:: Relacja
1 dzień wyprawy
Ostatnia noc minęła spokojnie (Gdańsk Przymorze), ale krótko
spałem tylko 5 godz. (pakowałem się do 1 w nocy). Wstałem o 6
i od razy nie miła informacja było pochmurno i siąpił deszcz.
Szybka toaleta, śniadanie, ostatnie pakowanie rzeczy i wynoszenie
sprzętu na dwór, a następnie jego mocowanie na rowerze i w przyczepce.
O 7.30 byłem na mszy (trochę się spóźniłem), po której ksiądz poświęcił
rower i sprzęt i pobłogosławił mnie. Po mszy na Gdańskim Przymorzu
pojechałem do Sopotu na start, który był przy ul. Boh. Monte Cassino
(popularny Monciak), gdzie na 9.00 przewidywałem start. Było jednak
mnóstwo dziennikarzy i dużo wywiadów, więc ruszyłem z prawie 40
min. opóźnieniem. Żegnała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi oraz
Prezydent Sopotu Jacek Karnowski i Wiceprezes Energii Zakładu Elektrowni
Wodnych w Straszynie Wiceprezes Maciej Romanow. Ujechałem kilkaset
metrów i był postój trzeba było udzielić kolejne wywiady, m.in.
dla TVN24. Następnie jeden ze zgromadzonych rowerzystów odprowadził
mnie do Rektoratu Uniwersytetu Gdańskiego (którego jestem studentem)
na Gdańskim Przymorzu. Tam były pamiątkowe zdjęcia z obecnym Rektorem
Prof. Andrzejem Ceynową oraz Rektorem Elektem Prof. Bernardem
Lammkiem. Z UG udałem się do Straszyna do Energii Zakładu Elektrowni
Wodnych (jeden ze sponsorów wyprawy), gdzie były pamiątkowe zdjęcia
z pracownikami oraz ciepła herbata u Wiceprezesa Macieja Romanowa.
W Straszynie udzieliłem także wywiadu dla Telewizji PULS. Następnie
była już jazda przy padającym deszczu przez Tczew (zrobiłem sobie
pamiątkowe zdjęcie przy pomniku kolarza) do Malborka, Gdzie z gorącą
herbatą czekała Kasia Chojnacka z Tatą. Chwilkę porozmawialiśmy,
a następnie udałem się na ostatni odcinek drogi do Dąbrówki Malborskiej,
mojego rodzinnego domu.
Statystyki dnia:
- dystans 85,66 km,
- czas jazdy 4,39 godz.,
- średnia prędkość 18,45 km/h
2 dzień wyprawy - 09.04.2008 r. środa
Wstałem o 6 rano poranna toaleta, ćwiczenia rozciągajce i pakowanie.
Odbyło się też ważenie ja miałem 75 kg naczco, a sprzęt z bagażem
91 kg! Następnie było sniadanie, na którym pojawiło się kilka osób
z rodziny i kolega Darek, który podarował mi Św. Krzysztofa. Sniadanie
się trochę przedłużyło i było przerwane krótką rozmową telefoniczną
na antenie Radia Gdańsk. Ostatecznie, zamiast o 8, wyruszyłem o
9.
Ujechałem może z 10 km i była pierwsza usterka tej wyprawy urwało
się mocowanie zaczepu w przyczepce. Dzięki pomocy jednego z mieszkańców
Trop Szt. Awaria została sprawnie i profesjonalnie naprawiona
straciłem jednak jakieś 1,5h. Dalej też nie było wesoło, ponieważ
droga Dzierzgoń Pasłęk jest tak dziurawa i nierówna, że nawet
z górki nie mogłem przekraczać 20 km/h! W Pasłęku był posiłek, wywiad
do lokalnej gazety i pamiątkowe zdjęcie. W drodze do Ornety była
kolejna telefoniczna rozmowa na żywo tym razem w Radio Olsztyn
(zresztą do godz. 16 było mnóstwo tel. od dziennikarzy). Władze
Giżycka zmieniły mi też plany na kolejny dzień zaproponowały mi
goscinę i nocleg u siebie. Do Ornety dotarłem stosunkowo późno (17.20),
więc był tylko szybki posiłekprzed Ratuszem i pamiątkowe zdjęcie.
Miałem 35 km do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie był przewidziany nocleg,
który zorganizował Marek, współpracownik SKOK Stefczyka Głównego
Sponsora Wyprawy, na który dotrałem przed 20. Nocowałęm w Zajeździe
Uluru w Markajnach. Właściciel okazał się być zapalonym myśliwym
i podróżnikiem polował m.in. w Australii, więc było o czym rozmawiać
przy kolacji, którą zreszta ufundował.
- Dystans dnia 127,57 km
- Dystans całkowity 213 km
- Czas jazdy 7:05:33
- Średnia prędkość 18,16 km/h
3 dzień wyprawy - 10.04.2008 r. czwartek
Obudziłem się ok. 6.30 lało. Zbierałem się wolno, licząc, ze
przestanie padać. Niestety. O 9 ruszyłem w deszczu. Na początek
był Zamek w Lidzbarku, gdzie było kilka fotek do Gazety Lidzbarskiej.
Następnie ujechałem 20 km i była awaria w przyczepce puściły spawy
na głównym złączu. Niedaleko była stadnina koni Braci Romanowskich
w Wozławkach. Tam pracownicy bezpłatnie zrobili tymczasowy spaw
(nie mieli potrzebnej spawarki) i wysłali 8 km dalej, aby profesjonalnie
naprawino awarię. Częściowo musiłem zboczyć z drogi, ale chyba opłaciło
się. Spaw i wzmocienie jest super, ale w sumie straciłem ok. 3 godz.
Później była już tylko jazda z pamiątkowymi zdjęciami w przed Kościołem
i zamkiem w Reszlu, Katedrą Małą w Św. Lipce oraz zakup drożdżówki
i pączka za 2 zł w Centrum Kętrzyna! Śpieszyłem się do Giżycka,
gdzie było szykowane powitanie. Wszystko fajnie zoorganizowała Kierowniczka
O/SKOK Stefczyka, Pani Małgorzata Zawadka. Znowu było wielu dziennikarzy.
A w imieniu władz miasta powitał mnie Zastępca Burmistrza, Pan Paweł
Czachorowski. Jako że 90% trasy przejechałem w deszczu, w nagrodę
czekała na mnie uczta. Pani Małgorzata Zawadka zoorganizowała nocleg
i posiłki w super miejscu Hotel Helena (polecam). Był tam goracy
prysznic, obfita kolacja, a na koniec sauna! No i oczywiści gorące
grzejniki, gdzie mogłem wszystko wysuszyć.
- Dystans dnia 105,66 km
- Dystans całkowity 318 km
- Czas jazdy 5:45:41
- Średnia prędkość 18,34 km/h
4 dzień wyprawy 11.04.2008 r. piątek
Wstałem o 6 rano toaleta, 15 min rozgrzewki, a pożniej była
uczta przygotowana przez właścicieli Hotelu Helena jadłem 30 min.,
ale i tak nie dałem rady zjeść! Wyjechałem po 8 rano pierwsze
20 km było pochmurne, a później do prawie samych Suwałk lało, więc
odpuściłem sobie zwiedzanie Olecka.
W Suwałkach najpierw udałem się do Przychodni NZOZ Prymus, gdzie
miałem ostatnie szczepienie przeciwko żółtaczce typu B. Zaszczepiono
mni za darmo, abym dobrze wspominał Suwałki! Następnie była wizyta
w SKOK Stefczyka, gdzie czekało na mnie kilku dziennikarzy i domowy
obiad, przygotowany przez Panią Kierownik. Po 16 była kilkunastuminutowa
audycja w Radio 5. Później musiałem kupić jeszcze drug pompkę
do roweru, ponieważ okazało się, że mam dwa rodzaje wentyli! Następnie
ponownie zawitałem do siedziby O/SKOK Stefczyka, gdzie czekał
na mnie rower i kanapki. Po 18 trzeba było się zbierać do Sejn,
gdzie trzeba było zoorganizować nocleg. Z pomocą przyszła mi Ania
Kulecka (równierz rowerzystka), która SMS przysłała mi namiary na
nocleg. Po drodze był jeszcze kantor, gdzie wymieniłem trochę waluty.
Zapowiadał się odcinek 31 km suchej drogi, więc spodnie przeciwdeszczowe
trafiły do sakwy. Jednak wszystko zmieniło się na ostatnie 10 km
zrobiło się ciemno i była ulewa. W Sejnach czekał na mnie Pan
Miosław Banasiewicz, który zorganizował u kolegi Irka such garaż,
a następnie mnie zawiózł do Państwa Fidrych. Tam Justyna i Przemek
się mną zajęli. Była kolacja, podczas której przygotowałem sobie
kanapki na drogę oraz wieczorna rozmowa przy czekoladzie. Justyna
pokazała mi fajny cytat A. Kner:
Życie jset podobne do drogi pełnej zakrętów,
Widzimy tylko odcinek do kolejnego zakrętu,
Ale wiemy, że Bóg ogarnia wzrokiem całą drogę.
O północy poszedłem spać.
- Dystans dnia 129,53 km
- Dystans całkowity 448 km
- Czas jazdy 7:06:27
- Średnia prędkość 18,22 km/h
5 dzień wyprawy 12.04.2008 r.sobota
Wstałem o 4 rano, a o 5 czekał na mnie Pan Irek, który zawiózł
mnie z bagażem do garażu i pomógł mi wszystko zamontować. O 5.15
ruszyłem w drogę. Na granicy było pamiątkowe zdjęcie, przesunięcie
zegarka o godz. do przodu i w drogę. Do Wilna tylko jechałem i jechałem
tylko jeszcze gumę złapałem w przyczepce.
Na granicy miasta czekało na mnie czterech kolegów z Niemenczyna
(jednemu wkrótce popsuł się rower i dalej jeździliśmy w czwórkę).
Pojechaliśmy na Cmentarz na Rossie, gdzie zapaliłem znicz, a następnie
było szybkie, rowerowe zwiedzanie Wilna. Na koniec było 20 km drogi
na nocleg, na który dotarliśmy po 20.30. Tym sposobem pokonałem
ponad 200 km jednego dnia!
Warto wspomnieć o jeszcze jednym przez całą drogę zaczepiali mnie
ludzie z jadących samochodów i pozdrawiali mnie. Raz Polacy jadący
do Wilna poczęstowali mnie kawą (spotkaliśmy się później w Wilnie),
a raz Polak busem na litewskich tablicach rejestracyjnych wyprzedził
mnie, a następnie zatrzymał się, aby pogadać!
- Dystans dnia 201,78 km
- Czas jazdy 10,27 h
- Średnia prędkość 19,30 km/h
- Dystans całkowity 650 km
6 dzień wyprawy dzień odpoczynku! 13.04.2008 niedziela
Wstałem o 9.30 i po porannej toalecie poszedłem na mszę.Popołudnie
spędziłem na przesyłaniu relacji do Polski I na spotkaniach ze znajomymi
z Niemenczyna. Udzieliłem takze wywiadu Panu Zygmuntowi Żdonawicz
z Kuriera Wileńskiego.
7 dzień wyprawy 14.04.2008 r.
Wstalem
o 6 rano - szybka toaleta, a nastepnie ponad 20 min. gimnastyki
na rozgrzewke dla rozruszania misni po dniu przerwy. Dalej bylo
sniadanie z moim przyjacielem i gospodarzem Antonim Zakiewicz, ktore
to wspaniale przygotowala jego mama. Ona tez podarowala mi chleb
Sw. Agaty, aby chronila mnie przed nieszczesciami w podrozy (dzien
wczesniej otrzymalem rozaniec od mojej kolezanki Reginy Klukowskiej).
Ok. 8 rano wyruszylem z Niemenczyna w kierunku Lotwy. Po przejechaniu
20 km spotkalem tate Antoniego, z ktorym jeszcze chwile posiedzialem
i porozmawialem. Czas spedzony w samochodzie pozytywnie wplynal
na moje samopoczucie, ktore ze wzgledu na zimny wiatr i pochmurne
niebo nie bylo najlepsze. 10 km dalej byla Wies Wesolowka z polska
szkola, w ktorej dyrektorem jest moj dobry kolega Robert Komorowskij.
Zaprosil mnie dzien wczesniej, abym poprowadzil lekcje geografii
dla starszych klas, poswiecona mojej wyprawie. Bylo tez duzo pytan
uczniow i autografy! Nastepnie poczestowano mnie obiadem oraz kawa
z ciastkami. Dostalem takze kanapki na droge.
Kolejne 70 km byloby bez historii, gdyby nie fakt, ze przejechalem
przez Centrum Uteny, w ktorej nic ciekawego nie zauwazylem. Za Utena
na parkingu spotkalem dwoch kierowcow TIRow (Marcina i Przemka z
Siedlec). Zaprosili mnie na kawe, a na koniec byly pamiatkowe zdjecia.
Dalej juz jechalem przy slonecznej pogodzie, a i wiatr delikatnie
sprzyjal. Ok. 20 zaczalem rozgladac sie za noclegiem - pierwsze
trzy proby byly nieudane, a czwarta wyszla, gdy okazaalo sie, ze
jestem Polakiem. Przyjal mnie do siebie na noc straszy Pan, ktorego
ziec jest Merem Kowna! Ponad godzine siedzielismy i rozmawialismy
sobie, nim polozylismy sie spac.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 124,15 km
" czas jazdy - 6:48:56 h
" srednia predkosc - 18.87 km/h
8 dzien wyprawy- 15.04.2008 r.
Wstalem tradycyjnie o 6 rano - moj gospodarz juz nie spal. Kiedy
ja bylem zajety poranna toaleta, on w tym czasie przygotowal sniadanie.
O 7.15 wyruszylem w droge. Do granicy mialem 20 km, ktore pokonalem
w spacerowym tempie. Tam przekasilem, porozmawialem z Polskimi kierowcami
TIRow (czekali az Pani skonczy sie przerwa, aby mogli kupic winiety).
Do Daugavpils jechalo mi sie dobrze. Troche zwiedzilem miasto, a
na jego obrzezach kupilem troche jedzenia.
Kolejne miasto na mojej drodze to Rezekne - 80 km dalej. Postanowilem
je podzielic na cztery czesci, a po kazdej z nich krotka przerwa
na przekaszenie. Pierwsza czesc poszla super - jechalem ok. 27 km/h.
Niestety po przerwie nogi sie zbuntowaly - bolaly mnie, a jazda
nie szla. Ostatecznie do Rezekne dotarlem godzine pozniej niz planowalem.
Zatrzymalem sie na wjezdzie do miasta, aby zrobic pamiatkowe zdjecie.
Ruszajac ponownie, ze zdziwieniem zauwazylem, ze mam usterke w rowerze
- cos piszczalo jak pedalowalem (ale tylko do przodu). Zatrzymalem
sie na pobliskiej stacji benzynowej, aby sprawdzic co sie stalo.
Niczego nie zauwazylem, wiec ruszylem w miasto w poiszukiwaniu sklepu
rowerowego lub mechanika, aby poradzic sie. Niestety bylo po 18
i bylo za pozno. Zatrzymalem sie na chodniku przy wyjezdzie z miasta
i zaczalem od nowa przegladac wszystkie tryby. Zauwazylem, ze z
tylu nie pracuje najmniejsza zebatka, a "z gory" jest
wolny jeden bieg. Nie doszedlem o co chodzi, wiec zaczalem rozpytywac
sie znajomych o mechanika. W pobliskim domu mieli znajomego, ktory
naprawia rowery. Ale z przerzytkami nie miel jeszcze do czynienia.
Ale 7-letnia Pani Irena, wlascicielka domu (syn Iman), jak sie dowiedziala,
ze jestem Polakiem, zaproponowala mi nocleg, a rano syn ma mnie
zaprowadzic do sklepu rowerowego.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 137,03 km
" czas jazdy - 7:19:33 h
" srednia predkosc - 18.70 km/h
9 dzien wyprawy 16.04.2008 r.
Wstalem wyjatkowo pozno - kiedy budzik zadzwonil o 7.30 wszyscy
spali, wiec ja postanowilem pospac sobie do 8.15. po porannej toalecie
udalem sie z synem Pani Ireny, Imamem, w poszukiwaniu sklepu rowerowego,
w ktorym bylby mechanik. W pierwszym nie udalo sie, ale wskazali
sklep kilka metrow dalej. Niestety byl otwierany o 10, a byla 9.15.
Po 15 min. pojawila sie sprzedawczyni. Poinformowala ona, ze mechanik
bedzie po poludniu. Krotki bajer o wyprawie i zadzwonila do mechanika,
ktory pojawil sie po kilku minutach. Czekajac na niego zauwazylem,
ze ceny czesci rowerowych sa o 15-20% wyzsze niz w "sklepie
rowerowym Zuchlinski" w Gdyni. Naprawa trwala kilka minut,
a wlasciwie to solidnie wyregulowal tylna przerzutke i troche przednia.
Mam watpliwosci, czy to na dluzej wystarczy - czas pokaze. My wrocilismy
do domu, gdzie Pani Irena przygotowala sniadanie, ktore troche sie
przedluzylo. Warto zwrocic uwage, ze w Rezekne sa dwa koscioly katolickie
i polska szkola.
Wyjechalem przed 12, ale to byle mekka - co prawda po kliku kilometrach
wyszlo slonce, ale nim dojechalem do granicy i tak sie schowalo.
Wiekszym problemem byl wiatr, pod ktory jechalem praktycznie caly
dzien - momentami wial niemilosiernie. Dadatkowo kiepski stan drog
lotewskich dobijal calkowicie. Przy wjezdzie na granice lotweska,
Bialorusin, ktorego poprosilem o zrobienie zdjecia, goraco mnie
namawial, abym zawrocil, bo dalsza droga jest zbyt niebezpieczna.
Na granicy, pomimo ze spedzilem niecala godzine (bylem atrakcja
i jechalem bez kolejki), zmarzlem okrutnie, a miesnie zesztywnialy.
Przed odjazdem z niej zrobiono mi pamiatkowe zdjecie, ale od razu
pogranicznicy mnie dopadli i kazali je wykasowac. Bylem tak zmarzniety,
ze dojechalem do najblizszej stacji benzynowej, gdzie w barze zamowilem
sobie goracy gulasz z makaronem i herbate. Chcialem jak najszybciej
odjechac od granicy i szukac noclegu - niestety, ale bez efektu.
Bylo klika domow na ok. 25 km od granicy, ale to raczej byly letniskowe
(tzw. dacze) lub calkowite ruiny. Kilka kilometrow dalej natrafilem
na motel z lozkiem za 200 rub. i prysznicem za 30 rub., czyli razem
za 23 zl. Na tym spasowalem poszukiwanie noclegu.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 93.79 km
" czas jazdy - 5:58:25 h
" srednia predkosc - 15.69 km/h
10 dzien wyprawy 17.04.2008 r.
Budzik obudzil mnie o 6.30, ale stwierdzilem, ze skoro place za
nocleg, to trzeba wypoczac. Wstalem godzine pozniej, ale dzien nie
zapowiadal sie milo - bylo pochmurno i trzeba bylo zajac sie kolem,
z ktorego poznym wieczorem raptownie zeszlo powietrze - tak jakby
pod wplywem ciepla pokoju. Kiedy robilem kolo rozpoadalo sie. Wiec
zamowilem sobie herbate, a nastepnie jajecznice na sniadanie, ale
nie przestalo padac.
Juz mialem ruszac, kiedy pojawil sie Marcin z Siedlec (kierowca
TIRa, ktorego poznalem pod Utena) - okazalo sie, ze jak ja przekraczalem
w spokoju granice, ich trzymali i dokladnie sprawdzali (no i dwa
dni stali w kolejce). Chcial mnie zabrac na kawe, ale jakoze zblizala
sie 10, ruszylem w deszczu w droge. To byla rzez - deszcz lal caly
dzien, groga byla niesamowicie pofalowana (skonczyly sie rowniny),
a dziur bylo jak w szwajcarskim serze. Do tego pierwsze 50 km bylo
pod wiatr, a reszta to naprzemian boczny i ukosny od przodu. Po
prawie 40 km byl bar, w ktorym trzeba bylo sie ogrzac. Chcialem
to zrobic kilka kilometrow wczesniej, ale zblizala sie 12 i pani
sklepowa robila sobie przerwe obiadowa. Trzeba bylo kupic produkty
i robic kanapki pod sklepem. W knajpie spedzilem ponad dwie godziny
(troche czytalem i rozmawialem ze paniami z obslugi) - wypilem kawe,
herbate i zjadlem duzy talerz barszczu. Lalo dalej, wiec ruszylem
na ostatnie 12 km do Pustoszki w deszczu, gdzie zjadlem kanapkem
i wypilem mala kawe rozpuszczalna za 10 rub. Po kolejnych 20 km
drogi na Nevel byla kolejna stacja benzynowa, gdzie poprosilem,
aby mi nalali do mojego kubka wrzatku i tym spospobem zrobilem sobie
kawe zbozowa z miodem i zaczalem jesc kanapki przed budynkiem. Jedna
z pan z obslugi zawolala mnie do srodka, a sama zabrala moje brudne
i mokre rekawiczki, bo kradna!
Do Nevela bylo jeszcze 30 km, wiec ruszylem dalej do boju. Po 20
km zaczalem myslec o noclegu. Na 5 km przed miastem byla wioska,
ktorej pierwsze domy zaczynaly sie przy glownej ulicy (generalnie
wioski w Rosji sa przy bocznych drozkach, oddalnoe o 2-3 km od glownej
drogi). W pierwszym z nich poprosilem o herbate "bo zimno".
Dostalem zupe solanke z chlebem (pychota), a gdy strasi juz gospodarze
Nikolaj i Irena dowiedzieli sie, ze sam jade rowerem do Chin, zaproponowali
mi nocleg.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 95,97 km
" czas jazdy - 5:41:04 h
" srednia predkosc - 16,88 km/h
11 dzien wyprawy - 18.04.2008 r.
Wstalem
ok. 7 - gospodyni spieszyla sie na autobus i wkrotce wyszla, a gospodarz
nie mial ochoty mnie puscic. Wiec byla kawa, sniadanie i mila rozmowa.
Ja jednak o 8 ruszylem w deszczu, ktory towarzyszyl mi przez pierwsze
20 km.
Po 10 km, na wyjezdzie z Newela, zatrzymalem sie przy spozywczaku,
gdzie zjadlem pierozka i kupilem na droge kwas chlebowy i czekolade.
Jakies 2 km dalej stal znak, ktory wprowadzil mnie w oslupienie
- informowal mnie, ze dalszy przejazd ta droga jest platny! Nie
bylo jednak bramek z oplatami (szkoda, ze nie zrobilem zdjecia).
Przez kolejne 100 km jakos sie jechalo - nawet niezle, tylko raz
mialem 5 km remontowanej drogi, co oznaczalo przejazd po pamaranczowej
mazi, pod ktora byly ostre kamienie. Zreszta cala droga byla przeplatana
odcinkami dobrymi i dziurawymi (wszyscy bawili sie w ich omijanie).
Przy jednej z takich dziur "wychaczyl" mnie radiowoz (jechalem
srodkiem), ale skonczylo sie na pogadance o wyprawie. Nawet o paszport
nie zapytali! Bylo to k. Vieleza, gdzie w spozywczaku posililem
sie i zdjalem spodnie przeciwdeszczowe. Po 2 km musialem je znowu
bierac. Po kolejnych 15 km znowu bylo goraco i trzeba bylo sie rozbierac.
Ostatnie 20 km to byla juz meczarnia - ewidentnie mialem juz dosc.
Wkoncu doczolgalem sie do wioski, gdzie w pierwszym z brzegu domu
otrzymalem goscine. Zona nie byla moze zachwycona, ale maz Vitalij
(mial troche wypite) jak najbardziej byl za. Z nim zjadlem kolacje
i jakies 2 godziny przegadalem - ma male gospodarstwo i niewielka
firme budowlana (patrzac na wyglad w srodku i brak drzwi troche
trudno w to uwierzyc). Spac poszedlem o 23.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 168,89 km
" czas jazdy - 9:23:30 h
" srednia predkosc - 18,01 km/h
12 dzien wyprawy 19.04.2008 r.
Wstalem
po 7 - gospodyni doila juz krowy, a Vitalij jeszcze spal. Mialem
wiec czas na spokojna gimnastyke na rozgrzewke. Gdy skonczylem pojawila
sie zona i obudzila gospodarza. Jeszcze przed 8 byla jajecznica
na sniadanie, a dla mnie paczka zywnosciowa - chleb, cebula, jajka
i mleko. Przy zaczepianiu przyczepki okazalo sie, zze wyskoczyla
metalowa opaska z uchwytu przyczepki i zostala w uchwycie przyczepki.
W 5 min. bylo naprawione.
Ruszylem do Olszy, gdzie wg informacji od moich znajomych kierowcow
TIRow, byl duzy przystanek "naszych". Po klikunastu metrach
jazdy pojawilo sie dziwne skrzypienie w tylnym kole - na postoju
troche naoliwilem i przeszlo (widocznie woda sie wdarla). W Olszy
od razu zauwazylem postoj TIRow - faktycznie naszych bylo sporo.
Marcina i Irka z Siedlec jednak nie zauwazylem (planowali tam byc
w sobote rano), pomimo ze bylem tam ok. godziny. Natomiast na obiad
zaprosil mnie do swojej ciezarowki Krzysztof - byla domowa zupa
i pierogi o solidnej wielkosci. Bylo bardzo smaczne, dzieki! Na
koniec bylo pamiatkowe zdjecie. W tym czasie ustapila tez silna,
poranna mgla, ktora zastapily chmury. Deszczu jednak nie bylo.
Od przystanku w Olszy do Gniezdowa bylo tylko 9 km, a do Katynia
kolejne 3 km. Pod Gniezdowem (miejscem wyladunku polskich oficerow)
wyprzedzila mnie stara ciezarowka - odglos byl jak z tej wiezniarki
z filmu A. Wajdy "Katyn" - uczucie okrutne! Dworzec kolejowy
jest 150 m od glownego skrzyzowania, Wyremontowany, bez sladow z
dawnych lat. A potem byl sam Katyn, a wlasciwie "Memorial Katyn",
jak nazwali to Rosjanie - miejsce straszne dla nich i dla nas. Jak
przyjechalem bylem jedynym odwiedzajacym - panie z obslugi od razu
przyszly zrobic mi pamiatkowe zdjcie i zaproponaowaly po zwiedzaniu
herabte i toalete otworza dla mnie! Bylem traktowany wyjatkowo.
Samo zwiedzanie bylo krotkie - w sumie to niewielki teren, a jak
zobaczylem na cmentarzu nowozencow robiacych sobie pamiatkowe zdjecia
slubne, odechcialo mi sie calkowicie chodzenia po nim. Przy wyjsciu
panie czekaly na mnie, aby zaprosic do budynku administracyjnego,
gdzie czekala na mnie juz kawa, kanapka, cukierki, no i oczywiscie
byla "normalana" toaleta. W rozmawach gorowala kobieta,
ktora w dniu dzisiejszym kierowala wszystkim - pytala co mysle o
Katyniu, Zamek Krzyzacki w Malborku, o Unie Europejska (interesowalo
ja m.in., czy pracami Komisji Europejskiej moze kierowac Rosjanin!).
A na koniec czekala mnie telefoniczna rozmowa w Naczelniczka, ktora
chciala wiedziec, czy mi sie podoba Cmentarz. W sumie przegadalem
ok. 1,5 h.
Wyjechalem
po 15 i po godzinie drogi bylem w Centrum Smolenska przed historycznym
Soborem (widac go juz z daleka). Na podjezdzie pod Sobor poczulem
bol w lewym kolanie. Zwiedzanie zajelo mi kilka minut, a potem trzeba
bylo ustalic, jak jechac na Moskwe, aby nie nadkladac drogi. Ludzie
kierowali mnie ronie, na szczescie intuicja, a nastepnie znaki drogowe
wyprowadzily mnie z miasta - niestety bylo ok. 2,5 km ostrego podjazdu,
na ktorym chyba na dobre uszkodzilem lewe kolano. Przed wyjazdem
na glowna droge Minsk - Moskwa, na przystanku autobusowym, byla
okazja zjesc produkty od Vitalija - nie udalo sie wszystkiego.
Dochodzila 18, a mi zalezalo, aby jak najdalej odjechac od Smolenska.
Niestety kolano nie pozwolilo. Ujechalem tylko ok. 15 km droga w
kierunku Moskwy (2 pasy w kazda strone), kupujac po drodze na stacji
benzynowej slodka wode mineralna - jedyny wydatek dnia, 16 rub.
Z noclegem byl problem, poniewaz w okolicy Smolenska sa lasy. Wkoncu
trafila mi sie jedna wioska z daczami - tam trafilem do duzego domu,
gdzie ojciec Pawel i syn Roman "swietowali". Moglem sie
spokojnie umyc, zjadlem kolacje, a na noge dostalem od Pawla silnie
rozgrzewajaca masc - pieklo i grzalo przez kilka godzin.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 95,12 km
" czas jazdy - 5:52:05 h
" srednia predkosc - 16,21 km/h
Warto jeszcze wspomniec o Polskich kierowcach TIRow, ktorych jest
bardzo wielu na trasie Minsk - Moskwa. Wielu z nich przyjaznie trabi,
pozdrawiaja rekami, a czasami wrecz "oslaniaja" przed
nierozsadnymi kierowcami osobowek lub tez tak mnie wyprzedaja, aby
i cos dla mnie zostalo z tunela powietrznego i wiatru, ktory robia.
Wielkie dzieki. Takze kierowcy Rosyjskich TIRow jada bardzo kultularnie.
13 dzien wyprawy - 20.04.2008 r.
Masc rozgrzewajaca na noc od Pawla to bylo chybione rozwiazanie
- kilka razy w nocy sie budzilem, bo strasznie pieklo, a rano bylo
opuchniete. Zastosowalem wiec masc zabrane z Polski i opuchlizna
po kilku godzinach znikla. Od rana caly czas padal deszcz (lub lal)
i wial wiatr. Moi gospodarze wstali ok. 8.30, zrobili sniadanie,
a nastepnie Roman poszedl spac. Ja natomiast rozmawialem z Pawlem
do poludnia, a pozniej on tez poszedl spac. Mialem czas dla siebie.
W TV byly same teleturnieje i programy rozrywkowe, np. odpowiednik
naszej Familiady. Do Kociola nie mialem gdzie pojsc, wiec odmowilem
I Czesc Rozanca (odtad codziennie podczas postojow odmawiam jedna
Czesc).
Ok. 14 wstal Roman - troche porozmawialismy i zaczalem zbierac sie
do drogi. Nie za bardzo mialem ochote jechac w deszczu, ale wiedzialem,
ze moi gospodarze tez po poludniu wyjezdzaja. Postanowilem, ze jak
Bog pozwoli, to przejade w deszczu i wietrze jakies 50 km i poszukam
kolejnego noclegu. O 15 udalo mi sie wyjechac, robiac pamiatkowe
zdjecie na pozegnanie.
Droga wlasciwie bez historii. Po jakis 20 km mialem postoj na jedzenie,
a po kolejnych 10 km natrafilem na postoj z "naszymi"
TIRami. Tam dostalem od jednego z kierowcow dostalem goracej wody
i moglem sobie zrobic kawe zbozowa. Bylo to w Jarcewie. Miejscowi
z obslugi stacji paliwowej twierdzili, ze bedzie tak Kosciol Katolicki.
Na miejscu jednak okazalo sie, ze to jest przede wszystkim dom mieszkalny,
a w jednym z pomieszczen podobno funkcjonowal jakis odlam - "Kosciol
piecdziesiatnicy". Kawalek dalej znowu trafilem na Polskich
kierowcow, wiec znowu postalem i chwile z nimi porozmawialem.
Jednak zblizal sie wieczor i trzeba bylo szukac noclegu. Okazalo
sie i tym razem, ze to nie problem. Natalia i Gienadij przyjeli
mnie do siebie i nakarmili. No i moglem rozwiesic swoje mokre rzeczy.
Kazali mi zalowac, ze nie przyjechalem wczesniej, bo bym poznal
ich 26-letnia corke Ljeke, ktora oddaliby mi za zone.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 53,87 km
" czas jazdy - 3:44:14 h
" srednia predkosc - 14,41 km/h
14 dzien wyprawy - 21.04.2008 r
Obudzilem
sie o 6.30 rano i z przerazeniem zauwazylem, ze jedyny elektryczny
grzejniczek, ktory mial osuszyc moje ubranie i buty zostal wieczorem
wylaczony - wiec go wlaczylem i polozylem sie jeszcze na polgodziny.
Gienadij po 7 poszedl do pracy (daroznik), a Natalia zrobila mi
sniadanie - smazone ziemniaki i rowniez smazony, przerosniety boczek.
Do tego 2 duze herbaty, kawa i chleb - wystarczylo na pol dnia drogi.
Wyjechalem po 8. Kolano caly czas bolalo, wiec jechalem ostroznie,
z naciskiem na prawa noge. Rano asfalt byl bardzo mokry i bylo pochmurno,
a od poludnia padal deszcz. Caly czas wial wiatr. Na 39 i 92 km
mojej drogi zrobilem sobie dluzsze postoje na goraca kawe - polecam
stacje paliwowe "Lukoil" - maja WC na europejskim poziomie.
Jakoze buty nie wyschly przez noc, caly dzien przyszlo jechac w
mokrych.
Jak tylko wykonalem plan min. (ponad 105 km), zaczalem szukac noclegu.
Akurat przez 10 km mialem las, a nastepnie musialem dojechac jeszcze
2 km do wioski - ostatnie 300 metrow bylo po rozmieklej, polnej
drodze. Wkoncu dotarlem do domu, gdzie mieszkalo starsze malzenstwo
i wiekowa staruszka - oni przyjeli mnie do siebie. On napalil w
centralnym i rozwiesil moje mokre rzeczy, a ona dala mi miske cieplej
wody, abym ogrzal stopy. Oczywiscie pozniej byla kolacja.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 117,38 km
" czas jazdy - 7:12:50 h
" srednia predkosc - 16,27 km/h
15 dzien wyprawy - 22.04.2008 r.
Obudzil
mnie ruch w domu ok. 6.20, ale jeszcze kilkanascie minut polezalem,
za nim wstalem i zaczalem sie ubierac. Tradycyjnie juz otrzymalem
sniadanie - smazone ziemniaki, gotowane jajka, czarny chleb i dwa
sporej wielkosci koltlety mielone. Jajek nie dalem rady zjesc, wiec
zapakowano mi je na droge.
Sama droga minela spokojnie. Praktycznie caly czas jechalem pod
wiatr, a po poludniu mialem nawet cieple slonce. Byly dwa przystanki
na 147 i 97 km drogi (wzdluz drog w Rosji stoja male znaki informujace,
ktory to jest km drogi od jej poczatku lub do jej poczatku - w tym
wypadku 0 km to Centrum Moskwy). Tam zatrzymywali sie Polscy kierwocy
TIRow. Zatrzymalem sie takze na postoju na 138 km, gdzie jeden z
naszych naprawial sprzeglo, a inny jadl obiad. Tam tez kupilem rosyjska
karte telefoniczna na moskiewska oblasc (Rosja jest podzielona na
kilkadziesiat oblasci/rejonow i tylko odbierajac teefon bedac w
"swoim rejonie" nie placi sie za to - w pozostalych traktowane
jest jako romming). Kierowca jedzacy obiad zaprosil mnie na kawe.
Podczas rozmowy kilkakrotnie namawial mnie, zebym zapakowal rower
i pojechal z nim do Niznego Nowgorodu - "1000 km w jeden dzien".
Faktycznie bym przyspieszyl. Jednak pomimo bolu w kolanie, nie dalem
sie zlamac.
Droga, ktora jechalem od Smolenska do Moskwy, omijala duzym lukiem
wszystkie miasta, do ktorych trzeba bylo odbic kilka kilometrow.
Jakoze bolalo mnie kolano, ograniczalem sie do jazdy glowna droga
(aby je oszczedzac), dlatego tez opoznia sie moje relacje z drogi.
Nocleg tradycyjnie poszukalem juz na wiosce - ok. 88 km od Centru
Moskwy. Tym razem nie w pierwszym, a drugim domu udalo sie i po
raz pierwszy pokazalem swoj paszport. Zaopiekowala sie mna Anna
(wdowa) i jej syn Zenia (moj rowiesnik). Moglem sie wykapac oraz
dostalem kolacje w zachodnioeuropejskim stylu. Jak mi wytlumaczyla
Anna "dbaja o linie". Wieczor spedzilismy na wspolnym
ogladaniu zdjec.
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 125.12 km
" czas jazdy - 7:56:08 h
" srednia predkosc - 15.76 km/h
16 dzien wyprawy - 23.04.2008 r.
Budzik
mialem ustawiony na 6.45, ale przebudzil mnie troche wczesniej poranny
chlod - w pokoiku domku letniskowego (w ktorym sam spalem) maly
grzejnik elektryczny nie wystarczyl. Chociaz moze gdybym spal w
moim cieplym spiworzez Cumulusa nie bylobo zimno. Ale dzieki temu
szybciej udalo mi sie zebrac do drogi. Spakowalem sie i przygotowalem
sprzet do drogi, a nastepnie udalem sie na sniadanie. Znia byl juz
w pracy. Natomiast Anna przygotowala jajecznice usmazona z parowkami
oraz serem i posypala to pietruszka. Chciala mi przygotowac kanapki,
ale nie bylo takiej potrzeby - najadlem sie do syta. Na pamiatke
od Anny (oprocz zdjecia) dostalem porcelanowego pieska.
Droga minela stosunkowo szybko i spokojnie. Nie bylo juz postojow
"naszych" TIRow, a i ja chcialem jak najszybciej dotrzec
do Moskwy. Mialem tylko jeden dluzszy postoj - na ok. 44 km przed
celem zjadlem swoje wczesniejsze zapasy zywnosciowe. Ostatnie 30
km jechalem w duzym zageszczeniu samochodow, a czasmi stalem razem
z nimi w korkach (jechali nawet poboczami).
Na Plac Czerwony dotralem bez wiekszych problemow ok. 16. Tu jednak
wokol mnie i roweru dzialo sie duzo. Najpierw zaczepil mnie Maks
(nauczyciel pochodzenia marokanskiego). Nastepny byl Dima, ktory
jak sie dowiedzial, ze mam pusta karte telefoniczna, zaproponowal
ze mi ja z wlasnej kieszeni doladuje za 100 rub., a inny Rosjanin
dal mi do reki 100 rub! Byl takze Polak, z ktorym chwilem porozmawialem.
No i oczywiscie bylo sporo zdjec i pytan na temat calej wyprawy
rowerowej "Pekin 2008". Generalnie rzecz biorac przez
2 godziny bylem spora atrakcja na Placu Czerwonym.
Miedzy czasie udalo mi sie zorganizowac nocleg oraz porozmawiac
telefonicznie z Kierownikiem Konsulatu RP w Moskwie (nie zdazylem
zapisac nazwiska, bardzo mily Pan), ktory potwierdzil, ze MSZ zgodnie
z obietnica rozeslal informacje o mojej wyprawie. Nocleg dostalem
"u swoich", wiec i mam pelny sanitariat. Wieczorem jeszcze
spotkalem sie z Aleksiejem, moim znajomym z Tuly, ktory obecie pracuje
w Moskwie, praktycznie calodobowo. Wspolczuje mu!
Statystyki dnia:
" dystans dnia - 91,60 km
" czas jazdy - 6:06:42 h
" srednia predkosc - 14,98 km/h
" dystans calkowity - 1755 km
" calkowity czas jazdy - 101:05 h
24.04.2008
Jako
że mieszkam niedaleko Kościoła Katolickiego, dzień mój zaczął się
od Mszy Św. w j. rosyjskim. Po niej chwilę rozmawiałem z zastępcą
Biskupa Diecezji Moskiewskiej, Ks. Wikariuszem Andrzejem (Polak).
Następnie udałem się do Proboszca, Ks. Józefa, z zapytaniem czy
nie znalekarza, który mógłby obejrzećmoje kolano. Pomimo, że Ksiądz
wypytał się wszystkich swoich znajomych i współpracowników, nie
udało się. Więc udałem się w tej sprawie do Konsulatu RP, który
jest niedaleko. Spędziłem tam ok. 1,5h, ale dowiedziałem się tylko
tyle, że wszyscy dyplomaci akredytowani w Polsce leczą się w jednej
przychodni (dostałem adres, niezbyt blisko). Natomiast podczas rozmowy
z jednym z "naszych" ochroniarzy, usłyszałem, że chyba
to przeciążenie i brakuje mi tej mazi co wypełnia staw kolanowy.
Jego teść to MP w Kolarstwie. Niestety był zbyt duży ruch, a mnie
wywolali dalej i nie mogłem się nic więcej dowiedzieć. Natomiast
rosyjscy milicjanci sprzed Konsulatu pokazali mi Prywatną Klinikę
"MEDSI", w której podobno dobrze leczą. Klinika była niedaleko,
więc się do niej udałem. Wizyta lekarska 1490 Rub., a następnie
USG 1190 rub. - trochę to kosztuje. Jakoże mam ubezpieczenie, postanowiłem
z niego skorzystać. Po kilkunastu minutach oczekiwania otrzymałem
odpowiedź, że mam brać rachunek, a oni mi zwrócą - Klinika nie chiała
przelewu od ubezpieczyciela. Pani doktor (uparli się, że to musi
być chirurg) stwierdziła, że prtzeciążenie i brak mazi. Generalnie
kazała 2 tyg. odpocząć i będzie wszystko ok (nie zabardzo się przejęła).
Wszystko to zajęło mi sporo czasu. Wróciłem po południu, zrobiłem
jedzenie i poszedłem szukać internetu. Nie udało mi się go znaleźć,
ale dostałem komputer, na którym mogłem chociaż przygotować relacje
do wysłania. To zajęło mi kilka godzin (z przerwą na Mszę Św. w
j. polskim). Teraz trzeba tylko znaleźć internet i będzie można
wszystko wysłać.
25.04.2008 piątek
Dzień
zaczął się (poza toaletą) od porannej Mszy Św. w j. rosyjskim. Następnie
było ponowne zbieranie informacji o kafejkach internetowych (jest
ich w Moskwie już nie wiele i w niektórych trzeba mieć własnego
laptopa). Dalej były skromne zakupy (ceny w Moskwie chyba przewyższają
znacznie te Warszawskie), a wkońcu śniadanie. Następnie odbyła się
przeprowadzka całego mojego "majdanu" z pokoju do pokoju
obok. Trwała dość sporo czasu, ponieważ przy okzaji trochę sprzęt
poczyściłem, sprawdziłem, czy nie ma usterek w plecakch, itd. No
i cały czas muślę, jak zmniejszyć wagę swojego bagażu. Cały czas
wysyłam także SMSy w sprawie mojego kolana - może kkomuś coś się
uda ustalić. Następnie dzięki pomocy dwóch Księży Salezjan, Zbigniewa
i Marka, dostałem na chwilę bezpłatny internet i mogłem wysłać przygotowane
relacje z podróży. Ok. 15 dotarłem do pobliskiej stołówki - obiad
z dwóch dań kosztuje 180 rub (ok. 18 zł) - smaczny, ale na temat
zniżki nie było skim rozmawiać. Może jutro się uda. Po obiedzie
zrobiłem sobie krótki spacer po aptekach, ponieważ dostałem informację,
jakoby wyciąg z chrząstki rekina może mi pomóc - bez efektu. Jakoże
nie wiedziałem, jak w j. rosyjskim jest ten wyciąg, zaszedłem do
Konsulatu, aby mi przetłumaczyli. Przy okazji rozglądałęm się za
ochroniarzem, który bez wizyty u lekarza wiedział, co mi jest (może
wie, jak leczyć), ale bezskutecznie. O 18 poszedłem na Nowennę i
Mszę Św. do Katedry - odrobię zaległości! Wieczorem zrobiłem jeszcze
pamiątkowe zdjęcie i udałem się do siebie. Na drogę wydrukowałem
sobie trochę relacji z podróży innych rowerzystów do Azji, więc
trzeba je czytać i pozbywać się tych mniej przydatnych. Na noc,
zgodnie z zaleceniem lekarza, zrobiłem sobie opatrunek w postaci
waty nasączonej wódką! Nie zabardzo w to wierzę, ale kupiłem butelkę
wódki za 100 rub., więc spróbuję. No i wieczorem zadzwonił jeszcze
kuzyn Arek z informacją, że dka sportowców robi się serię trzech
zastrzyków w kolano leku Synvisk. Ciekawe czy tu coś takiego mają?
26.04.2008 sobota
Początek
dnia standardowy - poranna toaleta, a następnie Msza Św. w j. rosyjskim.
Poźniej był spożywczak i zakupy na śniadanie. Wszystkie swoje ruchy
spowalniam, bo przecież trzeba kolano oszczędzać, a i mam dużo czasu.
W Kościele przyszedł mi do głowy pomysł, który zrealizowałem po
śniadaniu - zażyłem 2 tabletki Olfenu (max dawka dobowa) - środku
przeciwbolowego i przeciwzapalnego - po kliku godzinach ból całkowicie
zniknął. Szkoda, że nie leczy (tak mówi ulotka). Czas jaki miałem
przedpołudniem postanowiłem przeznaczyć na zrobienie kilku pamiątkowych
fotek na dzielnicy w koszulkach, które dostałem od sponsorów i patronów
medialnych. Ok. 14.30 zameldowałem się na stołówce, gdzie była kompetentna
osoba (Siostra Renata) i dzięki wcześniejszemu stawiennictwu Ks.
Andrzeja, cena obiadu spadła ze 180 do 100 Rub. Po obfitym obiedzie,
postanowiłem wziąść się za przegląd roweru. Na początek okazało
się, że mam maleńką dziurkę w kole od przyczepki, więc to naprawiłem.
Dokręciłem także nakrętkę przy stopce rowerowej, a następnie trzeba
było się wziąść za "brudną" robotę, tj. wyczyścić ze smaru
i błota łańcuch i zębatki. Jakoś poszło. Nie udało się natomiast
wyregulować tylnej przerzutki - są problemy ze zmianą niższej na
wyższą zębatkę - trzeba dzwignię przesunąć o 2 biegi, aby przeskoczyła
o 1. Weczorem chciał mi nawet pomóc Salezjanin, Ks. Igor (zapalony
rowerzysta), ale nie udało mu się - wg niego uszkodzona jest manetka
od zmiany biegów. Zaproponował, abym jutro pojechał to naprawić
do znanegomu sklepu rowerowego - jakieś 15 km drogi, a w niedzielę
jest mniejszy ruch - tym bardziej, że wg Kalendarza Prawosławnego
przypada Niedziela Wielkanocna (Pascha). Oni pracują także w Święta
- przekonywał Ks. Igor. Ja jednak dostałem od jednego z uczniów
Salezjanki, Siostry Ireny, namiary na lekarza, który leczy m.in.
sportowców (podobno jest bardzo dobry). Do tego czasu postanowiłem
się wstrzymać z wsiadaniem na rower. Wieczorem zadzwoniła do mnie
mama - od niej wiem, że popsuła się trochę pogoda, czyli w Moskwie
piękna pogoda też sięskończy, zapewne w poniedziałek.
27.04.2008
Wstałem
po 8 rano - sam się obudziłem. Umyłem się i poszedłem po zakupy
na śniadanie. Następnie do południa czytałem relacje z wyjazdów
innych podróżników (niestety koleją) do Chin - może ich informacje
się przydadzą. Na 13 poszedłem do Kościoła na Mszę Św. w j. polskim,
a po niej na obiad i dalej do lektury. Przeczytałbym całą niedzielę,
gdyby nie Aleksiej, który wrócił z ich Świąt Wielkanocnych, które
spędzał w rodzinnym domu k. Tuły. Prawie 2 godziny spaceru i rozmowa
ze znajomym przydała się. Zauważyłem także różnicę w obchodzeniu
Świąt w Rosji i w Polsce - tu prawie wszystkie sklepy spożywcze
są otwarte, a na ulicach pełno ludzi. Aleksiej chciał coś kupić
do picia w McDonaldzie, ale kolejka była tak duża, że kupił w pobliskim
kiosku. Zresztą był to kolejny ciepły dzień. Na jednym z termometrów
było 22 stopnie! Po rozstaniu się z Aleksiejem, ustaliłem z Siostrą
Ireną, jak dotrzeć w poniedziałek do lekarza (na mojej mapie nie
było tej ulicy - jest już na obrzeżach Moskwy) oraz podziękowałem
Ks. Józefowi za wszelkie łaski i życzliwość z jego strony - jutro
wyjeżdża do Polski na miesiąc, bo kończy mu się wiza. A wieczór
to ciąg dalszy czytania. A jutro chyba będzie dla mnie sądny dzień
- wizyta u lekarza i być może decyzja w mojej sprawie.
21 dzień wyprawy 28.04.2008
Wstałem po 7 - ciężki dzień. Po porannej toalecie udałem się pod
Konsulat RP, aby spróbować złapać kontakt z naszym wartownikiem,
z którym rozmawiałem w czwartek. Poszedłem na 8, a okazało się,
że otwierają o 9. Poczekało się, ale i tak nie udało mi się z nim
skontaktować. Usłyszałem, że jest na terenie Moskwy. Wracając do
siebie, zaszedłem do Kościoła. Po śniadaniu udałem się do stacji
metra. Miałem do przejechania 4 przystanki, ale metro dwa razy zatrzymało
się także poza przystankami. Wkońcu o 10.40 dotarłem do właściwej
stacji, ale do Kliniki i tak spóźniłem się 5 min. Były tego dwa
powody - część ludzi nie wiedziała, gdzie to jest, a druga poprowadziła
mnie na około (z powrotem szedłem znacznie krótszą drogą). U lekarza
nie było kolejki (zresztą klinika nie jest dla najbiedniejszych),
tylko na niego samego musiałem chwilę poczekać. Lekarz podotykał
przez chwilę moje zdrowe i chore kolano z boku (od wewnętrznej strony)
i stwierdził, że trzeba operować. Koszt ok. 1000 euro. Dał mi wizytówkę
- jak się zdecyduję, to mam zadzwonić. Nim wyszedłem z samej kliniki,
puściłem info do znajomych. Była także rozmowa z ubezpieczycielem,
mam sam omówić sprawę z lekarzem i dać mi znać. Ja wróciłem do siebie,
trochę pochodziłem bez sensu, aż wkońcu poszedłem na obiad. Po obiedzie
trochę pochodziłem i wychodziłem po godzinie czasu darmowy internet
na całe popołudnie (z przerwą na Mszę Św. w j. polskim), więcnadrobiłem
trochę zaległości, rozesłałem info do znajomych. Było już po 20,
jak zadzwonił lekarz ubezpieczyciela i poinformował mnie, że mam
zapalenie stawu rzepkowo-udowego i uszkodzenie łękotki przyśrodkowej.
Przyznał także, że śledzi wyprawę na stronie www.rowerem.zehej.pl!!!
Umówiliśmy się, że na następnego dnia będzie kolejna wizyta u lekarza
wybranego przez Ubezpieczyciela i po niej ostateczna decyzja - krótkie
leczenie w Moskwie (jeżeli jest możliwe), a jak długie leczenie
- natychmiastowy powrót do kraju i leczenie z funduszu NFZ. Cały
wieczór upłynął na odbieraniu telefonów z kraju i czytaniu niezliczonej
liczby SMSów z wyrazami poparcia! Dziękuję:-)
29.04.2008 r.
Poranek jak zwykle - wstaje ok. 8 rano, szybka toaleta, a nastpnie
msza Św. w j. rosyjskim. Ale najważniejsze - ból w kolanie jest
coraz mniejszy. Po Kościele śniadanie, a następnie udało mi się
znowu dostać bezpłatny internet. Długo sobie na nim nieposiedziałem,
ponieważ otrzymałem telefoniczną informację od ubezpieczyciela,
gdzie mam się stawić na decydujące badanie. Po jakieś godzinie dotarłem
do wskazanej kliniki. Tam okazało się, że nie wszystko jest dograne
z moim badaniem i musiałem trochę poczekać. Wkońcu trafiłem do Pani
doktor (ortopeda). Jak się dowiedziała o wyprawie rowerowej "Pekin
2008" to wyjęła z torebki swoją komórkę i zadzwoniła do swojego
kolegi z prośbą o konsultacje, bo ma interesujący "przypadek"
człowieka, który jedzie rowerem z Sopotu do Chin! A ten kolega,
jak mi go zareklamowała do Adiunkt w Katedrze Ortopedii i zajmuje
się tylko kolanami. Za nim kolega dotarł, Pani doktor dokładnie
obejrzała moje kolano i wydała diagnozę. Po chwili dotarł oczekiwany
lekarz, który po kilku minutach wydał diagnozę, taką jak Pani doktor,
tj. przeciążenie i zapalenie kolana. Na wszelki wypadek zrobiono
mi jeszcze RTG - nic nie wykazało. Mam brać tabletki Voltaren i
Movalis, smarować kolano maścią Voltaren i nosić opaskę na kolanie.
Po tygodniu mam wyzdrowieć. Nad moim sprawnym poruszaniem się po
klinice czuwała Pani z kasy (wszędzie bez kolejki - kasa z Zachodu!).
Na koniec poprosiłem ją, aby diagnozę i zalecenia przefaksowała
do ubezpieczyciela. Nie chciała, ale jak usłyszała, że bez tego
nie będzie kasy za moje badania, to zostawiła wszystko i stanęła
przy faksie. Niestety, ale nie często obsługuje faks! W klinice
spędziłem ponad 2,5 godziny,
Na obiad dotarłem spóżniony, było już ok. 15.30. Ale za to byłem
sam i mogłem jeść w ciszy i spokoju. Później do wieczora to już
tylko krótki spacer i drobne zakupy spożywcze oraz msza Św. w j.
polskim. Wieczorem poczytałem sobie w przewodniku trochę o Karelii,
gdzie obecnie nie dotrę, ale w przyczłości warto byłoby. Było też
kilka SMSów, no i zadzwoniła mama.
No i bym zapomniał - w ciągu dnia udzieliłem wywiadu telefonicznego
dla "Gazety Wyborczej", dodatek "Trójmiasto".
23 dzień wyprawy 30.04.2008 r.
Kolejny dzień "siedzenia" w Moskwie. Straszliwa nuda.
Funkcjonuję wg codziennych schematów, więc skupię się na nowych
wydarzeniach.
Rano obudziłem się z przekonaniem, że aby mieć dalsze szanse w podróży,
muszę znacznie ograniczyć wagę swojego bagażu. Postanowiłem podzielić
go na 3 części - pierwsza jedzie ze mną, drugą wysyłam do Irkucka,
a trzecia wraca do domu lub czeka na mnie w Moskwie u dobrych ludzi.
W tym celu przeprowadziłem w ciągu dnia kilka rozmów, jak to najlepiej
technicznie wykonać.
Jeszcze przed południem miałem dwie rozmowy telefoniczne z lekarzem
ubezpieczyciela. Doszedł on do wniosku, że nie mam najmniejszych
szans, aby dalej jechać rowerem. Jeśli go dobrze zrozumiałem, to
była już dla mnie zrobiona rezerwacja na samolat na 01.05.2008 r.
Zrezygnowałem jednak z tej opcji i tym samym zerwałem umowę ubezpieczeniową!
Niestety te rozmowy nie wyszły mi na dobre - załapałem potężnego
"doła", co było chyba przyczyną "rewolucji żołądkowej",
która dopadła mnie wieczorem.
Po tygodniu obecności na Ziemi Moskiewskiej, wkońcu udało mi się
spotkać z Vladem, moim znajomym z Tuły, który obecnie mieszka i
pracuje w Moskwie! Podarował mi on "Tulski Piernik", który
jest podobno najlepszy na świecie. Przekonamy się:) Zaprosił mnie
także na weekend do siebie do domu - postanowiłem skorzystać z okazji
i pojechać zobaczyć Tułę. Będzie to jakiś fajny przerywnik, może
trochę moja głowa odpocznie.
Przez cały dzień otrzymałem mnóstwo SMS od znajomych i sponsorów,
zadzwonił także mój przyjaciel Sławek. Wszystkim dziękuję za słowa
wsparcia i otuchy:)
Ostatnio słyszę także głosy, że zdrowie jest najważniejsze i mam
wracać do domu. Wiem, że zdrowie jest najważniejsze, ale nie chcę
wracać. Ten wyjazd to świetna sprawa, a do czasu kontuzji był niesamowitą
przygodą. Wierzę, że uda mi się jechać dalej.
24 dzień wyprawy - 01.05.2008 r. czwartek
1
Maja - Święto Pracy. W Rosji chyba naprawdę obchodzone. Moskiewskie
ulice w południe były praktycznie puste. A w pamięci mam niedzielę,
kiedy była Niedziela Wielkanocna i wszędzie było pełno ludzi.
Mi dzień upłynął wyjątkowo dobrze i szybko. Wszystko to za sprawą
poznanego dzień wcześniej Rosjanina Jurka, który bardzo dobrze zna
język polski i jeździ na rowerze:) Poszliśmy razem na spacer po
Moskwie. Napoczątku naszej wędrówki dotarliśmy pod dawną siedzibę
Par;lamentu, gdzie w 1993 roku doszło do strzelaninu, w wyniku której
zginęło kilkadziesiąt osób. A wszystko to przez B. Jelcyna, który
chciał siłą rozpędzić demokratycznie wybrany Parlament, na czele
którego stał Czeczen! Ludzie stanęli w obronie i polała się krew.
Obecnie w tym budynku mieści się siedziba rządu. Dalej było miejsce
puczu Janajewa z 1991 roku. Widzieliśmy też z bliska dwa budynki
przypominające warszawski Pałac Kultury. W jednym z nich jest Hotel
Ukraina, a w drugim siedziba Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji.
Interesującym miejscem jest także ulica, przy której wszystkie bloki
po jednej stronie mają kształt otwartej książki. A po drugiej jest
duża księgarnia - Rosjanie wiedzą jak przypominać ludziom o czytaniu.
Był też oczywiście spacer po Arbacie (on też był pustawy mimo popołudniowej
pory) - chyba jedynym takim deptaku w Moskwie. Pojechaliśmy także
na Dworzec Kurski, aby zorientować się w rozkładzie jazdy pociągów
do Tuły.
Wszędzie było cicho i spokojnie, jak nie w Moskwie. To chyba za
sprawą długiego weekendu. Tylko milicji wszędzie było pełno - chyba
obawiała się demonstracji i zamieszek pierwszomajowych. Ja przy
okazji spaceru w jednej z księgarń kupiłem Atlas Rosji. Mam nadzieję,
że przyda się nie tylko przy okazji tej podróży!
Wieczorem trochę czasu spędziłem na internecie. Odpowiedziałem już
chyba na wszystkie zaległe maile. Dokonałem także wstępnego podziału
bagażu. Jest on bardzo restrykcyjny - najcięższy bagaż (m.in. część
części zapasowych i namiot) jedzie do Irkucka, a część wraca do
domu.
25 dzień wyprawy - 02.05.2008 r. piątek
Dzień
minął wyjątkowo szybko. Przed południem była chwila na wysłanie
relacji z dnia poprzedniego,dokończenie podziału bagażu oraz krótkie
rozmowy z poznanymi wcześniej ludźmi. Przy okazji dowiedziałem się,
żeprzacujący w miejscowej parafii Ks. Salezjanin miałwczoraj wypadek
rowerowy i leży w szpitalu. Szczegółów nie udało mi się stalić.
Trochę dużo robi się chorych rowerzystów. Wczesne popołudnie to
już wyjazd do Tuły. Przejazd metrem na Dworzec Kurski, a następnie
3,5h elektryczką. Jechało się fajnie i spokojnie, aluz w samym pociągu
zniknąłprzed Tułą (ostatnie 30 min. to już ścisk), Jadąc zauważyłem,
ile straciłem siedząc w Moskwie. Przed przyjazdem do niej było deszczowo
i zimno, a na drzewach były tylko pąki. A teraz jest już wiosna
w całej swej okazałości. A do tegoludzie (przede wszystkim kobiety)
wsiadający przed Tułą mieli w dłoniach Żonkile -były bardzo piękne.
To mi przypomniało te z ogrodu mojej mamy. Też sąco roku bardzo
piękne. W Tule przywitał mnie Vlad ze swoją dziewczyną Leną. Prawie
godzinę pojeździliśmy samochodem po mieście (zobaczyliśmy z zewnątrz
dwie Cerkiwie oraz Kreml), po czym udaliśmy się do niego do domu.
Tam jego mama Swietłana czekała już z bardzo smacznym obiadem. Była
zupa solanka, ale całkiem inna niż ta, którą jadłem wcześniej. Było
także drugie danie - oczywiście kuchnia rosyjska. Mi najbardziej
smakował kulibiak, który wyrabia siępodobnie jak pizzę, ale nadzienie
wkłada się do środka. Ale ten niepowtarzalny sma- tego nie da się
porównać. Tata Siergiej poczęstował domowym, wiśniowym, wytrawnym
winem. Dla mojego "przeciążonego" żołądkabyło to chyba
jedyne ocalenie. Wszystkim oczywiściemusiałem pokazać wcześniejsze
zdjęcia z tego wyjazdu o raz stronę www.rowerem.zehej.pl . Po 23
udaliśmy się do pubu, gdzie przy cichej muzyce przez ok. 2 godziny
rozmawialiśmy z przyaciółmi Vlada i Leny.
26 dzień wyprawy - 03.05.2008 r. Sobota
Dzień
zaczął się stosunkowo późno i leniwie. Przed południem udało mi
się tylko wysłać relację z piątku oraz pooglądałem sobie z rodzicami
Vlada ich rodzinne zdjęcia. Po południu wyruszyliśmy na zwiedzanie.
Najpierw było Centrum Tuły, którego wizytówką jest Kreml (nasz zamek)
z dziewięcioma basztami, wybudowany na początku XVI wieku. Niestety,
ale poza dziewięcioma basztami i spinającym je murem, w środku jest
duży bardzo duży dziedziniec, na którym są Cerkiew i Muzeum Róży.
Samo wejście na Kreml kosztowało 20 rub., a za muzeum dodatkowo
płaci się 10 rub. W trakcie zwiedzania Kremla do naszej trójki (Vlad,
Lena i ja) dołączył Aleksej. Będąc w Tule nie można zapomnieć o
piernikach, z których miasto słynie są naprawde smaczne. Już w
czwórkę pojechaliśmy samochodem kilka kilometrów za miasto do Janej
Polany, czyli miejsca, gdzie urodził się, tworzył i został pochowany
Lew Tołstoj. Jest tam bardzo pięknie. Wszystko robi wrażenie dziewiętnastowiecznego
parku. Na początek przechodzi się przez groblę i idzie alejką wsród
drzew pod górę, po czym skręca się w lewo. Tam po kilkudziesięciu
metrach można po prawej stronie zauważyć dom Lwa Tołstoja, a po
lewej stronie stajnię dla koni (można się przejechać bryczką po
parku). Kilkadziesiąt metrów za domem jest rozwidlenie ścieżek.
W lewo ścieżka prowadzi do miejsca pochówka pisarza, a prosto przez
mały lasek na Jasną Polanę. Przy wejściu na Polanę stoją dwa stare
drzewa, które rosnąc wzajemnie się oplotły. Wówczas też moi przyjaciele
wytłumaczyli mi pochodzenie nazwy Jasna Polana. Otóż została ona
tak nazwana ponieważ każdego dnia oświetla ją słońce, a każdej nocy
łuna. Trzeba przyznać, że całe miejsce robiło niesamowite wrażenie
cisza, spokój, ćwierkające ptaszki. Aż żal było wychodzić. Po
powrocie czekał na nas obiad (a właściwie kolacja), której głównym
daniem dla mnie był wyśmienity barszcz. Wieczorem jeszcze chwilę
posiedzieliśmy w restauracji, ale pożegnaliśmy się przed 23.
27 dzień wyprawy 04.05.2008 r. niedziela
O 6 rano pobudka. Było 30 min na poranną toaletę i śniadanie
zdążyłem. Następnie szybko udaliśmy się z Vladem na dworzec kolejowy.
Po drodze spotkaliśmy Aleksieja, którego podwozili rodzice samochodem,
więc kawałek i my pojechaliśmy. Powodem naszego pośpiechu był expres
do Moskwy. Do kas nie było kolejek, więc szybko daliśmy paszporty
i pieniądze, a po chwili były bilety. Co ciekawe, nasz pociąg jechał
2,5h, a więc godzinę szybciej niż elektriczka. Zapłaciliśmy za bilety
3 kl. 219 rub., a miejsca były wygodniejsze (rezerwacja) niż w elektriczce,
na którą bilet kosztuje 226 rub. Po przyjeździe do Moskwy na Dworzec
Kurski, postanowiłem ustalić ceny biletów na interesujących mnie
trasach. Władywostok Moskwa 2900 rub., Irkuck Moskwa 2500 rub.,
a Moskwa Kaliningrad 1100 lub 780 rub. (zależy od pociągu, jedzie
22 godz.) oczywiście wszystko plackarty. Następnie pożegnałem
się z Aleksiejem i Vladem (któremu jeszcze raz podziękowałem za
gościnę), którzy poszli do pracy, a ja wróciłem do siebie. Idąc
od przystanku metra, zatrzymałem się na chwilę obok zoo. Nie chciało
mi się jednak zachodzić do środka, tylko przez chwilę popatrzyłem
przez kraty. Popołudnie spędziłem na przeglądaniu sakw, tj. Ich
stanu technicznego oraz czy nie ma w nich jeszcze czegoś, czego
mogę się pozbyć. Był też krótki spacer i drobne zakupy w spożywczaku.
Wieczorem zadzwoniła jeszcze mama. Ja natomiast kładłem się spać
z postanowieniem, że jutro rano wstaję i jadę do Konsulatu Białorusi
wyrobić w trybie expresowym wizę tranzytową na drogę powrotną. To
kosztuje podobno 20 euro, a powrót przez Kaliningrad znacznie skraca
czas podróży i obniża koszty. A powrót i tak był planowany przez
Kaliningrad
28 dzień wyprawy 05.05.2008 r. poniedziałek
O
7 rano pobudka, o 8 rano wychodziłem na metro, którym udałem się
do przystanku Kitay Gorad, z którego wyszedłem na ulicę Marusiejki,
przy której mieści się Ambasada Białorusi. Tam czekała mnie przykra
niespodzianka z okazji święta nie pracują dziś i jutro oraz 09.05.2008
roku. Ochroniarz mi tylko potwierdził, że faktycznie wyrabiają expresowe
wizy tranzytowe w ciągu jednego dnia. No i poinformował mnie, że
Konsulat Białorusi mieści się w budynku za rogiem. Tak więc już
przed 9 wiedziałem, że plan wizy upadł. Postanowiłem pójść pieszo
na Plac Czerwony i zwiedzić okolicę. Ale i tu szybko okazało się,
że nie jest tak fajnie. Otóż z okazji święta zakończenia wojny,
które tu ochodzą 9 maja, już dziś i jutro są piewrsze defilady wojsk
na Placu Czerwonym i jest on zamknięty, chyba że ma się specjalną
wejściówkę. Ja jej nie miałem, ale jak gdyby nic ustawiłem się w
kolejce do sprawdzenia, czy czegoś nie wnoszę. O bilet nawet nie
zapytali. Udało się przejść nawet pomiędzy wojskami do trybuny dla
widzów, która stała k. Mauzoleum Lenina, zrobiłem kilka fotek, ale
na trybunę bez biletu nie wpuścili. Po chwili kręcenia się i robienia
zdjęć wypatrzył mnie jeden z ochroniarzy wojskowych i wyprowadził
mnie z Placu Czerwonego. Obszedłem go naokoło, przy okazji podziwiając
zabudowania sąsiednich ulic. Wszystko jednak było pozamykane. Pozostał
więć spacer ulicą Twerską w kierunku mieszkania. Do siebie dotarłem
przed 1. Do obiadu była godzina czasu, więc postanowiłem, że szybko
wypiję kawę i zakleję dętkę w tylnym kole roweru (jak przyszedł
rower do pokoju, znowu zrobiła się dziura). Kiedy rozebrałem koło
i próbowałem napompować dętkę, aby sprawdzić gdzie jest dziura,
pękł wentyl. To był koniec tej dętki. Stwierdziłem, że szkoda na
nią czasu i z torbu wyjąłem nową dętkę. I przyszła kolejna praca
rozwiercenie otworu w feldze, ponieważ nowa dętka ma wentyl samochodowy,
a stara miała tradycyjny rozmiar. Więc po obiedzie było najpierw
rozwiercenie felgi, a dopiero później złożenie koła. Następnie znowu
starciłem dużo czasu na wyregulowanie tylnej przerzutki. Nie jestem
fachowcem w tych sprawach, a i cierpliwości nie mam zbyt dużej.
W końcu jednak udało się. Postanowiłem więc rowerem wybrać się na
pocztę, aby wysłać kartki z Moskwy. Po dwóch tygodniach przerwy
znowu na rowerze, jak fajnie. Przejechałem 3,72 km. Wieczór to już
telefon od kolegi Sławka, wysłanie ostatnich e-maili i przerzucenie
kolejnych zdjęć z aparatu na pamięć oraz wypranie ostatnich brudnych
rzeczy, aby na drogę było wszystko czyste.
29 dzien wyprawy 06.05.2008 r.
Budzik
mialem ustawiony na 7 rano. Pomimo ze wczesniej nie moglem
doczekac sie wyjazdu, to wstawanie szlo opornie. Po sniadaniu udalem
sie jeszcze na chwile do Kosciola - gdy wychodzilem z niego zaprzyjazniony
Ks. Arkadiusz zaczal msze w j. rosyjskim - jedna z intencji byla
za mnie! Jako ze wyruszylem bez przyczepki, a i dawno nie pakowalem
sie, to tym razem zeszlo mi to znacznie dluzej niz planowalem. Ostatecznie
worka z rzeczami nie wyslalem do Irkucka - moze na przekor. Zostal
on u Pana Czeslawa (opiekowal sie mna w Moskwie) i on go wysle pod
wskazany adres, ktory podam mu z trasy. Na pozegnanie byly oczywiscie
pamiatkowe fotki z moimi dobrodziejami.
No i ruszylem ok 11. Najpierw zajechalem zrobic pamiatkowe fotke
przed
Konsulat RP, a nastepnie na Plac Czerwony, gdzie tez zrobilem kilka
fotek. Dalej juz byla tylko droga. Wyjazd z Moskwy okazal sie prostszy
niz myslalem - raz tylko zapytalem sie o droge i raz zerknalem na
mape,
a bodajze po 3 km byl juz znak M7, tj. nr mojej drogi. Praktycznie
cala
droge mialem wiatr w plecy oraz czulem sie niesamowicie lekki. Jechalo
mi sie niesamowicie szybko, pomimo niskich przerzutek. Nawet nie
spocilem sie (temperatura powietrza byla troche ponizej 20 stopni).
Ale
niestety kolano bolalo praktycznie od pierwszych kilometrow.
Nocleg znalazlem ok. 90 km od Placu Czerwonego (od niego mierzone
sa km)
w trzecim domu, w ktorym poprosilem o nocleg (w niektorych nie bylo
ludzi, bo w tym rejonie jest duzo daczy). Nocuje u prawoslawnego
popa.
Pocztkowo mial mie tylko nakarmic i zafundowac pokoj w hotelu, ale
ostatecznie zostalem na noc w oddzielnym budynku (tam maja kuchnie).
Mam
tylko nie mowic gdzie i podawac jego danych.
Dystans dnia - 104.55 km
czas jazdy - 5:30:52 h
srednia predkosc - 18.95 km/h
30 dzien wyprawy - 07.05.2008 r.
Wstalem o 6.35 - moi gospodarze o 7.45 wyjezdzali do swojego kosciola
(na swoja cerkiew mowia Hram). Calkiem interesujacy ludzie. On pop
oraz jego zona, ktora sie wszystkiego bala - nawet nie kazala mi
brac tabletek bi nie mozna (nie posluchalem). Wieczorem na poczekaniu
ugotowali zupe rybna z Jesiotra, do kolacji otworzyli butelke Martini
- nawet jak dla nich pilem zbyt wolno i poprzestalem tylko na jednej,
duzej lampce. Dzis na droge dostalem domowy chleb, pare jajek, puszke
rybna i z ikra oraz ok. 0,5kg ciastek. Chcieli mi tez dac butelke
zsiadlego mleka, ale nie mialem juz, gdzie to zapakowac. On w tajemnicy
przed zona dal mi na pamiatke swoja fotografie i 1000 rub.! W drodze
nic ciekawego sie nie dzialo. Rano byl przymrozek, a do ok. 15 pomimo
slonca wial bardzo zimny wiatr (czesciowo pomagal). Ciezko bylo
nawet robic przystaki, a jak byly do glownie na stacjach benzynowych,
aby w cieplym byc. Ok. 17 dotarlem do Wlodzimierza. Zrobilem zobie
pamiatkowe zdjecie przy Zlotej Bramie, troche sie pokrecilem po
okolicy i udalem sie do Kosciola Katolickiego. Mialem informacje,
ze jest tam rosyjski ksiadz, wiec byla szansa na nocleg. Jednak
okazalo sie, ze ksiadz wyjechal, ale byly 2 polskie siostry zakonne.
One poprowadzily liturgie slowa, komunie Sw. oraz Nabozenstwo Majowe
(po raz pierwszy uczestniczylem w takiej modlitwie). Po mszy Sw.
przez dluzsza chwile stalismy i rozmawialismy w Kosciele (zauwazylem,
ze w Rosji rozmowy w Kociolach sa czyms normalnym). Przy okazji
delikatnie poruszylem temat noclegu. Pomogl mi w tym czwarty uczestnik
rozmowy, Aleksiej. Jego dziadek byl Polakiem, sam tez calkiem niezle
mowi po Polsku. Zadzwonil do domu i jego mama zgodzila sie, aby
zaprosil mnie do siebie na noc. Aleksiej mieszka w mieszkaniu w
starej kamienicy, spory kawalek drogi od Centrum. Przesiedzielismy
caly wieczor przy herbacie i rosyjskich cukierkach (sa pyszne).
Rozmawialismy o zyciu w Polsce i w Rosji, o stereotypach, ktore
mamy na wzajem o sobie. Troche rozmawiala z nami takze mama Aleksieja,
na codzien wykladowczyni j. angielskiego na Uniwersytecie Wlodzimierskim.
Dystans dnia - 90.24 km
czas jazdy - 5:27:58 h
srednia predkosc - 16.50 km/h
31 dzien wyprawy 08.05.2008 r.
Wstalem
o 7.15, aby pozegnac sie z Aleksiejem, ktory wychodzil do pracy.
Pozniej jego mama przygotowala sniadanie i rozpoczelismy mila rozmowe.
Od niej wiem, ze srednia zaplata w 2007 roku w Oblasti Wlodzimierskiej
wynosila 8000 rub., a minimalna 3700 rub. (370 zl).
Po 9 rano wyruszylem na zwiedzanie Wodzimierza, miasta, ktre
zdecydowanie naley odwiedzic. Szczegolna uwage przyciaga Sobor Uspienski
(niestety ze wzgledu na odprawiane nabozenstwo, moje zwiedzanie
bylo
ograniczone). Nastepnie udalem sie do kafejki internetowej - za
1 godz.
i 10 min zaplacilem 63 rub.
Przed 12 wyruszylem do Bogulubowa, gdzie byl kolejny Sobor i zabudowania
klasztorne. Zwiedzanie zajelo mi ok. 30 min., a za wejcie zaplacilem
12
rub. (znizka studencka). Dalej juz byla tylko droga z przystankami
co
ok. 10 km. Wial zmienny wiatr, a po 15 nawet sie ocieplilo.
Kolano niestety boli. Jadac wlasciwie o niczym innym nie mysle,
tylko o
nim. No i o tym, czy z takim kolanem mozna mozna jechac. Napotkana
przypadkowo we Wlodzimierzu lekarka z Kalingradu potwierdzila, ze
to
raczej nie lakotka, ale przeciazenie. Wg niej kolano w drodze nie
przestanie bolec, czyli dalsza droga do Pekinu z bolacym kolanem?
Dadatkowo zauwazylem, ze wiecej pracuje prawa noga.
Po poludniu dopadla mnie niestrawnosc zoladka, a wlasciwie cos
na nim
"stanelo". Podejrzenie padlo na konserwe rybna, ktora
dostalem od popa.
Tabletki nie pomagaly. Na nocleg zjechalem ok. 20.20 (brakowalo
miejscowosci przy drodze, wolno jechalem). Na dodatek chyba dopadla
mnie
goraczka. Na szczescie strasci ludzie, do ktorych dotarlem, dali
do
picia mala, goraca, czarna herbate i poszedlem spac ok. 9. Zreszta
dziadki, ktorzy byli z malym wnukiem Jagorka, rowniez szybko poszli
spac. Wieczorem probowala dodzwonic sie mama - ale padla bateria
w
komorce, a ja bylem zbyt slaby, zeby szukac po ciemku kontaktu i
ja
ladowac.
dystans dnia - 71,55 km
czas jady - 4:56:10 h
srednia predkosc - 14,49 km/h
dystans calkowity - 2023 km
calkowity czas jazdy - 117:17 h
32 dzien wyprawy 09.05.2008 r.
W nocy obudzil mnie kilka razy placz Jagorki - podobno dla tego,
ze za duzo biegal w ciagu dnia. Pospalem sobie do 9 - z zoladkiem
bylo jakby lepiej, ale krople zoladkowe i tak wypilem. Zjadlem dietetyczne
sniadanie i trzeba bylo zbierac sie do drogi. Wyjechalem ok. 10.20
i po przejechaniu 24 km (byl jeden postoj) zadekowalem sie w calkiem
sympatycznej restauracji. Zoladek meczyl, a na dodatek dopadly mnie
drgawki (jakby z zimna) i sennosc). Bylem tam prawie 3 godz. i przez
pierwsze 2 bylo ze mna zle. Wypilem najpierw wegiel, a po godz.
kolejne tabletki i wkoncu przeszlo. W dalsza droge ruszylem ok.
15. Czulem sie nawet niezle, tylko zoladek bolal - nie wiedzialem
tylko, czy z choroby, czy z glodu. Po 20 km dotarlem do miejscowosci
Vjazniki, gdzie na wiezdzie kuplem Cole. Po kilku jej lykach zoladek
zaczal pracowac, ale bol nie ustapil. Zakupu dokonalem na stacji
benzynowej, gdzie zrobilem tez wywiad w sprawie internetu. Pracownik
nawet wykonal telefen na informacje, aby sie dowiedziec, gdzie on
jest w miescie. Niestety 9 Maja w Rosji to duze swieto, a Vjazniki
to "Miasto Gieroj", czyli miasto, ktore oparlo sie atakowi Niemcow
podczas II wojny swiatowej. Postanowilem jednak przejechac sie przez
cale miasto. Widac bylo, ze ludzie mocno "swietuja", szczegolnie
ci starsi. Internet oczywiscie bez szans, a miasteczko nie zrobilo
wiekszego wrazenia. Zauwazylem tylko pomnik Stalina, a dokola niego
rosnace kwiaty. Kilka kilometrow za miastem spotkalem motel z ogrodzonym
placem dla TIRow - byly dwa "nasze", ale kierowcy spali. 15 km dalej
byl kolejny parking i tam byl jeden "nasz", z ktorym porozmawialem
sobie jakies pol godziny. Proponowal mi nawet nocleg w kabinie,
ale ja wolalem w wiejskiej chacie. Kilka kilometrow dalej byla wioska,
dobry km od glownej drogi. Tam w drugim wybranym domu dostalem nocleg.
Gospodyni (juz po 60) z pochodzenia Polka, zwala mnie swoim "synok".
Wieczorem zadzwonila siostra, ale rozlaczylo nas, poniewaz u mnie
jest nr telefonu na Moskiewska Oblasc i obecnie tez place za polaczenie
- pewnie karte wyczyscilo.
dystans dnia - 82,01 km
czas jady - 5:17:57 h
srednia predkosc - 15:47km/h
33 dzien wyprawy 10.05.2008 r.
Przebudzil
mnie ruch po 6 rano, ale udalem, ze spie. Anna obudzila mnie o 7,
a chwile pozniej podala duzy talerz smarzonej jajecznicy z kielbasa
(tej drugiej bylo znacznie wiecej). Nie pomogly opory, ze to za
duzo (o szkodliwym tluszczu dla zoladka nawet nie probowalem tlumaczyc)
- musialem zjesc pelny, gleboki talerz. Bylo tyle tluszczu, ze nie
pomoglo nawet jakies 20 ml spirytusu leczniczego (70%). Witalij
wstal o 8, ale byl bez humoru (byly gimnastyk sportowy i lekkoatleta),
podobnie jak corka sasiadki, ktora ta przyprowadzila, abym mogl
ja poznac.
Na pierwszym z moich przystankow zagadnal mnie czlowiek, twierdzac,
ze
jakies 1,5 km przede mna idzie do Pekinu jakis austriak. Ciekwawe
jak on
chce zdarzyc - pomyslalem i ruszylem w droge, aby go spotkac. Niestety,
ale akurat bylo miasto po drodze, wiec pewnie tam gdzies znikl.
Wyruszylem przed 10. Droga to istna meczarnia - byla wyjatkowo
plaska,
ale zoladek. Jechalem glodny caly dzien, a pomiedzy 12 a 18 wypilem
15
kapsulek wegla leczniczego - bez efektu.
Do granic Niznego Nowgorodu dotarlem po 18, ale od bram miasta
do
centrum bylo do przejechania ponad 20 km, w tym jeden bardzo ostry
podjazd (pelna redukcja przerzutek) - ja go spokojnie pokonalem
w
odroznieniu od miejscowego chlopaka, ktory zszedl z roweru i pchal
go
pod gore! Interesujacym momentem byl przejazd przez most w miejscu
w
ktorym Oka laczy sie z Wolga. Bardzo ladne miejsce, a za rzeka po
lewej
stronie Kreml, a po prawej cerkiew z zabudowaniami klasztornymi.
dystans dnia - 97,22 km
dystans calkowity - 2202 km
czas jazdy - 5:53:44 h
calkowity czas jazdy - 128:29 h
srednia predkosc - 16,49 km/h
34 dzień wyprawy 11.05.2008 r. niedziela
Dziś
był planowany odpoczynek, więc sobie trochę pospałem (ostatnio coś
dużo śpię). Niestety miałem też jeden przykry obowiązek - pranie
i to w Zielone Świątki. Zabrałem się do tego od razu jak wstałem,
ponieważ całe ubranie "pachniało" tą konserwą rybną. A
poza tym to dzień minął na miłym wypoczynku.
Byłem na Mszy Św. w Kościele Katolickim (główne elementy mszy były
w językach rosyjskim i angielskim) oraz na Internecie. Z nim było
jednak trochę problemów. Najlepsze i najtańsze miejsce było w remoncie,
więc udałem się na Główną Pocztę Rosji - celny strzał, ale był jeden
problem - nie można było wysyłać zdjęć (blokada na czytaniu dysków
wymiennych). Więc po godzinie ruszyłem dalej. Innego Internetu jednak
nie znalazłem, ale udało mi się zdjęcia z aparatu przerzucić na
dwie pamięci, a jedną z nich nagrać - za całość razem z CD zapłaciłem
180 rub.
Późne popołudnie i wieczór to czas poświęcony na spacer po Balszoj
Pokrowskij (bardzo długi deptak) od Placu Gorkiego do Kremla i z
powrotem. Interesujące i bardzo ładne miejsce ze starą zabudową
i sporą ilością zieleni (jak w całym Niżnym N.) Na Kreml wszedłem
bez biletu (nie zauważyłem kas), ale nie chciało mi się całego obejść.
Na zewnątrz bardzo okazale prezentowały się stare mury, natomiast
środek to zabudowa raczej z XIX wieku - jak dla mnie nie pasująca
do murów. Obok wejścia rzucała się w oczy wystawa sprzętu wojennego
z pierwszej połowy XX wieku. Wracając zauważyłem, że jest jeszcze
19 stopni ciepła, a była akurat 20.00. Uświadomiłem sobie także,
że to już 20 dzień z rzędu stosunkowo dobrej pogody, bez deszczu.
Pewnie wkrótce się to skończy.
35 dzień wyprawy 12.05.2008 r. poniedziałek
Budzik
miałem ustawiony na 6.30, ale pospałem sobie trochę dłużej. Później
skorzystałem z dobrodziejstwa mieszkania w mieście, tj. ciepłej,
bieżącej wody. Było także obfite śniadanie i żywność na drogę (głównie
słodycze). A na koniec oczywiście pożegnanie z moimi gospodarzami.
Wyruszyłem ok. 9.30. Wyjazd z Centrum Nożnego Nowogrodu okazał się
prosty i dobrze oznakowany. Droga właściwie od samego początku była
dobrze "pofalowana", ale podjazdy były poniżej 2 km i
nie przekraczały 12% nachylenia (wg znaków). Ok. 87 km trafiło mi
się 15 km fatalnej nawierzchni - w pewnym miejscu doły były po kolana,
a droga wąska - nawet TIRy nie próbowały mnie wyprzedzać! Były bardzo
ciepło - pierwszy raz cały dzień jechałem w krótkich spodenkach
i koszulce. Był lekki wiaterek, który tylko czasami przeszkadzał.
Ale przede wszystkim były wspaniałe krajobrazy. Nierówny teren,
na którym były uprawy (lub łąki) oraz lasy - głównie brzozowe (zaczyna
się!). Tak jakbym jechał przez inną krainę - wszystko uporządkowane,
ułożone, nawet chyba czyściej niż we wcześniejszych rejonach.
Odpoczywając w Niżnym N. pomyślałem sobie, że fajnie byłoby na nocleg
w Kazaniu (pewne miejsce) dotrzeć w środę wieczorem. To jakieś 400
km, z czego na dziś było 130 km. Ok. 20 wjechałem do wioski, ale
na liczniku było 128 km, więc chciałem pojechać do następnej. W
niej jednak było dużo straganów z jabłkami, gruszkami i kiszonymi
ogórkami. Jeden ze sprzedawców wypatrzył mnie i podszedł do drogi
jak go mijałem i dał jabłko i gruszkę!
Nocleg, tradycyjnie już bez większych problemów, dostałem u dyrektora
miejscowej szkoły podstawowej. Nagrał na wideo krótki wywiad ze
mną, poczęstował dwoma kieliszkami wódki i zaprosił do bani. To
był raj dla mojego ciała - pierwsza moja bania podczas tej podróży.
Było co prawda tylko 65 stopni ciepła, ale i tak było super. A później
do 23.30 była rozmowa przy kolacji. Opowiedział mi wówczas o grupie
kolarzy, którzy jadą Moskwa - Pekin i będą w jego Rejonie (jako
goście) 15.05.2008 r. - może się spotkamy na trasie.
dystans dnia - 138,15 km
czas jazdy - 7:53:28 h
średnia prędkość - 17,50 km/h
36 dzień wyprawy 13.05.2008 r. wtorek
Przebudziło mnie zimno w moim oddzielnym domku, w którym spałem.
Gdybym spał w moim puchowym śpiworze z Cumulusa, nie byłoby tego
problemu. A tak skończyło się na tym, że ponownie włączyłem grzejnik
elektryczny na pełną parę i ubrałem ciepłą bluzę. Mój gospodarz
przyszedł po mnie o 7 rano, aby zabrać na śniadanie. Przed 8 byłem
już na trasie z założeniem, że muszę przejechać 140 km.
Droga była mniej pagórkowata niż wczoraj, ale nadal kręta i dziurawa
miejscami, a miejscami super. Przez cały dzień jechałem "aleją"
pośród drzew, a co kilka kilometrów była jakaś miejscowość. Po jakiś
40 km wjechałem na teren Republiki Czuwaszji. Znaku informacyjnego
nie widziałem, ale zauważyłem, że wszystko jest jakby bardziej zadbane,
mniej śmieci przy drodze. Ceny najniższe, jakie dotychczas spotkałem:
czarny chleb - 13,50 rub., lody w wafelku (z zamrażarki) - 4,50
rub., a kawa na stacji benzynowej - 7 rub. (herbata - 6 rub.). Ale
najfajniejszy jest język Czuwaszy - nic z niego nie rozumiem (oczywiście
mówią też po rosyjsku). Chciałem zobaczyć ich stolicę Czebaksary,
ale musiałbym nadłożyć 15-20 km, kolejna godzina to min. na zwiedzanie,
a dla mnie priorytet to dotrzeć jutro do Kazania bez zbędnego przemęczania
się.
Jadąc tradycyjnie już zwalniam w miejscach postojów dla TIRów, ale
"naszych" nie widać. Natomiast Rosyjscy kierowcy sami
mnie zaczepiają. Od nich to wiem, że jak mogę to powinienem jechać
po trasie przez Pietropawłowsk (Kazachstan) - lepsza i krótsza droga.
Po południu udało mi się jednak spotkać dwóch "naszych"
- wracali już do domu, byli niedaleko granicy chińskiej. Pytali
się czy czegoś mi trzeba, ale ja grzecznie podziękowałem. Wówczas
postanowili podreperować mój budżet - "przyda się"!
140 km wypadł przed samym miasteczkiem, ale była dopiero 19, więc
zjechałem do pobliskich domów, aby poprosić o wrzątek do herbaty.
Młoda kobieta dała mi wodę i zaczęliśmy rozmawiać. Po chwili dołączył
jej mąż. Jak wypiłem herbatę, zaprosili mnie do domu na zupę szczawiową.
Jak zjadłem i zacząłem się zbierać, "bo 20.00, a ja jeszcze
nie wiem, gdzie będę spał", oni na to, że mają klucze od domku
znajomej i tam mogę spać! Wieczór spędziliśmy na wspólnej rozmowie
zajadając suszoną rybę i popijając lokalne piwo.
dystans dnia - 140,09 km
czas jazdy - 7:58:54 h
średnia prędkość - 17,55 km/h
37 dzień wyprawy 14.05.2008 r. środa
Obudziło mnie słońce po 6 rano, ale pospałem sobie jeszcze trochę,
ponieważ śniadanie było po 7 (zupa mleczna, chleb z serem, herbata).
Na koniec tradycyjne zdjęcie z moimi gospodarzami i w drogę. Chciałem
dotrzeć na 18 do Kazania na otrzymany w Niżnym N. adres, więc jechałem
dłuższymi etapami. Po kilku kilometrach kolano przestało boleć,
więc wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Niestety
po 50 km miałem najpierw ciężki podjazd, a następnie "dopadł"
mnie na kolejne 40 km silny wiatr (strasznie mnie wymęczył), a to
kończył kolejny, ciężki podjazd. A na dodatek przez ponad 20 km
nie miałem, gdzie zaopatrzyć się w wodę do picia i jedzenie.
Nie wiem, w którym miejscu wjechałem na teren Republiki Tatarstanu,
ale jak na razie widać, że to druga z rzędu całkiem fajnie "zadbana"
i wyglądająca Republika. Tylko jakby mniej lasów. Natomiast przejeżdżałem
przez duże rozlewisko wodne, a w samym Kazaniu przez Wołgę. W samym
mieście widać bardzo duży rozwój i niezliczoną ilość inwestycji
(w tym drogowych i budowlanych).
Na miejsce dotarłem lekko spóźniony, ale udało się. Podczas mojej
wieczornej obecności w Kazaniu udało mi się poznać miejscowego proboszcza
Parafii Katolickiej, Ks. Diogenesa (Argentyńczyk), Ks. Michała (Polak),
Maxa (Rosjanin) oraz trzy młode osoby z Demokratycznej Republiki
Kongo. Opowiedzieli mi o pewnym niezwykłym, głębokim kanionie w
ich kraju. Otóż nie można się do niego zbliżyć na odległość 5 metrów,
ponieważ sam wciąga na zasadzie przyciągania na dół (nie robiąc
krzywdy). Natomiast po 10-15 min. sam takiego "gościa"
wyrzuca z powrotem do góry! Podobno naukowcy od wielu lat zastanawiają
się, jak to się dzieje, ale na razie nie doszli do tego. Wieczorem
oglądałem zwycięski dla Zenitu Sankt Petersburg finał Pucharu UEFA
z Glasgow Rangers.
dystans dnia - 135,85 km
czas jazdy - 8:05:18 h
średnia prędkość - 16,79 km/h
dystans całkowity - 2616 km
całkowity czas jazdy - 152:26 h
O dalszych przygodach podróżnika przeczytasz na stronie http://www.rowerem.zehej.pl/
Do góry
|
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|