|
Wstęp
"Polak - Węgier dwa bratanki" to przysłowie zna niemal
każdy Polak. Na tym jednak najczęściej kończy się wiedza zarówno
nasza, jak i naszych "bratanków".
Wyprawa rowerowa "Węgry 2005" ma na celu wzajemne poznanie
i przybliżenie kultur naszych krajów, gdyż stan wiedzy zarówno Polaków
o Węgrach, jak i odwrotnie jest niewielki.
W wyprawie tej biorą udział absolwenci Wyższej Szkoły Ekonomiczno
- Informatycznej, będący mieszkańcami Ursynowa - Paweł Dobrzyński
i Michał Pyszyński, mieszkanka Ursusa - absolwentka Wydziału Filologii
Węgierskiej UW, Magdalena Lechowska, autorka książki "Węgrzy
patrzą na swoją historię 1945-2003", oraz Grzegorz Malinowski
z Tych, doskonały mechanik rowerowy. Jesteśmy grupą miłośników jazdy
rowerowej. Łączy nas miłość do rowerów i dalekich podróży. Pedałowanie
przez kilka tysięcy kilometrów w często ekstremalnych warunkach
pozwala nam na pełniejsze poznanie samych siebie.
Przygotowania do tego wyjazdu rozpoczęły się już w sierpniu 2004
r. Zaraz po powrocie z wojażu rowerowego do Austrii. Pomysł podróży
na Węgry wydał się nam nad wyraz ciekawy i wart realizacji. Po skompletowaniu
odpowiednich materiałów potrzebnych do dokładnego poznania kraju
i ludzi rozpoczęły się prace nad konserwacją jednośladów. Taki wyjazd
to poważna i kosztowna sprawa. Wszystko trzeba dokładnie przemyśleć,
sprzęt przejrzeć, naprawić, a jeśli zajdzie potrzeba - kupić nowy.
Na szczęście przeglądu wszystkich śrubek, piast i całego ustrojstwa
dokonują w serwisie rowerowym ELEKTROMET - BIKE SERVICE na Ursynowie
przy ul. Żabińskiego 6, gdzie zawsze spotykamy się z miłą i fachową
obsługą.
Największym problemem okazało się skompletowanie map. Tu mieliśmy
sporo problemów, gdyż dobrych (czytaj: bardzo dokładnych) map jest
jak na lekarstwo. Najczęściej są to mapy samochodowe z zaznaczonymi
głównymi drogami. Dla rowerzystów to za mało. Po kilkumiesięcznym
przeszukiwaniu księgarń, sklepów i aukcji internetowych udało się
trafić na odpowiadające nam mapy. Można by pomyśleć, że teraz nie
pozostało nam już nic innego, jak tylko czekać na piękną pogodę
i ruszać na południe
po przygodę. Otóż nie. Wyjazd jest dość kosztowny i trzeba dobrze
wydać każdą złotówkę. Dobrze, że w "zbijaniu" kosztów
wyjazdu pomogli nam nasi sponsorzy, firma www.crosso.com.pl , wiodący
producent sakw rowerowych w Polsce oraz firma www.cumulus.pl ,z
którą każdy podróżnik powinien mieć kontakt przed wyruszeniem na
szlak.
Obserwacje poczynione podczas wyjazdu posłużą jako materiał do książki
o łączących Polaków i Węgrów podobieństwach oraz dzielących ich
różnicach.
Cel wyprawy
Nasza wyprawa ma na celu poznanie węgierskiej kultury. Węgrzy, mimo,
iż od tysiąca lat mieszkają w Europie, nadal pozostają dla swoich
sąsiadów narodem dość egzotyczny. Bardzo trudny język sprawia, że
Węgry są wciąż dla wielu krajem nieznanym. Ta rowerowa eskapada
ma przybliżyć Polakom węgierską kulturę, którą tworzy mieszanka
kultury zachodnioeuropejskiej, tureckiej oraz słowiańskiej. Chcemy,
by obserwacje poczynione podczas wyjazdu posłużyły jako materiał
do książki o łączących Polaków i Węgrów podobieństwach oraz dzielących
ich różnicach. Ciekawi nas, co o Polsce i Polakach sądzą zwykli
Węgrzy. Co wiedzą o nas, o naszej historii i kulturze. Z czym im
się kojarzy nasz kraj. Czy według nich popularne w obu krajach przysłowie
"Polak - Węgier
" w obecnych czasach jest nadal aktualne.
Po powrocie planujemy zrobić ankietę także wśród Polaków, zadając
im podobne, jak Węgrom pytania. Wyniki tych "badań" chcielibyśmy
opublikować we wcześniej wspomnianej książce.
Trasa
Wierzymy, że podróż ta będzie największą przygodą naszego życia,
a to, co przeżyjemy i zobaczymy zostanie w naszych wspomnieniach
i sercach na zawsze. Wierzymy również, że najbliższa podróż jest
początkiem naszego penetrowania najciekawszych i najpiękniejszych
zakamarków świata. Chcemy przemierzyć setki kilometrów rowerem,
używając jako napędu jedynie siły swoich mięśni i siły swojej woli.
Chcemy poznać stosunek mieszkańców Niziny Węgierskiej do życia,
władzy, natury i obcych, noce spędzać pod namiotem lub pod gołym
niebem, na łonie przyrody, lub u poznanych osób. Pragniemy wyjść
naprzeciw wszystkiemu, co nas spotka z otwartym sercem i podniesionym
czołem.
Poniżej przedstawiamy planow aną
trasę wraz z zaznaczoną alternatywną drogą powrotną, którą wybierzemy
o ile czas nam na to pozwoli.
Granicę słowacko - węgierską zamierzamy przekroczyć w Północnych
Węgrzech - regionie pełnym historycznych zamków i twierdz. W wielu
jego miejscach odkryto gorące źródła lecznicze, które wykorzystano
do utworzenia licznych kąpielisk. Region ten związany jest też przede
wszystkim z winem. Od XIII w. uprawia się tu winną latorośl. W tutejszych
piwnicach dojrzewają najsłynniejsze węgierskie wina: tokaji aszú
oraz egri bikavér. Chcemy konieczne zwiedzić Eger - miasto w XV
w. opanowane przez Turków. Do dziś można tam podziwiać minaret,
najdalej wysunięty punkt kultury muzułmańskiej w Europie.
Następnie swe kroki skierujemy do stolicy kraju, Budapesztu. Zwiedzimy
miasto,
a potem popedałujemy do pierwszej historycznej siedziby węgierskich
władców, Székesfehérváru, gdzie przez 500 lat znajdował się główny
kościół w kraju, w którym koronowano i chowano królów i królowe.
Stamtąd zamierzamy udać się nad Balaton.
W planach mamy objechać dookoła to najdłuższe jezioro Europy.
Niestety czas nie pozwoli nam zwiedzić południowej części Węgier.
Z tego powodu znad Balatonu udamy się na północny - zachód kraju.
Komárom zwane jest "miastem twierdz" - znajdują się tu
trzy niemające sobie podobnych fortyfikacje. Miasto Tata określa
się mianem "miasta wód" - wybija tu ponad 150 źródeł krasowych.
Stąd udamy się
do Esztergomu, gdzie przekroczymy granice przez most Marii Teresy.
Następnie chcemy zwiedzić miejscowość Nitra na Słowacji, a dalej
już prosto na północ do naszego kraju.
Oczywiście proponowana trasa może ulec drobnym zmianom w zależności
od chęci uczestników i warunków atmosferycznych.
Planowany czas przejazdu: około 20 dni.
Patronat honorowy
Pełnomocnik Prezydenta m. st. Warszawy dla Dzielnicy Wawer Pan
Andrzej Bittel.
Sponsorzy
www.crosso.com.pl
- dziękujemy za udzielenia znacznego rabatu przy zakupie sakw do
naszych "bajków". Jeśli potrzebujesz naprawdę dobrych
sakw to na bank powinieneś kupiś je w CROSSO.
www.cumulus.pl
- wielkie dzięki za wyposażenie nas w mapniki i torbę rowerową na
kierownicę. Gdy będziesz potrzebował uzupełnić sprzęt turystyczny
przed wyjazdem to powinieneś uczynić to właśnie w tej firmie.
Dziękujemy
za wyposażenie członków naszej wyprawy w najlepsze pod słońcem smary
firmy BILSTEIN. Polecamy każdemu rowerzyście !!!
ELEKTROMET - BIKE SERVICE na Ursynowie przy ul. Żabińskiego
6 - To wymarzony serwis rowerowy każdego rowerzysty. Dlaczego
? Dlatego, że tutaj jest zawsze fachowo, zawsze tanio i zawsze przesympatyczna
obsługa.
POLECAMY KAŻDEMU ROWERZYŚCIE !!!
Relacja
29.07.2005 (piątek) ostatni dzień w pracy
16.00 wreszcie koniec. Pędzimy do domu. Coraz mocniejszy wiatr
goni ciemne chmury, ale mamy nadzieję, że będzie to tylko przelotny
opad.
17.20 nasze nadzieje okazują się płonne. Wiatr zamienił się w wichurę,
ulewny deszcz niczym mokra kurtyna ogranicza widoczność, grzmoty,
błyskawice, a także wicher sieją spustoszenie w całej Warszawie.
Wszystkie pociągi zostają odwołane. Nasza podróż staje pod znakiem
zapytania. Miasto jest sparaliżowane przez żywioł. Magdzie udaje
się dołączyć do nas, czekających na Dworcu Wschodnim dopiero po
dwóch godzinach jazdy zatłoczonym autobusem.
20.30 Nasza warszawska część ekipy rowerowej wreszcie w komplecie.
(Z Grześkiem mamy się spotkać w sobotę rano w Muszynie). Na opis
kolejnych czterech godzin spędzonych na Dworcu nie warto tracić
czasu. Było to niekończące się pasmo wsłuchiwania się w ledwo słyszalny
bełkot komunikatów o kolejnych podstawianych pociągach.
23.45 no nareszcie!!!!!!!! Nasz pociąg do Krynicy!!!!!!! Pędzimy
z obładowanymi rowerami na wskazany peron w tłumie zdenerwowanych
podróżnych.
00.08 ODJAZD!!! Na spotkanie przygody!!!!
30.07.2005 (sobota)
11.07 Muszyna. Grzesiek już
jest na peronie, pomaga nam wytaszczyć graty z pociągu. Pakujemy
się na nasze jednoślady. Krótka rundka po Muszynie, by przyzwyczaić
się do ciężaru rowerów. W kantorze wymieniamy złotówki na korony.
Potem pyszne śniadanko w uroczej knajpce przy przejeździe kolejowym
i... W DROGĘ!!!
Do granicy tylko 7 km. Pchi, pestka! Coż to dla nas!!! Szybko jednak
dociera do nas okrutna prawda - droga do granicy prowadzi prawie
cały czas pod górę. Zwłaszcza pierwszy podjazd wykańcza nas Warszawiaków.
Ostre słońce bezlitośnie praży. Po półgodzinnej morderczej jeździe
docieramy do przejścia granicznego, gdzie spotykamy liczna grupę
rowerzystów. Jeszcze tylko łyk ożywczej wody i ruszamy dalej na
Koszyce. Z granicy skręcamy w prawo zgodnie z sugestią celnika.
Droga okazuje się przyjemna, z poboczem, ruch niezbyt duży. Ok.
godziny 15 dojeżdżamy do Starej Lubovli i ... już wiemy.... źle
skręciliśmy z granicy. Żeby nie tracić czasu postanawiamy następnego
dnia pociągiem dojechać do miejscowości Puste Pole. Noc spędzamy
na dzikiej plaży. Nawet nie rozbijamy namiotów, śpimy pod gołym
niebem.
31.07.2005 (niedziela)
6.00 pobudka. Ranek słoneczny, powietrze rześkie. Kąpiel w
lodowatej rzece szybko stawia nas na nogi. Na śniadanie jemy lody,
gdyż wszystkie lokale gastronomiczne w mieście są zamknięte.
11.07 wsiadamy do pociągu w kierunku Presova.
ok. 14.00 wysiadamy z pociągu i ruszamy w kierunku Koszyc. Wybieramy
drogę podrzędną, równoległą do autostrady. Droga ciężka z powodu
wiejącego w oczy wiatru. Przed wjazdem do Koszyc ukazuje się nam,
zmęczonym podróżnym piękny długi zjazd(huura), który w po chwili
okazuje się okropnym, wyczerpującym, ciężkim ok. 2-kilometrowym...
podjazdem! Na szczęście od granic miasta do centrum było już z góry.
Po odpoczynku na Starówce w Koszycach przy dźwiękach fontanny i
muzyki poważnej, ruszamy dalej na kemping (ok. 12 km od Koszyc).
Koszt noclegu to 400 Sk za cztery osoby. Wieczorem popsuła się pogoda.
Spadł deszcz.
 
01.08.2005 (poniedziałek)
8.15 pobudka, szybki prysznic, pakowanie i jazda. Pogoda rano
kiepska - chmury i silny, porywisty wiatr. Zapoznanych na kempingu
Węgrów pytamy o drogę na granicę.
10.20 Pierwsze
4 km - koszmar, ciężko - wiatr prosto w oczy i w bok. Potem do samej
granicy SUPER, średnia Prędkość 39km/h. I już jesteśmy na Węgrzech.
Wita nas skwar. Droga fantastyczna. Pod górę 34-36 km/h. Na prostej
46 km/h. Pędzimy na Encs. Tam w "Kurek Panzio" jemy pyszny
obiad, a następnie ruszamy dalej. Tu zaczynają się górki, podjazdy,
ale ogólnie dobrze się jedzie. Tylko nawierzchnia pozostawia wiele
do życzenia - dziury, brak pobocza. Teraz zmierzamy do Tokaju. Wszyscy
są zmęczeni. Do miasta wjeżdżamy o 17.20. Ledwo zipiemy. Oglądamy
dwa kempingi. Wybieramy kemping Tiszavirág (3500 Ft za 4 osoby)
i jedziemy zwiedzać miasto. Kolejny tego dnia obiad ok. 19.00 zjadamy
w "Bonchidai Csárda". Ok. 20.00 zajeżdżamy na opłacony
kemping. Postanawiamy spać pod gołym niebem ( koło nas para Polaków).
Niestety zaczynają nas gryźć komary - koszmar. O 23.45 Grześ postanawia
rozbić namiot. Upał jest nie do wytrzymania. Paweł struty wymiotuje,
Magda rozkłada namiot. Ziemia jest tak sucha, że z trudem daje się
wbić śledzie. W końcu udaje się rozstawić namiot (pełna prowizorka)
Wreszcie możemy się położyć. Duchota i skwar.
02.08.2005 (wtorek)
Pobudka ok. 08.15. Robimy pranie. O 13.55 idziemy nad wodę
trochę się pokąpać na plaży po drugiej stronie drogi (800m od naszego
kempingu). Wstęp 250 Ft. Upał nieprzeciętny. Zostajemy w Tokaju
jeszcze jeden dzień.
03.08.2005 (środa)
Pobudka 6.00
7.30 wyjazd
Trasa : Tokaj-Tarcal- Prügy-Taktanéz-Taktaharkány (w Taktaharkány
krótka przerwa w przydrożnym barze, gdzie bardzo miły Pan wskazuje
nam drogę do najbliższej apteki)- Tiszalúc- pociągiem do Miszkolca
i do Mezőkövesd stąd na Eger przez Nova i Ostoros. Eger wita nas
deszczem. Leje coraz bardziej. Stajemy na obiad. Jest 17.00 Bardzo
smaczne jedzenie. Przemiła obsługa. Pani dokładnie wytłumaczyła
nam jak dostać się na kemping - jest on przy wjeździe do Szépasszony
Völgy . Camping tragiczny 1200Ft od osoby, podłoże tak twarde i
kamieniste, że nie ma jak wbić śledzia. Jeśli masz śledzie ze stali
hartowanej i 5kg młotek - POLECAMY. Pojechaliśmy jeszcze do Tesco
na drugim końcu miasta. Przestało padać. Później okazało się, że
tylko na chwilę. Zdążyliśmy się rozbić i POMPA. Lunęło !
04.06.2005 (czwartek)
Pobudka o 2 w nocy. Namiot się złożył. Rozbieram się do majtek.
Zakładam kurtkę przeciw deszczową. Wyłażę na ulewę. Próbuję wbić
śledzia. Zapieram się i
Uff wreszcie wbiłam po sam koniec i
cholera
wylazły z drugiej strony namiotu. W końcu akcja zakończona sukcesem.
Jestem wykończona, ubłocona wściekła. Camping tragiczny. Z niespokojnego
snu budzi nas deszcz o 6 rano. Powoli wyłazimy z namiotów. Korzystając,
że deszcz lekko zelżał zwijamy manele. Wciąż leje. Jedziemy w miasto.
Pawłowi spadł łańcuch, a zaraz potem złapał gumę. J edziemy
do serwisu (jakie to szczęście, że znam język) 800Ft i załatwione.
Według prognoz taka beznadziejna pogoda ma się utrzymać przez najbliższe
dwa dni.Jedziemy na stację kolejową. Jest 12.30. O 16.17 mamy pociąg
do Budapesztu. Bilet 1534 Ft od osoby + 398 Ft za rower . Do Budapesztu
przyjechaliśmy o 18.30. Na dworcu Keleti jest świetna informacja
turystyczna. Tam dowiadujemy się, że kempingi są tu nieopłacalne
- bardzo drogie 2os+namiot 4600Ft. A w akademiku 2 - osobowy pokój
z umywalką 5000Ft. Leje strasznie. Jedziemy na kwaterę. Docieramy
ok. 19.45. Super - ciepło i sucho.
05.08.2005 (piątek)
7.00 pobudka - leje jak z cebra.
Buty prawie zgniły. O 10.00 meldujemy w recepcji, że zostajemy na
kolejny dzień. Idziemy zwiedzać miasto. Wciąż pada lub mży. Cały
dzień spędzamy na zwiedzaniu Budapesztu. (Hősök tere, Parlament,
Bazylika, na Stare Miasto wjeżdżamy Sikló, obiad w Szt. Jupát przy
Pl. Moskiewskim, Moszkva tér ).Do akademika docieramy wykończeni
o 19.40
06.08.2005 (sobota)
1374 km na liczniku
Pobudka 7.10. Za oknem wreszcie upragnione słońce.
9.30 ruszamy 7-demką w kierunku Székesfehérvár
11.15 1407 km na liczniku w Mártonvásár chłopaki jedzą śniadanie.
13.40 Székesfehérvár 14 37,6km,
do miasta fatalny podjazd ok. 1 km
20.30 Balatonakarattya Camping 1483,3 (109,3km) u miśka 114,72km
07.08.2005 (niedziela)
leje całą noc, dzień pochmurny, wieczorem znowu deszcz
08.08.2005 (poniedziałek)
Pobudka o 8.00 Pakowanie. Zimno, słonecznie, ale BARDZO WIETRZNIE
Mamy 1499,7km, kiedy docieramy do Zamárdi
Nocujemy na prywatnym, nieoficjalnym campingu przy Sas utca. Koszt
noclegu 1000 Ft od osoby, podczas gdy normalna cena to 3500FT.
09.08.2005 (wtorek)
1540,3 km
13.20 płyniemy promem na pół wysep
Tihany, gdzie na wzgórzu stoi klasztor Benedyktynów. Pierwotnie
budowlę wzniesiono w XI wieku na prośbę króla Endre I, którego prochy
spoczywają w przyklasztornym kościele. Klasztor słynie też z tego,
iż w napisanym po łacinie akcie założenia opactwa, przechowywanym
w Pannonhalma, pojawiają się pierwsze węgierskie słowa.
W Tihany spędzamy cały dzień. Odpoczywamy. Noc spędzamy na łące-parku
nad jeziorkiem u podnóża wzgórza.
10.08.2005 (środa)
Pobudka 5.45 zimno, wilgotno 1552,7 km wyruszamy o 6.30
Rozdzielamy się. Ja z Pawłem o 7.45 jedziemy na Veszprém. Po długiej
jeżdzie pod górę ok. 10.30 jesteśmy na miejscu.
Ok. 11 ruszamy dalej pod górę. Cały czas. Droga beznadziejna - wąska,
kręta, pod górę, bez pobocza. Dużo tirów.
Ok. 11.30 Paweł powiedział, "ale fajnie byłoby wsiąść w pociąg".
Zza zakrętu wyłoniły się tory kolejowe, a zaraz potem naszym oczom
ukazała się stacyjka. Skręciliśmy na st ację
i w tym momencie podjechał pociąg! CUD. Pociąg do Győr poczekał
na nas. O 13.04 jesteśmy w Győr, o 13.51 mamy przesiadkę do Komárom.
Pociąg się lekko opóźnił, ale mimo to w Komárom jesteśmy ok. 14.30
Granicę przeraczamy ok. godziny 15. Wyraźnie daje się odczuć nagły
spadek cen żywności. Słowacja jest znacznie tańsza od swoich węgierskich
sąsiadów.
Miło spędzamy czas na urokliwej starówce. Wieczorem robimy zakupy
i przy tej okazji chcielibyśmy polecić wszystkim turystom sklep
spożywczy z bardzo miłą obsługą. Urocze panie sprzedawczynie zostały
dłużej, żebyśmy mogli sobie spokojnie zrobić zakupy (Sklepy na Słowacji
są czynne do 18.00 !!!) Sklep to Coop Jednota przy Placu Kossutha
(Námestie Kossutha, Kossuth tér). W informacji turystycznej Paweł
zostawia najnowszą, dokładną mapę Słowacji i od tej pory jesteśmy
skazani na mniej dokładną, starą mapę. Rezygnujemy z drogiego kempingu
(456 SK + namiot) i ok. 18.00 (1601,4 km) rozbijamy się nad rzeką
za miastem w pobliżu parkingu dla tirów. O 19.10 rozpoczyna się
walka żywiołów - ulewny deszcz, wicher i pioruny. Spięte rowery
spędziły noc z nami w namiocie.
11.08.2005
(czwartek) 1603,3 km
Pobudka o 6.00 . Ranek powitał nas chłodem. Słońce nieśmiało
wychylało się zza chmur. W tych słabych promieniach staraliśmy się
wysuszyć namiot. Zjedliśmy śniadanie i o 8.10 wyruszyliśmy w dalszą
drogę.
13.20 Komjatice (1662,3 km) przy wjeździe jest bardzo kiepska restauracja
z kofolą, piwem i hamburgerem z kota.
15.00 camping w Polnym Kesovie. Kemping godny polecenia. Za dwie
osoby zapłaciliśmy 300 SK. Warunki sanitarne bardzo dobre, oprócz
tego kemping znajduje się na terenie basenów termalnych, z których
można korzystać w cenie kempingu. Tego dnia zrobiliśmy 75 km (1674,2
km), a należy podkreślić, że był to chyba najmniej przyjemny odcinek
w czasie całej naszej podróży. Upiorny wiatr wiejący w twarz towarzyszył
nam na całej trasie do Polnego Kesova. Średnia prędkość nie przekraczała
tego dnia 17 km/h
12.08.2005 (piątek) 1674,2 km
Wstajemy ok. 7, ale sporo czasu zajmuje nam wysuszenie namiotu
z porannej rosy
10.00 ruszamy w kierunku Nitry
Droga do Nitry i przez m iasto
ciężka. Hamulce Magdy szwankują. Szybka naprawa i wjeżdżamy na Starówkę,
gdzie jemy obiad. Po posiłku wyjeżdżamy z miasta na Partizanske.Tu
skręcamy w równoległą do głównej, drogę mniej uczęszczaną.
Wiatr silny, ale miejscami droga osłonięta drzewami. Daje się jechać.
Za Partyizanske skręcamy na camping. Po kocich łbach, potem pod
górę. Camping nieoznaczony przeoczony przez PAWŁA. Jedziemy pod
górę, gdzie okazuje się, że trzeba jechać w dół L
ZIMNO.GÓRY. Dojechaliśmy ok. 19.00. Ma odbyć się dyskoteka. Skandal.
Miejsce piękne. Kemping darmowy. Dobre i to.
13.08.2005 (sobota)
8.33 pobudka. Suszymy namiot.
10.30 najedzeni wyruszamy w kierunku Partizanske na pociąg. O 13.20
mamy mieć Vlak 17.35 po trzech przesiadkach jesteśmy na miejscu.
W zachodzącym słońcu wita nas urocze miasteczko Kralowane. Stąd
piękną, wijącą się wśród górskich szczytów jedziemy na kemping 4
km od Dolnego Kubina.
19.00 kemping
14.08.2005 (1789,5 km) (niedziela)
6.05 wstajemy, pakujemy się i ruszamy w drogę. Jest godzina
6.45 i 3oC na dworze. Ręce zamarzają w czasie jazdy. Jesteśmy głodni
i spragnieni. Wszystko pozamykane. Jest niedziela. Nie mamy wyjścia
ruszamy dalej w kierunku Suchej Hory. Po kilkunastu minutach jazdy
trafiamy na przydrożną restaurację. Tam jemy pyszny kapuśniak z
kiełbaską. Rozgrzani i najedzeni ruszamy gnani potrzebą, by jak
najszybciej dotrzeć do Polski.
 
 
Ok. 13.00 jesteśmy w RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ J
Polecamy wszystkim czytelnikom wyjazdy ROWEROWE. Z pewnością dostarczą
wam one niezapomnianych przeżyć i wrażeń, które pozostaną w Waszych
wspomnieniach na długie lata.
Pozdrawiamy
Paweł, Magda, Grzesiek i Michał
Do zobaczenia na trasie J
Do góry
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|