Nordkapp 2004  

Na skróty : Sprzęt | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie | Instrukcje | Humor | Gry | Programy | Giełda | Trasy | Więcej »

:: Etap 4 Tromso - Nordkapp 26.07.04-30.07.04

Po powrocie śpię na lotnisku kilka godzin i około 17.30 ruszam w drogę. 25 km za Tromso w Fagernes skręcam w drogę nr 91. Przejeżdżam piękną doliną przesiąkniętą zapachem roślinności. Po obu stronach mam pasma górskie pokryte śniegiem. Po 60 km zatrzymuję się na nocleg nad Kiosenfiordem w małym lasku brzozowym. Rano podziwiając fiord Lyngen przejeżdżam przez rybackie osady.Za plecami mam bardzo ciemne chmury. Po kilkunasto kilometrowej ucieczce przegrywam ten szalony wyścig. Chronię się na przystanku autobusowym gdzie około 19.30 urządzam sobie piknik w stylu podróżniczym czyli banany , nektarynki , chleb z dżemem malinowym i mleko. Po odczekaniu godzinki ruszam dalej. Na 90 kilometrze w miejscowości Sandbukta rozpoczyna się największy na tym odcinku ( a trochę ich było) podjazd. 10 km brnę pod górę , las brzozy karłowatej , spowite mgłą jezioro i punkt widokowy nad zatoką Kvaenagen położony 402 mnpm. Wysepki zatopione w czerwieni promieni słonecznych , prawdziwy namiot samów u dołu obłożony mchem i kamieniami , oraz widok wioski Sorstraumen u dołu. Szybki niesamowity 7 kilometrowy zjazd bez pedałowania i jestem. Nocleg znajduje kilka minut po 23-ej ale zanim rozbiję obóz komary dopadają mnie w takiej ilości ,że jakakolwiek obrona nie ma sensu. Szybko wskakuję do środka i zasypiam. Jednak po kilku minutach budzi mnie ulewny deszcz. Pada tak mocno ,że zaczynam obawiać się o swój dobytek. Jakimś cudem udaje mi się zasnąć lecz noc jest bardzo niespokojna. Kilkakrotnie oblewa mnie zimny pot a głowa boli niesamowicie. Wycieram mokre ciało ręcznikiem , który po kilku chwilach nadaje się do wykręcenia. O poranku budzą mnie promienie słoneczne zmieniające mój wigwam w saunę. Słyszę dzwoneczki , wyglądam żeby zobaczyć owieczki ale ku mojemu zdziwieniu obok namiotu biegnie stado reniferów! Wyruszam około południa. Na drodze spotykam bardzo sympatycznego renifera , który zamiast pobocza wybrał jezdnie asfaltową i całkowicie tamuje ruch drepcząc powoli po jednym z pasów. Obserwuję tą jakże zabawną sytuacje jadąc kilka metrów za owym zwierzakiem. Jednak dziś czeka mnie długa droga wiec oglądanie reniferowego zadka zostawiam na inny termin. Przyśpieszam i teraz to reni może podziwiać mój zadek. Jadąc wzdłuż Langfjordu przez najmniej zaludniony rejon Norwegii zwany Finmarkiem , który swym pięknem nie pozwala oderwać oczu od dziewiczego krajobrazu docieram do Alty gdzie przed 21 znajduję nocleg w naczepie kempingowej przemiłego małżeństwa z którymi następnego dnia spożywam wspaniałe śniadanie po którym wyruszam w kierunku przełęczy Sarves położonej 250 mnpm . Po jej minięciu dla każdego rowerzysty rozpoczyna się czas błogiego przemierzania płaskowyżu. Zieleń traw , przestrzeń , cisza , krajobraz jakże odmienny niż terenów górzystych w środkowej Norwegii. Droga ciągnie się tak kilometrami aż do przełęczy Sonnalandt położonej na 385 mnpm skąd zjeżdżam do Skavdi. Po chwili znów wspinaczka na 238 mnpm na przełęcz Hunter i już do samego Olderfiordu w dół. Wieczór jest przepiękny , niebo miejscami ma kolor pomarańczy ( chyba z głodu mam takie skojarzenia) a w oddali widać Zatokę Porsangen. Po kilku minutach spożywam kolację zakrapianą czerwonym winem w towarzystwie operatorki pługu śnieżnego i pani inżynier w jednej osobie. Rozmowa przeciąga się do późnych godzin porannych. Wreszcie mocno rozgrzany płynem ląduje w namiocie bogatszy o 300 koron które dostałem w prezencie. Zasypiam w bliżej nie określonym momencie.

Do Nordkapp zostało tylko 135 km. Jadąc z wiatrem wzdłuż Zatoki Porsangen w szybkim tempie docieram do Kafjordu. Wjeżdżam w tunel prowadzący na wyspę Mageroya i natychmiast czuję potężny chłód. Nic dziwnego ponieważ droga biegnie 212 m.p.p.m. Niesamowita prędkość i wilgoć sprawiają , że czuję się jak sopel lodu.Ale to tylko uczucie chwilowe bo po kilku minutowym zjeździe czekają mnie 3,5 km wspinaczki.Potworny ryk samochodów i potężnych wentylatorów dopełnia dzieła zniszczenia w mojej głowie. Po kilkunastu minutach wydostaję się do normalnego świata. Słonce to samo jak po drugiej stronie tylko wiatr ustał. Przedzieram się jeszcze przez 1 tunel przed Honnisvag - miastem najdalej wysuniętym na północ na świecie. Robię tu krótką przerwę na uzupełnienie energii. Zaczyna się kolejna mozolna wspinaczka. Raz jadę , raz pcham mój tymczasowy domek. W ten sposób docieram do znaku "NORDKAPP 20" . Cel , mekka rowerzystów jest na wyciągnięcie dłoni. Jest 30 lipca 2004 roku godzina 22. Melduję wykonanie zadania po 38 dniach podróży i przebyciu 3141 km!!!!

 

Do góry

:: Nordkapp 30.07.04-1.08.04

 

Lokuję się przy globusie lecz masa turystów zniechęca. Niektórzy robią mi zdjęcia , pytają skąd jestem a ja po prostu potrzebuje troszkę spokoju. Uciekam do Ośrodka Przylądka Północnego na projekcję filmu o Mageroya i najdalej na północ wysuniętym punkcie Starego Kontynentu. Obraz widziany na 5-ciu ekranach i odpowiednia muzyka prowadzą widza bezpośrednio nad i pod wodę , na ląd i ponad jego powierzchnie.

Po seansie wracam do mojego bicykla. Mam szczęście , nie ma mgły zalegającej tu przez większą część roku dzięki czemu mogę w pełni podziwiać słońce o północy - widok ,o którym marzyłem od tak dawna ,marzenie , którego nie udało by mi się spełnić bez pomocy innych ludzi poznanych tu na trasie jak i tych którzy zostali w Polsce.

Zasypiam wpatrując się w ten niesamowity widok. Następnego dnia ku mojemu zdziwieniu spotkam Francuzów - a myślałem , że już minęli granicę z Finlandią. Wspólnie udajemy się na cypel Kivskjellodden - najdalej wysunięty przyczółek Europy , łagodnie spadający ku wodom Oceanu Antarktycznego lecz znacznie mniej atrakcyjny niż Nordkapp i z tej racji mniej znany wśród docierających tu turystów. Około 18-tej docieramy na sam skraj Europy , przed nami tylko woda. Siedzimy w ciszy , wpatrzeni w fale obmywające nabrzeżne skały. Czas wracać do domu!
O 22-iej wracam do obozu i przed snem pichcę obiadek , który po 20-sto kilometrowej wędrówce znika w mgnieniu oka. Od rana czyszczę mocno zabrudzony rower i obserwuję wieloryba który kilkaset metrów niżej urządza sobie sjestę.

Do góry

:: Etap 5 Nordkapp - Helsinki - Tallin 1.08.04-13.08.04

 

O 14:06 żegnam Nordkapp , "Mekkę rowerzystów" ,miejsce o którym marzy tak wielu. Ruszam do domu. Droga powrotna zajmie mi 19-ście dni pełnych nowych wrażeń , wspaniałych miejsc , wielu ciekawych i gościnnych ludzi.
Po 60-ciu km , już po drugiej stronie tunelu spotykam Francuzów. Jedziemy chwilkę razem. Dając adres Fredowi nie spodziewałem się , że po 40 dniach zapuka do moich drzwi i spędzimy wspólnie kilka wieczorów przepełnionych wspomnieniami. A jednak dla cyklistów nic nie jest przeszkodą.

Wracając do podróży…..po kilkunastu kilometrach spotkam świeżo upieczone małżeństwo z Gryfina. Marek , Agatka oraz Fibi - pies wielkości buldożera , zmierzają w "jedynie słusznym" kierunku. Za kilka dni sabaka zostanie najbardziej na północ wysuniętym obiektem czworonożnym nie wliczając reniferów. Około 22 strzelam komara.
Budzi mnie skwar , jest bardzo ciepło , wręcz upalnie. Jadąc wzdłuż Porsangen podziwiam błękitno-lazurową toń. Tak mija droga do Lakselv gdzie czynię spore zapasy. Kilka kilometrów dalej oszałamia mnie zapach lasu którego od tak dawna nie widziałem. Dostaję wiatr w plecy i w przeciągu godziny pokonuje ponad 30 km. Słońce praży niesamowicie więc dojeżdżając do Karasjok jestem niemal cały mokry i już nieco zmęczony. Postanawiam przenocować po Fińskiej stronie co okazuje się niezbyt trafnym rozwiązaniem. Przed samą granicą spotykam rodaka i patrząc na jego rower typu damka , bez przedniego bagażnika i z przerzutkami typu supermarket jestem pełen podziwu i uznania dla jego wiary w ten cud techniki. Nocleg znajduję na asfalcie w zatoczce kolo drogi. Miejsce bardzo przytulne i spokojne w którym wysypiam się jak nigdy. Rano spożywam krupnik i ruszam do oddalonego o 100 km Inari. Drogi nie są tu już tak fantastyczne jak po drugiej stronie granicy , co pewien czas występują poprzeczne spękania na których koła obijają się do tego stopnia , że już po kilkudziesięciu km widać gołym okiem efekt takiej jazdy. Rozbijam się kilka km za miastem. Deszcz leje przez całą noc budząc mnie czasami.

4 sierpnia.
Jest parno i pochmurno. Nie wiem jak mam się ubrać. Kilkakrotnie zmieniając garderobę docieram do Ivalo i w pobliżu znaku "303 Murmańska" zanurzam się w sklepowych półkach. Wychodzę bogatszy o 2 kg bananów, 1,5 l. mleka, 2 dżemy , chleb i masło. Biesiaduje w parku w pobliżu kilku lokalnych pijaczków. Fińskie miasta nużą mnie niesamowicie wiec szybko napełniam otchłań żołądka i ruszam dalej. Wieczorem ilość muszek w moich oczach niebezpiecznie przekracza poziom dopuszczalny a połamane w Norwegii okulary nie chronią tak jak powinny. Znajduje miejsce na rozbicie namiotu w dość niewygodnym miejscu. Wysoka trawa i kamieniste podłoże to nie jest wymarzony sposób na odprężenie zmęczonych 130 kilometrową jazdą mięśni. Wypełniam kolejne stronice mojego notatnika , który stał się najlepszym przyjacielem w podróży , częścią mnie samego której mogę wszystko powiedzieć. Zwłaszcza teraz gdy do domu gna samotność a namiot brzęczy oblepiony przez komary.

Po kolejnych 2 dniach jazdy pod bardzo mocny przeciwny wiatr tracę kontrolę nad sobą. Krzyczę na wiatr i mam szaloną ochotę zdemolować śmietnik. Dość jazdy! Szukając noclegu trafiam na imprezę gdzie objadam się pysznym mięskiem , opijam piwem i mocniejszymi płynami oraz zażywam przyjemności w saunie i kąpieli w jeziorze.
Następnego dnia w 30 stopniowym upale mijam Rovaniemi gdzie odnajduje znak "Olsztyn 1500 km" - blisko. Jadąc wzdłuż Kemijoki krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Zanika las a zaczynają przeważać pola z łanami zbóż i farmy z całym inwentarzem wzorowo prowadzonych gospodarstw. Zmienia się tez pogoda. Zaczyna padać , grzmi. Chronię się więc pod daszkiem jednego z domków. Ku mojemu zdziwieniu zostaję zaproszony na pyszny obiad. Myśląc , że tego dnia nie spotka mnie już nic miłego oprócz lejącego deszczu zostaję zaproszony na noc pod dach wybitnego jak mi się zdaje kucharza. Przepyszna karkówka , piwo własnej produkcji do tego sauna i mięciutkie wyrko. Rozmawiając o moich planach na dzień następny okazuje się , że syn mojego dobroczyńcy mieszka 7 kilometrów za Oulu czyli o 160 km od miejscowości Tervola w której się znajduję i bez problemu mogę tam znaleźć nocleg. Z radością budzę się rano , spożywa kurczaka , ziemniaczki i inne specjały i już po 5 godzinach i 45 minutach zwiedzam centrum Oulu! Budowle wyglądają na najstarsze jakie oglądałem w Finlandii. Pewnie mają 100 lat. Najciekawsze są stare czerwone spichlerze w których obecnie mieszczą się knajpki i bary. Miejsce to zachęca do spożycia piwa i zjedzeniu kanapek. Jak zwykle mój obładowany "dromader" wzbudza zainteresowanie przechodniów. Proponuję wymianę- rower za samochód. Jednak nikt nie chce skorzystać z tej jakże uczciwej oferty. Parę chwil później siedząc w saunie i spożywając whisky zastanawiam się skąd bierze się sprzyjający mi ostatnio fart.
3 dni później o 6 rano czasu polskiego jestem 410 kilometrów bliżej domu i spożywam śniadanko z gospodarzami posesji na której nicowałem. Oczekiwanie na koniec "pory deszczowej" ciągnie się do 11. Już wiem , że tego dnia zbyt daleko nie dojadę. Wlekąc się niesamowicie omijam Jyvaskyle i w Korpilahti skręcam w niesamowicie malowniczą drogę wiodącą wzdłuż jeziora. Ruch praktycznie zamiera , lasy zdecydowanie bardziej atrakcyjne niż te mijane przez ostatnie kilometry. Jedynym mankamentem wydają się być podjazdy , które występują coraz częściej ale widok lśniących jak kryształy w promieniach słońca jezior mobilizuje mnie do wykrzesania z siebie resztek sił aby dotrzeć do Luhanki , zażyć uroków sauny i kąpieli w jeziorze gdzie rozpalone parą , zmęczone ciało relaksuje się niesamowicie.
Jeszcze większy aplauz wzbudza mój żołądek gdy rano po wspaniałej nocy na stole pojawia się wyborna owsianka , kakao , kanapki z białego chleba , ogórki , pomidory i inne rarytasy , które w "normalnych" , domowych warunkach wydają się być czymś błahym , nie wartym aby dziękować za nie losowi a jednak teraz w chwilach samotności znaczą tak wiele i dają tyle radości i niezapomnianych wrażeń dla podniebienia. Pokrzepiony takim porankiem przystanek robię dopiero po 90 kilometrach. Zjadam obiad (jeśli to co przygotowałem można tak nazwać) i wracam na E4. Szybko docieram do centrum Lahti , które to jak prawie wszystkie fińskie miasta nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Cóż się dziwić skoro w 2005 będą tu obchodzone uroczystości związane ze stuleciem istnienia miasta. Z racji , że wiele miast i wsi zostało spalonych podczas II wojny światowej to historia architektury ma zaledwie 50 lat. Ale jedno jest warte uwagi - górujące nad okolicą skocznie narciarskie! Niestety nie mogę wejść na obiekt z powodu meczu piłkarskiego pomiędzy miejscową drużyną w której występuje Jarii Litmanen a FC Jazz. Ale jak zdążyłem się przyzwyczaić nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. "Jestem biednym studentem z polski , przejechałem prawie 5000 km i chcę zobaczyć mecz , ale mogę tylko zapłacić kartą". Po takiej formułce bilet za 10 euro ląduje w moich rękach bez konieczności uszczuplania wartości portfela a ja oglądam wyśmienitą grę idola z lat dzieciństwa i wygraną miejscowych 4:0.

Do góry

:: Helsinki i Tallin 13.08.04-15.08.04

 

Trzynastego sierpnia o 12 czasu polskiego po porannym , 130-to kilometrowym odcinku melduję się w na przedmieściach półmilionowej stolicy kraju reniferów , Świętego Mikołaja i występujących jak grzyby w lesie różnorakich saun. Ku mojemu zdziwieniu kończy się jakiekolwiek oznakowanie a ja błądząc i klucząc dopiero po 90 minutach docieram do miejsca skąd widać przepiękną cerkiew z czerwonej cegły - znak , który staje się najlepszym drogowskazem. Monument znajduję się w pobliżu przystani promowej gdzie nabywam bilet na prom do Tallina , który odpływa za 4 godziny. Opisana w przewodniku trasa rowerowa po najciekawszych miejscach Helsinek ułatwia mi eksplorację okolicy. Startuję z Targu Rybnego - miejsca handlu , gdzie można zakupić owoce , ryby jak i " tanio" zjeść co czynię niezwłocznie. Podziwiam Pałac Prezydencki oraz fontannę z Syrenką - symbol nie tylko miasta ale może całego kraju. Jadąc wzdłuż nabrzeża mijam wiele jachtów , promów i innych drewnianych pudełek kołyszących się na wodach Zatoki Fińskiej. Uroku temu miejscu dodają wysepki z zaszytymi pośród zieleni drzew domkami z czerwonej cegły. Dojechawszy do dźwigu z , z którego można skoczyć na bandzi z wysokości 155 metrów za cenę 80 E pytam tylko czy to cena za skok wraz z ekwipunkiem czyli rowerem i bagażami. Następnym punktem mojej wycieczki jest Parlament do którego docieram przemierzając wąskie , urokliwe , uliczki. Budynek wygląda niczym starożytna budowla greków czy rzymian w nieco bardziej nowoczesnym stylu kolorze ni brązowym ni to w czerwonym ulokowany jest pry głównej arterii komunikacyjnej miasta noszącej imię generała Manerheima. , który to nie dopuścił a do przejęcia władzy przez komunistów i przyłączenia kraju do Rosji sowieckiej.

Wracam do centrum i udaje się do wnętrza niezwykle pięknej ale niestety tylko z zewnątrz Katedry. Następną godzinę spędzam na pobliskich schodach gdzie wśród pijących różnorakie aperitify ludzi mam okazję pograć na gitarze i przekazać im troszkę naszej muzycznej kultury w postaci piosenek Dżemu. Dzięki temu dość niespodziewanie poznaję Michała Kozłowskiego pracującego w pobliskim Espo -miasteczku satelickim stolicy. Niestety rozmowa z rodakiem dobiega końca a mi pozostaje udać się na prom. Tuż przed zejściem na ląd po stronie Estońskiej poznaję 28-mio letnią Edytę , byłą studentkę renomowanych Moskiewskich uczelni , która obecnie kończy nauki w Princeton. Zabiera mnie do domu swoich rodziców gdzie spędzę następne dwie noce. Jadąc 10 km wzdłuż plaży podziwiam zachód słońca i miasto zatopione w czerwieni. Wsłuchani w szum fal docieramy na miejsce. Dom prosty , z niewielkim ogrodem , taki jak można spotkać u nas w osiedlach domków jednorodzinnych o mniejszym standardzie. Niezwykłość tego miejsca da się odczuć dopiero w środku gdzie rozmowy są prowadzone w trzech jeżykach co daje dość zabawny efekt różnorodności etnicznej rozmówców. Edyta i jej siostra mówią po angielsku , ociec w języku ojczystym a matka w poprzednio wymienionych jak i po rosyjsku a także z racji dalekich więzów z polską potrafi w pewnym stopniu wysłowić się w naszym języku.
Rankiem udajemy się na plażę by zażyć kąpieli w ciepłych lecz wzburzonych wodach Bałtyku. Planem na dziś jest starówka , którą z racji 5-cio letniego " wygnania" Edyta zwiedza jak turystka. Przez te kilka lat wiele się tu zmieniło , wiele zabytków odrestaurowano , wiele wciąż czeka na swą kolej. Ale faktem jest , że brukowane , wąskie uliczki , czerwone dachy wieżyczek górujących nad Tompeg - Górnym miastem są najciekawszym obiektem architektonicznym napotkanym na mej drodze.

Do góry

:: Etap 6 Tallin - Ryga - Orneta 15.08.04-19.08.04 4

 

15-tego sierpnia o 7 rano wyruszam. W nocy było tylko kilka stopni powyżej 0 więc i poranek jest dość chłodny. Do bram miasta dojeżdżam wraz z Edytą. Oglądam podmiejskie ulice , domy , tramwaje. Różnica między centrum dla turystów a obrzeżami jest nadto widoczna. Czas jakby się tu zatrzymał w 1991 roku. Chcąc zobaczyć Estońską wieś udaję się w kierunku Rapli. Mijam lasy , pola ozłocone "zbożem rozmaitem" , wiele pięknych drewnianych domostw zatopionych w zieleni bujnych ogrodów i żółci słoneczników. Wiele starych, drewnianych chat jest całkowicie opuszczonych , dachy w stodołach już dawno się zawaliły a w środku szumi tylko wiatr. Napotykam kilak wiatraków - nieodłącznych towarzyszy Estońskiego krajobrazu. Niestety studia nie pozwalają na odwiedzenie Saremy - wyspy gdzie zachowało się ich najwięcej.

Następnego dnia z pomocą młodego rowerzysty , który prowadzi mnie gąszczem pamiętających czasy komunizmu uliczek docieram do Parnawy. Na jednej z ławeczek przy budynku poczty spotykam Anglika i Łotyszkę , którzy poznali się dzień wcześniej na trasie i teraz wspólnie przemierzają ten wyjątkowy kraj. Ich miny są zabawne gdy mowie im o 5000 pokonanych kilometrów a gdy widzą zdjęcia z kąpieli w lodowatym fiordzie dalekiej północy na twarzach maluje im się coś pomiędzy zdziwieniem i szokiem. Patrzą na mnie tak jakby chcieli dać mi karnet na badania w zakładzie psychiatryczny. Zwiedziwszy ładną , obfitującą w knajpki i bary starówkę opuszczam to ciekawe miejsce. 30 kilometrów przed Łotewską granicą skręcam w starą drogę prowadzącą wzdłuż morza równolegle do głównej trasy. Dobry asfalt , brak ruchu, piękny las , wsie z kamiennymi kościółkami i niskim murem wokół nich , widok dwóch niecodziennej urody dziewcząt i kilometry dzielące mnie od ostatniego etapu mojej rowerowej podróży mijają w mgnieniu oka.
Jest 17 sierpnia , dziś ostatni dzień na rowerze. Trochę dziwne uczucie. Po tylu dniach obudzić się rano i jakby nigdy nic pokonać ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. Cieszę się a zarazem smutno mi wracać bo jeszcze jest tyle ciekawych miejsc do zobaczenia. Kilka godzin później po 5140 kilometrach przebytych na welocypedzie docieram do Rygi. Miasta , które zachwyciło mnie w zeszłym roku , miejsca , którego urok chyba zawsze będzie mnie kusił i już nigdy nie zapomnę smaku piwa w jednym z tutejszych barów. Stolica Łotwy jest jeszcze piękniejsza niż podczas poprzedniego lata. Widoku i klimatu tego miejsca nie da się opisać , tu po prostu trzeba być. Udziela mi się klimat towarzyski i przez następne 2 dni wraz z Radugą grając na gitarze śpiewamy "Kukuszę". Jakimś dziwnym trafem od moich nowych znajomych dowiaduję się o pewnym Litwinie , który samotnie , na stopa przecierał tego lata szlaki północy kierując się na Spitsbergen. Opis wyglądu nie pozwala się mylić - mój przyjaciel Giedymina był tu z nimi. Mam nadzieje , że to nie ostatni raz jak nasze drogi prowadzą po tych samych ścieżkach.

"We are very impressed that so even thought so could do such a massive trip at 21 - let alone do it! Amazing!....One day you must come and ride around Australia. You 're inspired us to try and do something similar ourselves one day. All the best ,,, Christy and Gus Robinson"

Przyzwyczaiłem się do tego trybu życia. Ciężko będzie wrócić do szeroko pojętej normalności. Tyle samotnych chwil, dni i noc. Litry potu wylane "ciągnąc ten wózek" , komary , meszka , deszcz i spalona słońcem skóra. Mówiąc krótko było warto!

Do góry

« Poprzednie Etapy

MENU
Wiadomości | Sprzęt | Sklep rowerowy | Testy | Katalog WWW | Turystyka | Kupowanie
| Trasy Instrukcje | Humor | Historia | Gry | Programy | Tapety | Wygaszacze
Dodatki | Giełda | Prawo | Książki | Ubranie | Jedzenie | Zdrowie | Miasto | Różne
Logowanie | O nas | Reklama | Kontakt | Subskrypcja | Szukaj |
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione.