|
:: Relacja

Wyprawa "Rowerem do Mediolanu - ALPY 2005" nie doszła do skutku
w 2005 roku z powodu braku wystarczającego czasu. W pewnym sensie
sami jesteśmy sobie winni, jednak wyprawa byla bardzo wcześnie zaplanowana,
a niektórych terminów nie sposób było przenieść tak, by nasza ekspedycja
mogla być zrealizowana. Dlatego postanowiliśmy nieco zmodyfikować
nasze plany i zamiast do Mediolanu postanowiliśmy pojechać do dwóch
innych, pieknych miast europy. Więcej informacji o nas oraz o naszych
podróżach znajdziecie na www.strefawypraw.com
Relacja z wyprawy Wiedeń - Budapeszt 2005!
W końcu nadszedł ten dzień. Piątkowy, słoneczny poranek.
Sakwy zapakowane po brzegi i zamontowane już na rowerze.
Jeszcze tylko zapakować kanapki, nalać wody do bidonu, sprawdzić
czy się niczego nie zapomniało, no i w drogę! Wyprawa, do
której przygotowywaliśmy się prawie rok w końcu się rozpoczęła.
|

|
Na początek Czechy
 |
|
Wschód czy zachód?
|
Wyruszyliśmy z domu kilka minut po 9. Szybko dotarliśmy
do granicy z Czechami i w miejscowości Frydek - Mystek, gdzie udało
nam się odnaleźć niedrogi kamping. Pierwszy problem pojawił się
przy rozbijaniu namiotu... Problem był niebanalny, bo po rozłożeniu
nadawał się on raczej na śmietnik, a nie do spania. Jak to się stało?
Otóż przed wyjazdem nikt z nas nie sprawdził w jakim stanie jest
nasz mobilny domek, a jak się okazało był on w stanie... rozkładu.
Tak to jest jak się zwija mokry namiot, a potem zapomina się go
dobrze wysuszyć... Jakoś przeżyliśmy tą pierwszą noc i rano zaczęliśmy
myśleć jak doprowadzić namiot do stanu używalności. Choć od myślenia
głowa nie boli, to jednak czas ucieka. Musieliśmy szybko podjąć
męską decyzję: kupujemy nowy namiot! Od poznanych na kempingu Czechów
dowiedzieliśmy się, że w centrum miasta jest TESCO i że tam kupimy
sobie nowy "stan" (tak Czesi mówią na namiot:). Zebraliśmy się szybko,
kupiliśmy co trzeba i pojechaliśmy dzielnie dalej.
Pogoda nam jak na razie dopisywała, gorzej było
jeżeli chodzi o ukształtowanie terenu. Jadąc przez północno - wschodnie
Czechy musieliśmy co chwilę pokonywać różne podjazdy, które skończyły
się dopiero trzeciego dnia kiedy to wjechaliśmy w dolinę Morawy.
Wtedy jechało się już naprawdę dobrze i pierwszą niedzielę naszej
wyprawy możemy zaliczyć do bardzo udanych. W niewielkiej, czeskiej
miejscowości uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, podczas której trochę
obawialiśmy się o nasz dobytek, ponieważ rowery byliśmy zmuszeni
zostawić bez opieki na placu kościelnym. Całe szczęście wszystko
było na swoim miejscu i już chcieliśmy ruszać dalej, kiedy to podszedł
do nas bardzo miły pan i... zaprosił nas na niedzielny obiad. Chociaż
pokusa była ogromna to jednak postanowiliśmy nie skorzystać z zaproszenia,
gdyż chcieliśmy odrobić trochę kilometrów. No i odrobiliśmy... Tego
dnia nasze liczniki wskazywały prawie 140 przejechanych kilometrów.
Kiedy wieczorem dotarliśmy do granicy Czesko - Austriackiej, postanowiliśmy
rozbić się na jakimś polu. Po chwili odwiedził nas właściciel owego
gruntu i poinformował, że to jest teren prywatny i że możemy tu
przenocować pod warunkiem, "że rano nie zostawimy ani jednego papierka:)"
Oczywiście przystaliśmy na taki układ i położyliśmy się spać.
Kłopoty w Wiedniu
Niestety,
rano obudził nas deszcz:( Całe niebo było bardzo zachmurzone i raczej
nie było szans, aby to szybko się skończyło. Zebraliśmy się prędko,
przekroczyliśmy granicę i pojechaliśmy dalej, moknąc na każdym kolejnym
kilometrze. Jednak ani przez chwilę nie załamywaliśmy się ponieważ
tego dnia mieliśmy już dotrzeć do Wiednia. W końcu mokrzy, ale bardzo
usatysfakcjonowani przejechaliśmy obok tabliczki z napisem "Wien".
Niestety, nie było nam dane rozkoszować się pięknem tego miasta.
Cały czas padało, więc szybko zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca
na nocleg. Trafiliśmy na baaardzo drogi kamping na którym byliśmy
zmuszeni zapłacić ponad 80 złotych za jedną noc:(. Ten kemping okazał
się dla mnie bardzo pechowy, ponieważ na odcinku recepcja - miejsce
na namiot skrzywiłem całą tylną felgę tak, że dalsza jazda była
niemożliwa. Wtorkowy poranek rozpoczęliśmy od heroicznej walki z
moja skrzywioną felgą. Oczywiście można było kupić nową, ale ceny
w centrum Wiednia są, delikatnie mówiąc, bardzo wysokie i nie mogliśmy
sobie pozwolić na taki wydatek. Tak więc w ulewnym deszczu robiliśmy
wszystko, aby moje tylne koło chciało się kręcić. W końcu jakoś
się udało, co prawda byłem pozbawiony tylnego hamulca, ale jakoś
dałem rade jechać dalej.
Prosto do Budapesztu
 |
|
To moj błotnik po stłuczce
|
Z Wiednia do samej Bratysławy jechało się piękną
drogą rowerową położoną na Dunajem - Donauradweg, którą wszystkim
cyklistą możemy polecić. Żadnego ruchu samochodów, świetna nawierzchnia
i bardzo dobre oznaczenia. Droga do stolicy Słowacji minęła bardzo
szybko. Z tą szybkością to chyba trochę przesadziliśmy, ponieważ
już w Bratysławie mieliśmy małą stłuczkę: Paweł przyhamował przed
dziurą, a ja uderzyłem do niego, był to efekt jazdy bez tylnego
hamulca. Całe szczęście większych strat nikt z nas nie odniósł,
a Paweł przy okazji dowiedział się że jego błotnik jest składany:).
Podczas przejazdu przez Bratysławę towarzyszył nam pewien bardzo
miły Słowak, który pokazał jak dojechać do drogi rowerowej prowadzącej
w stronę Budapesztu. Po drodze spotkaliśmy jeszcze grupę Polaków,
którzy także zmierzali do stolicy Madziarów. Razem z nimi przekroczyliśmy
granicę Słowacko - Węgierską, ale jeszcze tego samego dani nasze
drogi się rozeszły, ponieważ ich wyprawa miała charakter bardziej
rekreacyjny i już około godziny 18 zaczęli się oni rozbijać na kempingu:).
My postanowiliśmy przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów i potem
poszukać miejsca na nocleg. O ile z przejechaniem tych dodatkowych
kilometrów nie było problemu to jednak gorzej było ze znalezieniem
miejsca na nocleg. Dopiero około godziny 22, kiedy to było już bardzo
ciemno postanowiliśmy się rozbić na przydrożnym polu. Nie było to
zbyt atrakcyjne miejsce na nocleg. Niektórzy kierowcy na nas trąbili,
Paweł twierdził, że nas pozdrawiają w ten sposób, ale ja bym nieco
inaczej to zinterpretował...
|
|
Bratysława ujrzała na moment słońce.
|
Rano wstaliśmy bardzo wcześnie i ruszyliśmy na
podbój Węgier. Użycie słowa podbój jest tutaj bardzo uzasadnione.
W pewnym momencie musieliśmy całkowicie zboczyć z drogi (był zakaz
ruchu rowerów). Droga na którą zjechaliśmy najpierw była asfaltowa,
później gruntowa i tak stopniowo zamieniała się w nieprzejezdną,
leśną ścieżkę. Heh, no właśnie, nieprzejezdna. Zeszliśmy z rowerów
i chcieliśmy je jakoś przeprowadzić przez tą dżunglę. Było naprawdę
ciężko, tym bardziej, że mi zeszło całe powietrze z tylnego koła,
a dętka została wciągnięta przez kasetę - wydaję się niemożliwe,
ale tak się stało! Jednak po pół godzinnym marszu, z rowerami "na
plecach" i walce z komarami, których były miliony, udało się nam
szczęśliwie dotrzeć z powrotem do szosy. Zreperowaliśmy awarię i
pojechaliśmy dalej. Jeszcze tego samego dnia w końcu przestało padać
i około godziny 18, po raz pierwszy od 3 dni mogliśmy oglądać błękit
nieba, na którym pojawiła się przepiękna tęcza:)
 
 |
|
Droga rowerowa
|
Tym razem postanowiliśmy, że rozbijemy się na niedrogim kampingu
w Tati, gdzie spotkaliśmy bardzo przyjaznego autostopowicza z Polski,
który zaopatrzył nas w zapasy ryżu i pyszny dżemek:). Przy okazji
zjedliśmy pyszną kolację na którą kuchmistrz Paweł przygotował wspaniała
jajecznicę :D. Następnego dnia mieliśmy już dotrzeć do Budapesztu.
Droga choć prowadziła przez górki to jednak szybko nam mijała. W
Budakeszi - małym miasteczku przed stolicą, trafiliśmy na bardzo
fajny sklep rowerowy i jeszcze fajniejszych pracowników tegoż sklepu.
Za niecałe 8 euro wymienili mi felgę, oponę (która też już była
na skraju wyczerpania), oraz dętkę. Dodatkowo nasmarowali nam rowery
i wszystko wyregulowali tak, że rower działał jak nowy:). Byliśmy
im bardzo wdzięczni i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Po gruntownym
przeglądzie rowerów przejechaliśmy jeszcze kilkanaście kilometrów
i zatrzymaliśmy się już w Budapeszcie.
Kierunek - Orzesze
Budapeszt przywitał nas już piękną słoneczną pogodą.
Nie zastanawiając się długo rozbiliśmy się na kampingu i ruszyliśmy
na podbój miasta:). Raczej nie będę opisywał jak piękna jest stolica
Węgier, bo to po prostu trzeba zobaczyć, powiem tylko tyle, że naprawdę
warto! Długo jeździliśmy po mieście i troszkę zaszaleliśmy:) Najpierw
zjedliśmy przepyszne naleśniki w jakieś restauracji, a do tego zamówiliśmy
jeszcze lody i wypiliśmy sobie po węgierskim piwku:). Kiedy już
wracaliśmy na kemping Paweł kupił jeszcze winko na wieczór:) Spać
poszliśmy dopiero po północy.
 |
|
Widoki są tu niepowtarzalne dopiero w nocy.
|
Następnego dnia mieliśmy zamiar opuścić miasto
i wjechać już na teren Słowacji. Sam wyjazd z miasta okazał się
zadaniem godnym najlepszego nawigatora:). Ponieważ nie mieliśmy
dość dobrej mapy to od momentu wyjechania z kampingu, do dotarcia
na właściwą drogę minęły jakieś 4 godziny:(. Nigdy jeszcze tak długo
nie wyjeżdżałem z miasta... Ale w końcu udało się nam wyrwać ze
stolicy i popędziliśmy dalej. Użycie słowa "popędziliśmy" nie jest
wcale przypadkowe. Od Budapesztu do naszej rodzinnej miejscowości
było ponad 400 km, a my pokonaliśmy ten dystans w 3 dni! Przy okazji
pobiliśmy własny rekord przejechanych kilometrów w jednym dniu i
w niedzielny wieczór, kiedy to mijaliśmy tabliczkę z napisem Orzesze,
mój licznik wskazywał dokładnie 206 km! Trzeba jednak przyznać,
że w drodze powrotnej szczęście nam sprzyjało. Pogoda była idealna,
żadnych awarii, a po słowackich drogach jechało się wspaniale.
 |
|
Orszaghaz czyli po Polsku parlament. .
|
Podsumowanie
To, co jeszcze kilka tygodni temu było tylko w
planach, teraz stało się faktem. 4 państwa, 3 stolice, 1100 kilometrów,
to wszystko w 10 dni na rowerze! Jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni,
ponieważ wykonaliśmy nasz plan w 100%! Jechaliśmy nie przejmując
się pogodą, pokonując kolejne wzniesienia i sprawnie radząc sobie
z różnymi awariami. Teraz bardzo mile wspominamy naszą wyprawę i
już myślimy o następnej.
 
:: Prolog

DLACZEGO W ALPY?
Po wyprawie w Tatry stwierdziliśmy, że takie wrażenia to dla nas
jednak za mało, więc po raz pierwszy wpisałem w wyszukiwarce hasło
"rower". I właściwe tak się zaczęło. Odwiedziłem wiele stron o wyprawach
rowerowych, również portalów rowerowych i stwierdziłem, że bardzo
popularne są wyjazdy w najwyższe góry Europy. Wiele dyskutowaliśmy
na ten temat i doszliśmy razem do wniosku, że jedynymi przeszkodami
do zrealizowania naszego planu może być rekrutacja na studia w roku
2005. Ale mam nadzieje, że Ambra dobrze napisze maturę i nie będzie
problemów z terminami wyprawy. Drugą przeszkodą może być brak funduszy.
Taka wyprawa będzie nas dużo kosztować, a zwłaszcza sprzęt, bez
którego możemy się nawet nie ruszać. Oprócz wielu części do wymiany
w naszych rowerach, potrzebne nam będą także skawy, namiot, części
zapasowe, narzędzia, odzież kolarska i wiele, wiele innych. W związku
z tym poszukujemy sponsorów, którzy mogliby nas
wspomóc.
W zamian możemy zaoferować:
- utworzenie strony internetowej firmie, która zechce nas wesprzeć
- zamieszczenie w widocznym miejscu banerów, buttonów, linków sponsora
na naszej stronie
- obszerną relację, wraz z fotografiami z aparatu cyfrowego, w czasie
naszej podróży (poprzez e-mail), oraz po jej zakończeniu, która
może być wykorzystane do celów reklamowych
- promowanie sponsora poprzez patrona medialnego (np.: umieszczenie
logo firmy na stronie patrona)
:: O nas

 |
Paweł Szopa (wzrost:
202 cm, waga: 83 kg), ur. 17.03.1987, mieszkam w Orzeszu. Obecnie
jestem uczniem II klasy Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego
w Katowicach. Moją pasją jest jazda na rowerze. Uwielbiam pokonywać
długie dystanse, w jak najkrótszym czasie. Najbardziej nie lubię
długich i mało stromych podjazdów. Kiedy tylko znajduję wolny
czas, wsiadam na rower i wraz z Ambrą jeżdżę śląskimi drogami.
Świetnie planuję trasy wycieczek. Mam zamiar zorganizować kilka
poważnych wypraw rowerowych. Jeżdżę na rowerze typu cross (Author
Classic 2002).
Interesuję się informatyką, a dokładniej programowaniem, grafiką
komputerową i sieciami komputerowymi. Od 4 lat, tworzę również
strony internetowe. Zrobiłem ich już kilkanaście, z czego kilka
na bieżąco aktualizuje. Na maturze będę zdawał matematykę, oraz
informatykę.
Poza kolarstwem, uwielbiam grać w siatkówkę, piłkę nożną, koszykówkę,
oraz w tenisa. Lubię także wspinaczkę górską i jazdę na nartach.
Lubię czasami zagrać na komputerze np w Call of Duty lub Need
For Speed. |
 |
Marcin Ambrochowicz (wzrost: 180 cm, waga: 82
kg), ur. 24.03.1986. Jestem uczniem
klasy III liceum ogólnokształcącego w Orzeszu. Jeśli chodzi
o naukę to najbardziej interesuje mnie informatyka i w tym kierunku
zamierzam się dalej kształcić. Potrafię tworzyć strony www, administrować
niewielkimi sieciami (jestem nawet adminem serwera Bohr). Znam
także podstawy obsługi Linuxa, oraz programowania w C++.
Poza tym, jestem urodzonym sportowcem. Od 7 lat kibicuję drużynie
Interu Mediolan. Sam uwielbiam grać w piłkę nożną i siatkówkę. Natomiast
prawdziwą moją pasją jest jazda na rowerze. Nie ma dla mnie
nic przyjemniejszego niż pokonywanie kolejnych kilometrów na
dwóch kółkach. Choć często to wymaga ode mnie wiele wysiłku,
to jednak zawsze uparcie dążę do celu, który sobie wyznaczyłem i
jestem w pełni usatysfakcjonowany, gdy go osiągnę. Uważam się
za dobrego organizatora. Kiedy już coś zacznę robić, bardzo
dokładnie to planuję, tak aby wszystko było zapięte na ostatni
guzik. Nie oznacza to wcale, iż boję się improwizować,
wręcz przeciwnie, kiedy już coś pójdzie nie tak, to potrafię
zachować zimną krew i znaleźć logiczne wyjście z sytuacji.
W wolnych chwilach, lubię także pograć na
komputerze. Jestem wielkim fanem serii FIFA z EASPORTS, oraz
FPSa Call of Duty. |
::
Cel wyprawy
- doświadczenie wspaniałej przygody
- przejechanie kilku tysięcy kilometrów na rowerze w czasie miesiąca
- sprawdzenie się w trudnych warunkach
- odwiedzenie siedmiu krajów Europy
- dojechanie do Mediolanu na stadion San Siro Giuseppe Meazza (jeden
z najnowocześniejszych stadionów w Europie)
- poznanie nieznanych nam miejsc w Europie
- przejechanie przez najwyższe przełęcze w Alpach
- spędzenie miesiąc poza domem za jak najmniejszą kasę
- spotkanie wielu ciekawych ludzi, oraz zapozanie się z ich kulturą
:: Założenia Wyprawy

- dziennie planujemy przejechać około 100 km
niezależnie od pogody (chyba że bedzie gradobicie :)
- długość trasy to ponad 3000 km
- ilość dni poza domem - około 40 w tym kilka dni na zwiedzanie
- zakładamy spać tylko pod namiotem, głównie rozbijając namiot "u
gospodarzy"
- zdobycie najwyższej drogowej przełęczy Włoch (oraz 3 pod względem
wysokości w Alpach) - Passo dello Stelvio (2758 mnpm), oraz Austrii
- Hochtor (2504 mnpm)
:: Trasa

Tak miała wyglądać nasza trasa.. Niestety
nie zrealizowaliśmy jej...

Zapraszamy do naszej strefy wypraw - www.strefawypraw.com
Do góry
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|