiadali: "może 2 tygodnie, może 2 miesiące".
Ubezpieczyciel nakazał powrót do kraju stwierdzając, że nie mam
szans na dalsze kontynuowanie wyprawy. Byłem załamany, przecież
ledwo przejechałem 1750 km. Postanowiłem jednak walczyć. SMSwa konsultacja
z lekarska z Polski dała mi nadzieję, że może jednak się uda. Po
12 dniach przerwy ruszyłem w dalszą drogę, aby po 3 kolejnych doznać
takiego zatrucia, że traciłem świadomość. Kiedy wyleczyłem zatrucie
okazało się, że kolano także nie boli.
Jechałem
więc coraz szybciej, a podróży towarzyszyła modlitwa. Po jakimś
czasie modliła się o powodzenie mojej wyprawy cała Syberia, a szczególnie
pracujący tam misjonarze z Polski i całego świata. Byłem oficjalnie
witany w każdym Kościele na początku Mszy Św., a po nich były organizowane
ze mną spotkania, często bardzo spontaniczne. Kiedy wydawało się,
że już ze zdrowiem jest wszystko porządku, pewnego dnia wieczorem
schodząc z roweru okazało się, że nie mogę chodzić - padła lewa
łydka (159 km w deszczu pod wiatr w dość mocnym tempie). Zauważyło
to dwóch Czeczenów, którzy zorganizowali mi w pobliskim motelu bezpłatny
nocleg - tym sposobem spędziłem 1 z 7 nocy w hotelu. Dzień odpocząłem
i ruszyłem dalej.
Jednak bodajże najtrudniejszym etapem był odcinek Irkuck - Sljudianki.
W Irkucku dokonałem planowanej wymiany przerzutki, łańcucha oraz
przednich i tylnich zębatek. Nie miałem przedniej zębatki ze sobą
i musiałem ją kupić na miejscu. Nie było oryginalnej, więc założyli
z mniejszą ilością ząbków (od górala). Kiedy następnego dnia ruszyłem
w drogę okazało się, że nie mogę przyzwyczaić się do nowych przełożeń.
Na dodatek przez cały dzień bez przerwy lało i wiał wiatr, a droga
to było 105 km przez góry. Do Sljudianki dotarłem kompletnie wyczerpany.
Jednak następnego dnia opanowałem nowe przełożenia, a po kilku dniach
odpowiadały mi lepiej niż poprzednie.
Po
przekroczeniu granicy rosyjsko - mongolskiej byłem kompletnie wyczerpany.
W czerwcu przejechałem prawie 3,5 tys. km, a tylko pierwsze 700
km było płaskie. Dalej były tylko podjazdy i zjazdy. Musiałem jednak
się spieszyć, aby zostawić na wizie 2 tygodnie na powrót. Wówczas
musiałem zmodyfikować swoje plany - nie miałem już siły, aby jechać
do Pekinu przez rejony Lanzhou i Szanghaju. Armia Terakotowa musi
poczekać. Tempo jazdy zmniejszyło się, a więcej czasu poświęciłem
na obserwację życia Mongołów. Wówczas też się trochę działo - akurat
były wybory, a 2 dni po nich w wyniku zamieszek została wprowadzona
godzina policyjna i prohibicja w Ułan Bator. Mi to jednak nie przeszkodziło
spędzić wieczoru przy piwku z trzema rodakami, którzy przyjechali
z Polski do Mongolii na motorach.
W Ułan Bator po raz ostatni także spotkałem misję katolicką - kolejna
była dopiero w Pekinie. Skończyła się dla mnie cywilizacja europejska
(tylko tam było pewne, że spotkam pralki automatyczne i komputer,
a czasami rodaków). 250 km za Ułan Bator skończyła się droga, były
już tylko szlaki przez kolejne 450 km do granicy z Chinami. Podczas
podróży przez Pustynię w pierwszej części do miasta Sajnszand jechałem
trzymając się budowanej przez Chińczyków drogi. Ale ostatnie 200
km to już tylko miałem za drogowskazy słupy energetyczne. Bywało,
że całymi godzinami nikogo nie widziałem, a jednego dnia na 100
km odcinku spotkałem tylko jedną osadę. Ale każdy z napotkanych
ludzi sam się zatrzymywał i wręczał mi butelkę wody, a czasami nawet
częstował jedzeniem.
W Mongolii było mało domów (były w kilku osadach i miasteczkach),
które zastąpiły jurty. Jadąc, czasami gdzieś na horyzoncie widziałem
stada pasących się owiec, kóz, bądź koni (czasami były jaki i wielbłądy),
a gdy podjeżdżałem bliżej, coraz jaśniej wynurzały się kontury jurty.
Gdy zbliżyłem się do domostwa mongolskich koczowników, to obok jurty
mogłem zauważyć elegancki jeep, antenę satelitarną i baterię słoneczną,
a w środku było DVD i TV. Mongołowie witali mnie niezwykle gościnnie,
chociaż czasami porozumiewaliśmy się tylko na migi. Częstowali czym
mogli, ale do smaku solonej herbaty z mlekiem i bez cukru nie udało
mi się przyzwyczaić.
W
Chinach szybko okazało się, że ich mieszkańcy wcale nie znają geografii
lub znają ją bardzo słabo. Nikt nie wiedział, gdzie jest Polska,
czy nawet Europa. Jak się później dowiedziałem, w Chinach nauczają
tylko geografii własnego kraju. I widocznie dlatego pewna studentka,
która znała podstawy angielskiego i rosyjskiego, pytała się mnie,
w jakim języku w Polsce się rozmawia - rosyjskim czy angielskim.
Tym niemniej, gdy się rozchodziła wieść, że cudzoziemiec jedzie
na "ich" olimpiadę, od razu stawałem się gwiazdą i byłem
w centrum zainteresowania wszystkich. Z tym też wiązał się inny
problem - każdy chciał mnie karmić. Nie można było odmówić, żeby
nikogo nie urazić, więc jadłem i jadłem. Najadłem się chińskich
potraw, z których najbardziej smakował mi coubenz. No i wszyscy
pozdrawiali mnie okrzykiem "hello"!
Na wyjeździe z miasta Jining przypadkowo uderzył w moje przednie
koło cofający samochód. Wylądowałem na ulicy. Miałem odrapaną łydkę,
ale przednie koło zrobiło się "jajowate" (uszkodzone było
także dynamo wbudowane w piastę i jedno z mocowań błotnika). Od
razu zrobiło się z tego duże zbiegowisko. Przy telefonicznej pomocy
Pani Konsul RP i miejscowej milicji udało się zorganizować naprawę
roweru w miejscowym sklepie GIANT na koszt sprawcy. Ledwo ujechałem
60 km i zepsuła się tylna piasta produkcji "Made in China".
Trzeba było wracać do Jining. Niestety, ale nawet w salonie firmowym
GIANT, producenta mojego roweru, nie można było jej dostać. Ale
po dniu oczekiwania sprowadzono mi drugą, która wytrzymała już do
końca.
Mając
sporo czasu, dużo zwiedzałem. Widziałem starówkę w Datong, Groty
Yungang, najstarszą drewnianą pagodę w Chinach w miasteczku Yingxian
i Wiszącą Świątynię koło Hunyuan. A 400 km przed Pekinem zboczyłem
z głównej drogi, aby przez kolejne trzy dni podróżować w górach
Wutai Shan. Aby dotrzeć do pierwszego (najwyższego) szczytu, położonego
na 3056 m.n.p.m musiałem pokonać 34 km podjazd, po którym było 5
km płaskiego i kolejne 6 km wspinaczki. Ale udało się. Do czterech
pozostałych szczytów (od 2474 do 2890 m.n.p.m) prowadziły już tylko
żwirowe, kamieniste drogi. Nie odpuściłem jednak. Spędziłem w górach
2 noce, korzystając z gościnności żyjących tam mnichów. Zdobycie
5 szczytów Wutai Shan kosztowało mnie jednak kontuzją obu kolan
(bolały mnie już do końca).
1 sierpnia 208 roku skończyła się zabawa. W Chinach zaczęła się
"Akcja Pekin" i zaczęły się kontrole na granicach prowincji,
rejonów, itd. Na dodatek zaraz pierwszego dnia milicja próbowała
mnie zmusić do nocowania w przez nich wskazanym hotelu. Nie zgodziłem
się na to i od tego momentu zaczęli mnie pilnować, a następnego
dnia przez kolejne 4 rejony (gminy) jechali za mną, momentami w
odległości tylko kilku metrów. Jeżeli zaś zagabywałem kogoś z miejscowych,
milicjanci później przepytywali tę osobę, o co pytałem, jakie pytania
zadawałem, itd.
Na
cztery dni przed rozpoczęciem Igrzysk, spotkałem 12 osobową grupę
rowerzystów jadących z Amsterdamu, wspieraną przez 2 kierowców prowadzących
busa z przyczepą i chińskiego "przewodnika". Podróżowałem
z nimi ponad dobę. Ich spotkanie ułatwiło mi wjazd w rejon Pekinu,
przed którym na 120 i 110 km były ustawione posterunki kontrolne.
Moi nowi towarzysze podróży powiedzieli swojemu przewodnikowi, że
albo jadę z nimi, albo oni zostają ze mną. A że na nich już czekał
z oficjalnym powitaniem w Pekinie Ambasador Holandii, więc odprawy
były szybkie i bez pytań. Jednak na 70 km przed metą rozstaliśmy
się - oni mieli do końca podróży tylko dobę, a ja jeszcze trzy.
Wykorzystałem to na zwiedzanie. M.in. trasą kolarską z Igrzysk Olimpijskich
podjeżdżałem pod Wielki Mur Chiński w Badalingu, a po Murze chodziłem
przy dziennym i sztucznym oświetleniu. Niedaleko od niego nocowałem
pod gołym niebem, pilnowany przez jednego z wolontariuszy, aby nic
mi się nie stało. A następnego dnia obok kas biletowych poznałem
sztab szkoleniowy i polskich zawodników startujących w łucznictwie
podczas Igrzysk Olimpijskich.
Do Pekinu dotarłe m
szczęśliwie i zgodnie z planem 8.08.2008 roku. Drogę rowerem kończyłem
na Placu Tiananmen, gdzie na pamiątkę zrobiłem sobie kilka fotek.
Tam mnie dopadł także tłum turystów (głównie Chińskich), którzy
koniecznie chcieli zrobić sobie ze mną pamiątkowe zdjęcie. Po godzinie
pozowania niczym małpka, wsiadłem na rower i odjechałem. Mój rower
w Pekinie był dla mnie niesamowitym bonusem. Konsulat RP znalazł
mi niedrogi hotel z dwuosobowym pokojem do mojej dyspozycji (rower
musiał być bezpieczny) oraz byłem na przyjęciu w Ambasadzie Polskiej
z okazji "Dnia Polskiego" na Igrzyskach Olimpijskich.
Byłem specjalnym gościem w wiosce olimpijskiej, którą zwiedziłem
w towarzystwie Leszka Blanika. Poznałem osobiście kierownictwo Polskiej
Misji Olimpijskiej włącznie z jej szefem, Panem Kajetanem Broniewskim.
Miałem także możliwość zobaczenia warunków, w jakich mieszkali nasi
sportowcy oraz porozmawiania z kilkoma naszymi sportowcami. Jeszcze
w kraju kupiłem 11 biletów na zawody i okazało się, że miałem wyjątkowe
szczęście - byłem świadkiem zdobycia przez reprezentantów Polski
trzech złotych medali. Udało się także dokupić kolejne bilety lub
też wejść na "zużyte" bilety - na takie numery polskich
kibiców służby porządkowe nie były przygotowane. Tak wszedłem zawody,
podczas których Jelena Isinbajewa pobiła rekord świata w skoku o
tyczce.
Niestety, ale przygoda szybko się skończyła. Pomimo wydłużenia
pobytu w Pekinie, 20.08.2008 roku wieczorem ruszyłem do Władywostoku.
Po trzech dobach przygód udało się przedostać do Władywostoku, gdzie
dzień później wsiadłem do pociągu kolei transsyberyjskiej. Po tygodniu
podróży dotarłem do Moskwy. Stamtąd był już tylko pociąg przez Kaliningrad
do Malborka i 10 km podróży rowerem do domu rodzinnego w Dąbrówce
Malborskiej (jedyny raz, kiedy przydało się oświetlenie roweru).
Pełna przygód, ciekawych spotkań, doznań i wrażeń, a także wymagająca
wiele wyrzeczeń, samozaparcia, odporności psychicznej i fizycznej
wyprawa rowerowa "Pekin 2008" trwała 148, z czego 123
na rowerze (10255 km, 596 godz.). Najdłuższy etap w podróży był
z Sejn do Niemenczyna - 202 km.
Szczegółowa
z pierwszego miesiąca wyprawy»
:: Uczestnik
Krzysztof
Przemysław Skok z Gdańska (rodzinne korzenie sięgają Dąbrówki
Malborskiej k. Malborka). Od 1997 roku jestem studentem trójmiejskich
uczelni. Ukończyłem Politologię na Uniwersytecie Gdańskim, Europejskie
Studia Specjalne na Politechnice Gdańskiej, a obecnie studiuję Zarządzanie
i marketing na UG. Pasjonują mnie coraz to nowsze wyzwania, a podróżując
spełniam swoje marzenia. Z odbytych podróży na wschód wymienię
tylko te najważniejsze: Kazachstan 2004, Ukraina i Mołdawia 2006,
Zakaukazie (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) 2007. Obecnie debiutuję
w nowej roli samotna wyprawa rowerem na koniec świata.
Do góry
:: O wyprawie
Planowana podróż ma rozpocząć się 08 kwietnia tego roku i trwać
aż 5 miesięcy. Startuję z małej miejscowości położonej na Pomorzu-
Dąbrówki Malborskiej, miejscowości w której się wychowałem. A potem
przez Wilno, Katyń, Moskwa, Irkuck, Datong, Szanghaj i meta w Pekinie,
podczas Igrzysk Olimpijskich Pekin 2008.
Dlaczego właśnie tam??? Ponieważ celem tej podróży nie jest jedynie
przejechanie ponad 12 tysięcy kilometrów, aby sprawdzić swoje możliwości
i wytrzymałość ale również i przede wszystkim poznanie kultury i
obyczajów sąsiadów zza wschodnich granic, popularyzacja międzynarodowej
turystyki rowerowej oraz spełnienie swojego skrytego marzenia jakim
jest obejrzenie zmagań polskich sportowców na Igrzyskach Olimpijskich
w Pekinie.
Odkąd pamiętam interesuję się sportem a w szczególności kolarstwem
szosowym, siatkową oraz piłkę nożną. Między innymi dlatego tez postanowiłem
właśnie w taki sposób dotrzeć na Igrzyska Olimpijskie, które uważam
za specyficzną formę zawodów sportowych, opierającą się na zasadach
takich jak:
- rywalizacja fair play, czyli dżentelmeńska, czysta gra
- rywalizacja na sportowych stadionach, nie na wojnach
- apolityczność
- uniwersalizm, czyli wszystkie gry, wszystkie narody
- równość mówiąca ,że każdy może startować w igrzyskach bez względu
na płeć, pochodzenie społeczne, zawód, zamożność, wyznanie religijne,
poglądy polityczne
A jak sił nie zabraknie i rower wytrzyma, dalsza droga poprowadzi
do Władywostoku. Stamtąd droga powrotna może być tylko jedna - koleją
transsyberyjską, to ponad 9 tys. km i tydzień drogi jednym pociągiem
do Moskwy! Dalej kolejnym pociągiem do Kaliningradu. Przyjazd do
Polski przewidziany jest ok. 03.09.2008 roku, po 150 dniach podróży.
Najważniejsze cele podróży
- obejrzenie zmagań polskich sportowców na Igrzyskach Olimpijskich
w Pekinie
- pokonanie rowerem trasy Gdańsk - Pekin
- poznanie kultury i obyczajów mieszkańców Rosji, Mongolii i
Chin
- przejechanie jednym pociągiem całej trasy kolei transsyberyjskiej
- popularyzacja międzynarodowej turystyki rowerowej
Do góry
:: Trasa
Planowana droga wyprawy wraz z przewidywanymi terminami pobytu:
08.04.2008 r. Gdańsk - Dąbrówka Malborska
09.04.2008 r. Dąbrówka Malborska - Lidzbark Warmiński
10.04.2008 r. Lidzbark Warmiński - Giżycko
11.04.2008 r. Giżycko - Sejny
12.04.2008 r. Sejny - Wilno (przekroczenie granicy polsko - litewskiej)
13.04.2008 r. Wilno
15.04.2008 r. przekroczenie granicy litewsko -łotewskiej
16.04.2008 r. przekroczenie granicy łotewsko - rosyjskiej
18.04.2008 r. Katyń, Smoleńsk
20.04.2008 r. Moskwa
30.05.2008 r. Irkuck
05.06.2008 r. Ulan Ude
08.06.2008 r. przekroczenie granicy rosyjsko - mongolskiej
10.06.2008 r. Ułan Bator
17.06.2008 r. przekroczenie granicy mongolsko - chińskiej
20.06.2008 r. Datong
05.07.2008 r. Lanzhou
20.07.2008 r. Szanghaj
08.08.2008 r. Pekin
19.08.2007 r. przekroczenie granicy chińsko - rosyjskiej
22.08.2007 r. Władywostok
31.08.2007 r. Moskwa
02.09.2007 r. Kaliningrad
03.09.2007 r. przekroczenie granicy rosyjsko - polskiej i powrót
do domu
Do góry
:: Patronaty
- wRower.pl - Rowery od A do Z
- Polski Komitet Olimpijski
- Prof. UG dr hab. Andrzej Ceynowa - Rektor Uniwersytetu Gdańskiego
- Pan Paweł Adamowicz - Prezydent Miasta Gdańska
- Pan Arkadiusz Rybicki - Poseł PO na Sejm RP
- Pan Józef Poltrok - Konsul Honorowy Litwy w Gdańsku
- Pan Krzysztof Figel - Konsul Honorowy Łotwy w Gdańsku
Do góry
:: Sponsorzy
- SKOK Stefczyka - Główny Sponsor Wyprawy,
- Uniwersytet Gdański,
- ENERGA Zakład Elektrowni Wodnych w Straszynie,
- Miasto SOPOT,
- Parlament Studentów Uniwersytetu Gdańskiego,
- GIANT Polska Sp. z o.o.,
- Cumulus - producent profesjonalnych śpiworów i sakw rowerowych,
- Sklep rowerowy ŻUCHLIŃSKI w Gdyni ,
- Extrawheel,
- Centrum Medyczno - Rehabilitacyjne REVIMED w Gdańsku,
Do góry
:: Strona WWW
www.rowerem.zehej.pl
Do góry
|
|
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2009 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|