Bergson Greece Bike Travel 2006

Na skróty : Sprzęt | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie | Instrukcje | Humor | Gry | Programy | Giełda | Trasy | Więcej »

:: Relacja

Po skarby Bizancjum Czyli rowerowa wyprawa w nieznane

Minął niemal rok od ostatniej podróży i znów porywam się na szaloną wędrówkę w nieznane. Nie samotną i może przez to trudniejszą od wszystkich poprzednich. Wraz z Pawłem ruszam w górzyste tereny Bałkanów, gdzie słonecznik i arbuz stanowią codzienność krajobrazu i strawy cyklisty. Czy damy radę? Pełen wątpliwości i obaw zapadam w sen. Pociąg warmiński relacji Olsztyn – Zakopane „noc długą przecina buntując się na ostrych zakrętach”. Czas spełniać marzenia panowie – budzi solidny kopniak konduktora!

4 lipca 2006 - (Hranovnica 84 km)

Dzionek rozpoczyna się od prostego przyznania się przed samym sobą – jesteś gruby i słaby. Podczas 16 km podjazdu spalam więcej tłuszczu niż przez ostatni rok spędzony na podnoszeniu wagi do magicznych 101 kg. Z ulgą puszczam się serpentynami w dół do Łysej Polany gdzie znajduje się urokliwe przejście graniczne ze Słowacją. Zaraz za granicą rozpoczyna się kolejny podjazd na położoną na
1081 m.n.p.m. przełęcz Prislop. Paweł z gracja górskiej kozicy zdobywa kolejne wzniesienia a ja okrążony rojem doprowadzających do rozpaczy much przystopuję coraz częściej, aby złapać oddech. Jadąc przez Wysokie Tatry oczy raz kierują się na Gerlach i inne szczyty sięgające chmur raz na przepiękną, rozległą dolinę Popradu mieniącą się żółcią i zielenią. Upał doskwiera coraz bardziej a w okolicy ani centymetra cienia. Stary las, który dawał schronienie przestał istnieć po przejściu potężnej wichury. Resztkami sił znajdujemy nocleg w ogrodzie przy plebani. Wraz z zabawnym księdzem, który jak widać „trzęsie miastem” udajemy się do restauracyjki na obiad i kilka kufli przepysznego piwa, którego jakość jest niewspółmierna do wyjątkowo niskiej ceny. Przed snem wraz z Ondrjejem, pomocnikiem księdza udajemy się na spożycie kolejnej porcji piwa i ciepłej śliwowicy. Wszystko oczywiście na koszt dobroczyńcy. Nasz nowy kompan jak widać po rozbitej głowie nie stroni od wyskokowych trunków. W miasteczku gdzie połowa ludności jest pochodzenia romskiego nie tylko on jest amatorem umilania czasu wolnego opróżnianiem kolejnego kufla.

5 lipca 2006 (Felsonyarad 200 km)

Od samego rana słonko niesamowicie praży. Po opróżnieniu kilku butelek wody i zdobyciu przełęczy Vermarskiej ( 1029 m.n.p.m.) zwiedzamy lodową jaskinię gdzie sople niczym stalaktyty i stalagmity łączą dno ze sklepieniem. Temperatura oscyluje
wokół -2°C a pod nogami jest kilkunasto metrowa pokrywa lodowa. Prawdopodobnie w takim miejscu klimatyzowali się nasi przodkowie odpoczywając po krajoznawczej wyprawie na mamuta. Wieczorem, po przetarciu ostatniego odcinka Niskich Tatr opuszczamy przepiękną Słowację, pełną dzikich i nieznanych miejsc, czystych górskich potoków, strumieni i szlaków turystycznych. Błądząc i klucząc nierównymi drogami pośród pól i dębowych lasów u przemiłej węgierskiej rodzinki w malutkim Felsonyarad znajdujemy nocleg. Gospodarze oferują prysznic, który zmywa trudy całego dnia oraz zapraszają na sytą kolację. Dodatkowo zostajemy zaopatrzeni w zapas pasty do zębów na pół roku. Element raczej zbędny rowerzyście w takiej ilości, ale żal wyrzucać.

6 lipca 2006 (Balmazujvaros 322 km)

Węgry – kraj o zapachu akwarium, w którym od lat nie zmieniano wody. Kraj dla turysty okrutny i przeraźliwie nudny. Miejsce gdzie nikt nie mówi po angielsku za to po chińsku wszyscy. Ale poza tymi zniechęcającymi akcentami są też te pozytywne.
Dobroć ludzi, Park Narodowy Hortobagy pełen trzcinowisk, śpiewu ptaków, pasterzy krów i owiec, domostw pokrytych trzciną, żurawi do czerpania wody z oddali wyglądających niczym miniatury tych znajdujących się na polach naftowych. Piękne, rozległe, ciągnące się kilometrami pola żółtych słoneczników. Gdyby van Gogh chciał je namalować spod jego pędzla nie wyszedłby żaden inny obraz, więc tylko radować się, że nie był Węgrem z manią malowani słoneczników. Ogólny znak na minus przechyla woda pita ze studni i kranów, która odzywa się w postaci biegunki. Oj będą problemy!

7 lipca 2006 ( Oradea 422 km)

Rankiem zostajemy ugoszczeni wyśmienitą kaszanką na gorąco i maleńkimi pomidorkami. Pełni nadziei opuszczamy Balmazujvaros. Klucząc nie wartymi wspomnienia drogami opuszczamy kraj, w którym chiński jest językiem urzędowym. Rumunia wita nas drogą przez wysypisko śmieci a po kilku chwilach mszalnym winem, nieograniczoną ilością czystej wody i spartańską toaletą za remontowanym kościółkiem.

12 lipca 2006 ( przełęcz na trasie Transfogarskiej 830 km)

Miałem kilka dni przerwy w pisaniu pamiętnika. Jego czyste karty świadczą o zmęczeniu, wysiłku, ale i wspaniałej przygodzie, która nie dała czasu na bycie skrybą. Wszystko, co do dziś dzień zdarzyło się w Rumuni, kraju przepięknych, zatykających dech w piersiach widoków, ludzkich kontrastów przedstawię właśnie teraz. 8 Lipca o poranku opuściliśmy Oradeę – przygraniczne miasto, które zamieszkują przemili ludzie poruszający się po nim we wszelaki możliwy sposób. Jedni pieszo inni wozami jeszcze inni nowoczesnymi autami. Jak by dla kontrastu tych ostatnich mijają swoimi gruchotami inni uczestniczy porannego życia, życia miasta, którego stare uliczki z każdym krokiem zachwycają i zdają się mówić „pomyśl jak tu kiedyś było pięknie”.

     

Udajemy się w kierunku małej mieścinki Lunca drogą nr 76. Co kilka sekund mijają nas tiry oraz bliżej nieokreślone pojazdy silnikowe, które osmalają nas chmurami spalin. Wreszcie docieramy do skrzyżowania z drogą nr 75. Ruch samochodowy praktycznie zanikł. Wokół pastwiska, konie i ….. niesamowite ubóstwo w jednej z cygańskich wiosek, którą odwiedziliśmy skręcając w drogę której na mapach nie uraczysz. Domy niczym lepianki z gliny i słomy, brudne dzieci, pół nagie kobiety, totalne wyalienowanie z życia lokalnej społeczności. Jednak po raz kolejny przekonujemy się do dobroci ludzi. Zimny sok z porzeczek z przydomowego ogródka w upalne popołudnie i zaproszenie na nocleg do domu popa i jego rodziny przed zachodem słońca w mieścince Rieni to to czego nam brakowało. Rankiem dnia następnego zdobywamy przełęcz Virtop na 1160 m.n.p.m.. 40 km pod górę z czego 20 serpentyną, burza, zupełny brak widoków z powodu otaczających drzew wyjątkowo kiepska jakoś drogi. Za to druga strona rekompensuje trud przepięknymi monastyrami nad szerokim strumieniem i kościółkami wysoko w górach. W hotelowym pokoju w Cimpeni ekscytujemy się finałowym meczem mistrzostw świata. Wypoczęci zdobywamy łatwą przełęcz Bucium na 915 m.n.p.m. i jadąc doliną rzeki Ampoi docieramy do Alba Julia, gdzie znajdujemy nocleg w willi i poznajemy życie nocne tego dużego miasta. Nasyceni przepyszną kolacją czekamy na dzień następny i 115-sto kilometrowy odcinek drogi A1. Gdyby nie setki a nawet tysiące tirów był by to jeden z najpiękniejszych odcinków na dotychczasowej trasie wyprawy. Piękne góry dookoła, zielone pola kukurydzy, złote zboża na stokach, widok Fogarszy wysoko w chmurach, wręcz raj. Jednak gdy wycierając twarz zmazuje się czarną maź to wszystkie te cuda bladną a chęci do dalszej jazdy maleją do minimum. Dzień dzisiejszy, to jedynie dodatkowe 40 km na liczniku. Sugerując się tą liczbą można sadzić, że wczasowaliśmy ale jest to zgoła błędne rozumowanie. Jeśli chcecie przeżyć to co my to weźcie rower i ruszajcie pod górę – na trasę Transfogarską!
Nie będę się rozdrabniał nad każdą serpentyną których było mnóstwo, nie będę opisywał widoku z każdego zakrętu nad kilkusetmetrową przepaścią bo zabraknie słów godnych użycia wobec takich cudów natury. 12 godzin wspinaczki w deszczu, upalnym słońcu, podczas burzy, w chmurach, gdzie naszym okrzykom zmęczenia wtórowały grzmoty rozbijające się pośród niedostępnych szczytów. Na wysokości 1234 m.n.p.m. zupełnie wygłodniali zjadamy ostatni zapas pożywienia – twardy ryż i cebulę z solą. Patrząc w czarne, sine od deszczu chmury ruszamy dalej. Pot ponownie zalewa oczy piekąc niesamowicie. Jednak na wysokości 1700 m.n.p.m. zaczyna się burza. Pioruny biją dookoła, deszcz zacina z siłą niespotykaną na Warmii, wicher dmie z niewyobrażalną mocą, ciemności wokół nas zapadają egipskie! Brniemy wciąż wyżej i wyżej starając się rozgrzewać przemarznięte ciała. Roślinność zanika, kilkumetrowe zaspy śniegu to nie to czego spodziewaliśmy się na Bałkanach. Przejmujące zimno nie pozwala się zatrzymać, serpentyny wcinają się w skały coraz stromej aż do jeziora na samym szczycie gdzie rozbijamy namiot. Posępne skały, zimne, lodowate powietrze, strumień chłodniejszy niż norweskie fiordy i brak czegokolwiek do zjedzenia. Zmuszeni do żebrania od Amerykanina przejeżdżającego jeepem dostajemy chleb, ser i kiełbasę. Spożywając podarowany prowiant podziwiamy nocne niebo daleko w oddali, gdzie wiatr przegonił chmury. Czerń, ciemny błękit, czerwień i róż mieszają się ze sobą ustępując miejsca gwiazdą tworząc widok nie do opisania na tych stronicach.

13 lipca 2006 ( Pitesti 950 km )

Zaczęliśmy wcześnie rano. Z potwornym bólem gardła podziwiałem to co zobaczyliśmy w 400-u metrowym tunelu. Podziewałem zupełną ciemność bo zachowując się jak zupełni nowicjusze nie wyjęliśmy latarek! Jazda po omacku zakończyć się mogła połamaniem sobie rąk albo nóg wpadając w którąś z dziur w rumuńskiej drodze przy dużej prędkości. Z ulgą wyjechaliśmy z tej długiej, ciemnej rury i pędem puściliśmy się w dół 20-sto kilometrowym zjazdem. Wodospady, potoki, kapliczki, zielone lasy, spadające kamienie i coraz gorszy stan asfaltu doprowadziły nas do zapory wodnej na Lacul Vidaru, Betonowa konstrukcja o wysokości 166,7m zatrzymuje wody potoku Arges zamieniając je w jezioro o długości 15 kilometrów. Posileni czekoladowymi batonikami, mijając górskie wioseczki o drewnianej zabudowie, gdzie ludzie żyją zgodnie z biegiem pór roku docieramy do Pitesti, gdzie zostajemy zaproszeni na nocleg do domku.

14 lipca 2006 ( Wieś Toporu 1090 km )

Po wyjątkowo dobrze przespanej nocy obieramy azymut na Giurgiu. Mijamy kilka szybów naftowych i w palącym słońcu docieramy do Dragonesti-Vlasca skąd do granicy wiedzie 40 kilometrowy odcinek drogi polnej! Udaje nam się pokonać około 10 km i we wsi Toporu, miejscu, którego nie ma na żadnej mapie znajdujemy nocleg nad stawem pełnym kaczek i gęsi a wokół wałęsają się psy, kozy i inne dziwactwa (nietypowe dla pól campingowych bogatej Europy) rozkoszujące się prawdopodobnie zapachem wszechobecnego rumianku.

15 lipca 2006 ( stadnina koni przed Razgrodem 1195 km )

30 km przejechanych w błocie i kamieniach - docieramy do granicy na Dunaju. Po problemach z pogranicznikiem dostajemy się do Ruse – miasta, gdzie szerokie ulice zapewniają łatwe teleportowanie się z miejsca na miejsce. Ludność tubylcza w poszukiwaniu silników bacznie przygląda się naszym welocypedom. Nocować przychodzi nam w stadninie koni. Mamy okazję karmić te szybkobieżne zwierzaki. Noc jak to było i wczoraj „pod psem”, czyli szczekanie przez cały okres przeznaczony na sen.

 

21 lipca 2006 ( Istambuł 1895 km )

????

Ostatni wpis to już odległe czasy. Wieki wręcz dawno zapomniane. Po Burgas, mieście niesamowicie urokliwym, z wieloma parkami, deptakami i licznymi pubami, gdzie spożywamy kilka kufli piwa owiewani bryzą Morza Czarnego przychodzi czas na inne doznania i opuszczenie Bułgarii. Kraj specjalnie nie zachwycił, widoki mizerne i do tego mój wypadek- przewrót w przód wraz z załadowanym rowerem. Niemal nowa dyscyplina olimpijska. Pozostały miesiąc jadę z mocno skrzywioną kierownicą.

Pierwszą chwile w Turcji to zniszczona przez powódź wieś Derekoy i urokliwe jezioro Kirklareli wciśnięte między białe skały. Kolejny dzień to już nocleg nad Morzem Marmara i przepyszne jedzonko z restauracji za free. Turcja- kraj kwitnącego kebabu to ciągnące się kilometrami wzgórza, pola słoneczników i niesamowity El Ninio prosto w twarz. Atak na Istambuł rozpoczyna się już 100 km od centrum. Budynki, turystyczne miasteczka, plaże i wmordewind towarzyszą nam aż do szczęśliwej nocy 10 metrów od autostrady na parkingu! O poranku po mozolnym poszukiwaniu drogi stajemy u stóp Hagi Sophii. Świątynia z VI wieku robi wrażenie swym ogromem. Wnętrze oszałamia nie przepychem, ale swą wielkością i historią z tym miejscem związaną. Mamy szczęście boso stąpać w Sultanahmet Cami – największym meczecie w tym przepianym, przesiąkniętym mieszanką kultury arabskiej i europejskiej mieście. Poznajemy modlitwę islamską, pokłony ludzi w kierunku Mekki, zakryte twarze kobiet i okrzyki czy też śpiewy wydobywające się z setek minaretów w mieście. Zwiedzamy uliczki, ciasne zaułki, sklepiki ze złotem i dywanami. Podziwiamy Bosfor i tłoczymy się w korku przez kilka kilometrów rozpychając się niczym taksówkarze od których nauczyliśmy się tego brzydkiego zwyczaju. Krzyczymy na kierowców, oni używają klaksonów, stłuczka wisi na włosku. Cali i zdrowi, mocno śmierdzący meldujemy się na przystani promowej i w oczekiwaniu na prom do Bandirmy uzupełniamy nasze pamiętniki. Ludzie jak zwykle patrzą i z podziwem słuchają naszych opowieści. Są mili i pomocni tylko nasze stereotypy przypominają o ostrożności.

25 lipca ( Hios 2174 km )

Minione cztery dni to ciężkie i pełne zmęczenia chwile przerywane optymistycznymi akcentami. Po porannym dotarciu do Bandirmy przez 60 km jedziemy wśród wzgórz niemal pozbawionych zieleni. Wiatr od morza dodaje nam sił i mimo coraz gorszej drogi, znudzeni niezmiennymi widokami, mijając wiele tureckich wsi, gdzie spożywamy tradycyjną herbatkę w małych filiżaneczkach docieramy do rzymskiego kompleksu leczniczego z II w n.e.. Gorące źródło i Rzymskie osiągnięcia budowlane podnoszą nasze morale do tego stopnia, że minąwszy zamek górujący nad Bergamą zatrzymujemy się dopiero nad Morzem Egejskim, gdzie obserwujemy rybaków wracających z połowu i przepiękny zachód słońca. Czerwień i pomarańcz nieba zmieszane z lazurem morza żegnają nas i dopiero minąwszy niesamowicie wielki Izmir mamy okazję zamoczyć stopy w słonawej wodzie. Jak już zdążyliśmy zauważyć ludzie są mili ale zaproszenie do restauracji na rybkę i niepojętą ilości sałatki przekroczyło nasze wyobrażenie o życzliwości. Jednak Allach nie chciał nas wypuścić z Azji. Uraczył nas na zakończenie niemal pustynnym terenem, smagał przeraźliwym wichrem i palił potwornym żarem. Każdy oddech wysuszał i palił niczym ogień. Na zakończenie jak jakieś fatum pękły nam 3 dętki. Mimo tych przeciwności dotarliśmy na grecka wyspę Hios. Oczekując na prom do Pireusu przechadzamy się uliczkami tego atrakcyjnego turystycznie miejsca. Do dziś pokonaliśmy 2174 km…niby dużo ale do domu drugie tyle….jak nie więcej.

28 lipca 2006 ( Lamia 2432 km )

3 dni temu w upalny poranek dotarliśmy do celu naszej wyprawy, stolicy Grecji – Aten. Miasto jak każda metropolia charakteryzuje się niesamowicie dużym natężeniem ruchu, ciasnymi uliczkami i ogłuszającym dźwiękiem klaksonów. Wdrapując się po stopniach prowadzących na Akropol podziwiamy wielki, 17 tysięczny Teatr Dionizosa oraz przepiękną panoramę białego miasta. Na szczycie wzgórza monumentalnie wznosi się poświęcony Atenie Partenon. Harmonia budowli ukończonej w 438 r.p.n.e., gdzie niegdyś stał 11-metrowy posąg Bogini ze złota i kości słoniowej urzeka swym pięknem. Opuściwszy wzgórze kierujemy się na Stadion Rzymski z IV w.p.n.e., gdzie w 1896 r. odbyły się pierwsze igrzyska czasów nowożytnych. Budowla w kształcie litery U, z marmuru o białym odcieniu przenosi nas w okres panatenajskich zawodów lekkoatletycznych. Odwiedzając Muzeum Archeologiczne podziwiamy dzieła sztuki z czasów świetności Grecji. Mykeńskie złoto i posągi żegnają szalonych rowerzystów. Wieczorną porą wyjeżdżamy z zatłoczonych Aten, pełnych palm i turystów ze wszystkich stron świata. Kolejne dwa dni to walka z przeciwnym wiatrem, temperaturą oscylującą wokół 40? C i górami, które na wstępie rujnują całkowicie nasze morale by po 100 km zachwyci nas swym ogromem i wspaniałymi widokami pełnymi zieleni roślin i szarości nagich skał. Kierujemy się w okolice klasztorów Meteory i jeśli pogoda pozwoli dotrzemy tam za dzień lub dwa.

2 sierpnia 2006 ( Ohrid 2891 km )

Odwiedzając mistyczne klasztory Meteory kilka dni temu pożegnaliśmy dobre nastroje w kraju mitów. Ostatnie pozytywne sekundy to wspaniałe budowle na skalnych iglicach dumnie spoglądające na Kalambakę. Mi do gustu przypadł najbardziej najmniejszy, ale z racji niedostępnego położenia (turyści nie są podwożeni pod same wrota autobusem tylko muszą się wspina po schodach) rzadko odwiedzany Agios Triada – klasztor św. Trójcy, gdzie czuć ducha dawnych mnichów, którzy dostawali się tu za pomocą lin a nie jak dziś kolejką linową. Zmęczeni brudem przy drogach, brakiem znaków, nieżyczliwością ludzi i ciągłym gubieniem drogi (przyszło nam jechać przez pola i pchać rowery przez wąwóz) zdobyliśmy ostatnią grecką przełęcz na 1420 m.n.p.m i mijając znak Yugoslavia 2 wjechaliśmy do Macedonii. Kraj na pierwszy rzut oka spokojny lecz troszkę zaniedbany. Obserwujemy życie ludzi z perspektywy deptaku w mieście Bitola gdzie rozstawiliśmy namiot! Ludzie wyglądają na szczęśliwych, ale może to tylko nasza perspektywa daje takie wrażenie. O poranku zdobywamy przełęcz Djewat (1169 m.n.p.m.) oraz Bukowo ( 1190 m.n.p.m.) i o 17 meldujemy się w Ohridzie gdzie rano czeka nas naprawa rowerów u lokalnego mechanika o pseudonimie PRC. A tymczasem jesteśmy atrakcją turystyczną…… jak zwykle.

7 sierpnia 2006 ( gdzieś przed BiH 3382 km )

Dzięki PRC-owi mój bicykl jedzie dalej. Złamana oś została wymieniona, kierownica przewiercona a brakujące szprychy uzupełnione. Opuściwszy Ohrid po kilkunastu kilometrach i kolejnej przełęczy docieramy do Albanii. Jak za dotknięciem różdżki widoki zmieniają się zupełnie. Dominuje brąz i rzadka zieleń górskich zboczy. Pędzimy przepiękną doliną, mijamy setki bunkrów Envera Hodży i na zakończenie dnia trafiamy na muzułmańską ucztę.

     

 

Wyznawcy Allacha ugaszczają nas jak swoją najbliższą rodzinę a z rozmów wynika, że ich największym problemem w życiu stał się Osama przez którego cześć ludzi traktuje ich jak zagrożenie. Następnego dnia wspinamy się ponad Adriatyckie szczyty ciągnące się po horyzont. Przepiękne doliny i upalne słońce prowadzą nas pod Tiranę – prawdopodobnie największy pchli targ w Europie. Każdy czymś handluje, telefony komórkowe, karty telefoniczne, wszystko czego dusza zapragnie prosto z …bagażnika samochodu. Z pomocą miejscowego rowerzysty uciekamy na Szkoder. Kilkadziesiąt kilometrów za Stolicą ponownie trafiamy na ucztę. Tym razem chrześcijanie oferują nocleg i strawę dzięki której mimo trwającej ulewy w szybkim, porannym tempie dojeżdżamy do Czarnogóry. Po tylu przeżyciach nawet asfaltowa ścieżka zwana przejściem granicznym nie robi na nas żadnego wrażenia. Montenegro to istny raj. Wysokie klify, lazurowe morze z wodą tak przejrzystą, że widać jak kolorowe rybki pluskają w jej toni. Wszystko to kontrastuje z wysokimi górami tworząc krajobraz bicykletowej ziemi obiecanej. W takiej scenerii 6 sierpnia docieramy do Chorwackiej Perły Adriatyku – miasta Dubrownik. Ciężko opisać słowami śliskie, wydeptane kamienie na deptakach, port, boską plażę czy budynki z białej cegły. Architektura kojarzy mi się ze scenerią wenecką. Po raz kolejny trafiamy na niesamowity koncert i wraz z muzykami przy płynie chmielowym omawiamy bliżej nieokreślone tematy Dzień dzisiejszy prawdopodobnie przez potworny ból głowy nie zachwycił, ale jakimś cudem udaje się nam znaleźć nocleg w domku i przy pysznym boczku i jajecznicy dyskutujemy nad tym gdzie ruszymy za rok.

9 sierpnia 2006 ( Bania Luka 3682 km )

Wczoraj w godzinach porannych wjechaliśmy do BiH-y. Z minuty na minutę, zagłębiając się w góry doliną Neretwy przywracał się nam nastrój euforii z początku wyprawy. Po odwiedzeniu Mostaru, jadąc wzdłuż lazurowej rzeki oszołomieni pięknym wąwozem, zielenią lasów, białymi skałami z których część spada na drogę mijamy pola minowe i liczne opuszczone, ostrzelane w czasie wojny domostwa. BiH wydaje się wracać do normalności. Wsie wyglądają dużo lepiej niż nasze warmińskie Henrykowa i Mingajny a ludzie gościnni więc nocleg znajdujemy bez problemu. 140 km w nogach może zmęczyć a zupa mleczna po raz setny nie jest rarytasem to i poranek rosą użala się nad naszym losem. Po godzinie docieramy na 1123 m.n.p.m. Wszystkie wsie mijane kilka chwil wcześniej pozostały dużo niżej a ich mieszkańcy dopiero rozpoczynają dzień otwierając szeroko okiennice. Pędem ruszamy w dół, mijamy kolejne miasteczka, opuszczone domy, pędzimy kolejnym wąwozem raz płasko, raz sto metrów nad rzeką Vrbas, gdzie zapory utworzyły przepiękne jeziora. Po 160 km docieramy do Bania Luki i głodni kładziemy się spać.

 

13 sierpnia 2006 ( gdzieś w Austrii 4087 km )

Po opuszczeniu Bośni w Chorwackim Daruvarze ulegam zatruciu i całą noc spędzam atakując biegun i wymiotując na wszystkie możliwe kierunki świata. Z tej przyczyny dnia następnego po przetarciu 25 kilometrów szlaku w hotelowym pokoju doktor Paweł Solecki leczy mnie naparem z śmierdzącej skarpety i tym co polecili w aptece. Chorwacja „kontynentalna” zasadniczo różni się od tej nadmorskiej.

To jakby dwa różne światy, jak Wilanów i Brudno….niby aglomeracja Warszawy ale jednak ma się tam inne odczucia. 12 sierpnia w ulewnym deszczu pokonujemy 130 km. Jeszcze przed Słowenią spożywamy 3 pizze i po kilku godzinach spotyka nas seria nieszczęść. Paweł zaczyna niedomagać mając objawy takie jak ja 2 dni wcześniej. W moim rowerku rozrywa oponę i dętkę. Jest wieczór, leje deszcz a jutro niedziela. Z pomocą przychodzi nam miejscowa rodzina, która daje nocleg w garażu i wiezie do marketu gdzie zakupuję brakujące ogumienie. Rano z nowymi siłami docieramy do Austrii przekraczając granicę w Bad Radkersburgu. Okazuje się, że Słowenia to tylko przedsionek utrzymanych w czystości brukowanych uliczek Austriackich miejscowości. Każdy z domów ma zwykle zielone drewniane „żaluzje”, ściany są różnobarwnie otynkowane. Wszystko w połączeniu z zielenią trawników i kolorami kwiatów tworzy niezwykle przyciągający i urokliwy klimat przedalpejskiej sielanki. Jest niedziela, wokół spacerują ludzie, bardzo dużo osób rekreacyjnie przemierza niezliczone kilometry ścieżek rowerowych. Widać, że żyje się tu dostatnio i szczęśliwie. Korzystając z darmowej, wyśmienitej mapki okolicy wspinamy się na 403 m.n.p.m. do wsi st.Anna, gdzie na wzgórzu stoi kościołek a wokół rozsiane są winnice. Nocleg znajdujemy w bliżej nieokreślonym na mapie miejscu.

14 sierpnia 2006 ( 24 km od Stolicy 4209 km )

Po przeraźliwie zimnej nocy, gdzie musieliśmy się tulić do siebie poranek wita nas chlebkiem razowym z masełkiem i miodkiem czyli tym co Szaleni Rowerzyści lubią najbardziej. Jadąc wciąż „z góry pod górę” zmierzamy na spotkanie z przełęczą Wechselpass położoną 980 m.n.p.m.. Po kilkunasto kilometrowym zjeździe i morderczym tempie przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów znajdujemy nocleg godzinę drogi od centrum miasta.

 

15 sierpnia 2006 ( Znojmo – Czechy 4339 km )

Przyszedł czas na dawkę niesamowitej architektury. Wyniosłe, strzeliste wierze kościołów, zielone parki, Pałac Cesarski, oszałamiające kamienice pozwalając odetchnąć od wspaniałości i cudów natury. Masa turystów pod Stephansdom podziwia lokalnych artystów, pije piwo i odpoczywa w przydeptakowych lokalach. A nam przychodzi do 2 w nocy pędzić za Czeską granicę. Gwieździsta noc towarzyszy nam aż do Znojmo, gdzie mokrzy od potu, klejący, brudni i śmierdzący śpimy na parkingu

16 sierpnia 2006 ( 80 km od Pragi 4476 km )

Kto uważał, że południowe Czechy to teren płaski i łatwy etap w podróży rowerowej ten był w bardzo dużym błędzie. Dwu-trzy kilometrowe zjazdy i takież podjazdy. Praktycznie brak płaskich odcinków, gdzie można odetchnąć. Potworny pot zalewający oczy przy wjazdach i mrożący poranny chłód podczas zjazdów mogą złamać każdego.
Tylko ciekawe widoki, miasteczka z interesującą zabudową, wzgórza wieńczone kościółkami, pałacami i zameczkami dodają nam sił. Namiot rozstawiamy w dość nietypowym miejscu – wewnątrz przystanku autobusowego!

17 lipca 2006 ( kilkadziesiąt kilometrów za Pragą 4616 km )

Po szybkim porannym maratonie zwiedzamy jedno z najpiękniejszych miast Starego Kontynentu. Hradczany Doś mizernie wypadają na tle Mostu Karola, gdzie kapelki, malarze, turyści spoglądają na czarne posągi chroniąc się w ich cieniu. Jeszcze bladziej w porównaniu ze starówka, która swym kunsztem i urokiem zachwyca z każdą chwilą. Pijemy piwo, śpimy na trawniku kontemplujemy ostanie chwile w trasie i ruszamy w na ostatni odcinek naszej podróży.

18 lipca 2006 ( Kudowa Zdrój 4770 km )

Po 47 dniach na rowerze i 4770 km odstawiamy na boczny tor w Kudowie Zdroju nasze marzenia. Już jutro w południe będziemy w domu. Ja z Moniką i Olafkiem czekającym w brzuszku na swoją pierwszą wyprawę a Paweł wraz z narzeczoną. Będziemy z rodziną, ciepłą wodą, jedzeniem uznawanym za wyśmienite w kapciach przed telewizorem będziemy wypoczywać po tych szalenie męczących wakacjach, których nigdy nie zapomnimy. Nasze drogi rozejdą się na jakiś czas, ale wkrótce spotkamy się na trasie następnej wyprawy.

Słowem zakończenia tego etapu życia w podróży, czy to aktywnej czy biernej z nosem wciśniętym między przewodniki a mapy: nie ukrywając wysiłku, wyrzeczeń, 15 zgubionych kilogramów poznaliśmy inną niż Alpejską czy Skandynawską bogatą Europę. Poznaliśmy Europę życzliwą, może nie tak zasobną w środki płatnicze, ale jednak normalną, gościnną, taką jaka powinna by zawsze. A pęd do luksusu dużą jej cześć przeobraził w miejsca ludzi mało życzliwych. Miejmy nadzieję, że nasze domy nigdy takie się nie staną.

Na zakończenie 120 stronicowego pamiętnika:

Przez ostatnie kilka lat byłeś wiernym słuchaczem, powiernikiem myśli, najlepszym kumplem, powrotem do minionych dni, chwilami szczęśliwymi i tymi mniej udanymi. Dziękuję Ci wierny towarzyszu, przyjacielu, kolego.

Sponsorzy

  • www.browarbraniewo.pl
  • Umig Orneta, Umig Braniewo
  • Staldrut
  • Nazali Naft
  • Karbo-Hurt
  • PORKON
  • RADEX, P.Z.Z. Bogusław Ferenc

Do góry

:: Trasa

 

Do góry

MENU
Wiadomości | Sprzęt | Sklep rowerowy | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.