|
:: Etap 4 Tromso - Nordkapp
26.07.04-30.07.04

Po
powrocie śpię na lotnisku kilka godzin i około 17.30 ruszam w drogę.
25 km za Tromso w Fagernes skręcam w drogę nr 91. Przejeżdżam piękną
doliną przesiąkniętą zapachem roślinności. Po obu stronach mam pasma
górskie pokryte śniegiem. Po 60 km zatrzymuję się na nocleg nad
Kiosenfiordem w małym lasku brzozowym. Rano podziwiając fiord Lyngen
przejeżdżam przez rybackie osady.Za plecami mam bardzo ciemne chmury.
Po kilkunasto kilometrowej ucieczce przegrywam ten szalony wyścig.
Chronię się na przystanku autobusowym gdzie około 19.30 urządzam
sobie piknik w stylu podróżniczym czyli banany , nektarynki , chleb
z dżemem malinowym i mleko. Po odczekaniu godzinki ruszam dalej.
Na 90 kilometrze w miejscowości Sandbukta rozpoczyna się największy
na tym odcinku ( a trochę ich było) podjazd. 10 km brnę pod górę
, las brzozy karłowatej , spowite mgłą jezioro i punkt widokowy
nad zatoką Kvaenagen położony 402 mnpm. Wysepki zatopione w czerwieni
promieni słonecznych , prawdziwy namiot samów u dołu obłożony mchem
i kamieniami , oraz widok wioski Sorstraumen u dołu. Szybki niesamowity
7 kilometrowy zjazd bez pedałowania i jestem. Nocleg znajduje kilka
minut po 23-ej ale zanim rozbiję obóz komary dopadają mnie w takiej
ilości ,że jakakolwiek obrona nie ma sensu. Szybko wskakuję do środka
i zasypiam. Jednak po kilku minutach budzi mnie ulewny deszcz. Pada
tak mocno ,że zaczynam obawiać się o swój dobytek. Jakimś cudem
udaje mi się zasnąć lecz noc jest bardzo niespokojna. Kilkakrotnie
oblewa mnie zimny pot a głowa boli niesamowicie. Wycieram mokre
ciało ręcznikiem , który po kilku chwilach nadaje się do wykręcenia.
O poranku budzą mnie promienie słoneczne zmieniające mój wigwam
w saunę. Słyszę dzwoneczki , wyglądam żeby zobaczyć owieczki ale
ku mojemu zdziwieniu obok namiotu biegnie stado reniferów! Wyruszam
około południa. Na drodze spotykam bardzo sympatycznego renifera
, który zamiast pobocza wybrał jezdnie asfaltową i całkowicie tamuje
ruch drepcząc powoli po jednym z pasów. Obserwuję tą jakże zabawną
sytuacje jadąc kilka metrów za owym zwierzakiem. Jednak
dziś czeka mnie długa droga wiec oglądanie reniferowego zadka zostawiam
na inny termin. Przyśpieszam i teraz to reni może podziwiać mój
zadek. Jadąc wzdłuż Langfjordu przez najmniej zaludniony rejon Norwegii
zwany Finmarkiem , który swym pięknem nie pozwala oderwać oczu od
dziewiczego krajobrazu docieram do Alty gdzie przed 21 znajduję
nocleg w naczepie kempingowej przemiłego małżeństwa z którymi następnego
dnia spożywam wspaniałe śniadanie po którym wyruszam w kierunku
przełęczy Sarves położonej 250 mnpm . Po jej minięciu dla każdego
rowerzysty rozpoczyna się czas błogiego przemierzania płaskowyżu.
Zieleń traw , przestrzeń , cisza , krajobraz jakże odmienny niż
terenów górzystych w środkowej Norwegii. Droga ciągnie się tak kilometrami
aż do przełęczy Sonnalandt położonej na 385 mnpm skąd zjeżdżam do
Skavdi. Po chwili znów wspinaczka na 238 mnpm na przełęcz Hunter
i już do samego Olderfiordu w dół. Wieczór jest przepiękny , niebo
miejscami ma kolor pomarańczy ( chyba z głodu mam takie skojarzenia)
a w oddali widać Zatokę Porsangen. Po kilku minutach spożywam kolację
zakrapianą czerwonym winem w towarzystwie operatorki pługu śnieżnego
i pani inżynier w jednej osobie. Rozmowa przeciąga się do późnych
godzin porannych. Wreszcie mocno rozgrzany płynem ląduje w namiocie
bogatszy o 300 koron które dostałem w prezencie. Zasypiam w bliżej
nie określonym momencie.
Do
Nordkapp zostało tylko 135 km. Jadąc z wiatrem wzdłuż Zatoki Porsangen
w szybkim tempie docieram do Kafjordu. Wjeżdżam w tunel prowadzący
na wyspę Mageroya i natychmiast czuję potężny chłód. Nic dziwnego
ponieważ droga biegnie 212 m.p.p.m. Niesamowita prędkość i wilgoć
sprawiają , że czuję się jak sopel lodu.Ale to tylko uczucie chwilowe
bo po kilku minutowym zjeździe czekają mnie 3,5 km wspinaczki.Potworny
ryk samochodów i potężnych wentylatorów dopełnia dzieła zniszczenia
w mojej głowie. Po kilkunastu minutach wydostaję się do normalnego
świata. Słonce to samo jak po drugiej stronie tylko wiatr ustał.
Przedzieram się jeszcze przez 1 tunel przed Honnisvag - miastem
najdalej wysuniętym na północ na świecie. Robię tu krótką przerwę
na uzupełnienie energii. Zaczyna się kolejna mozolna wspinaczka.
Raz jadę , raz pcham mój tymczasowy domek. W ten sposób docieram
do znaku "NORDKAPP 20" . Cel , mekka rowerzystów jest
na wyciągnięcie dłoni. Jest 30 lipca 2004 roku godzina 22. Melduję
wykonanie zadania po 38 dniach podróży i przebyciu 3141 km!!!!
Do góry
:: Nordkapp 30.07.04-1.08.04
Lokuję się przy globusie lecz masa turystów zniechęca. Niektórzy
robią mi zdjęcia , pytają skąd jestem a ja po prostu potrzebuje
troszkę spokoju. Uciekam do Ośrodka Przylądka Północnego na projekcję
filmu o Mageroya i najdalej na północ wysuniętym punkcie Starego
Kontynentu. Obraz widziany na 5-ciu ekranach i odpowiednia muzyka
prowadzą widza bezpośrednio nad i pod wodę , na ląd i ponad jego
powierzchnie.
Po seansie wracam do mojego bicykla. Mam szczęście , nie ma mgły
zalegającej tu przez większą część roku dzięki czemu mogę w pełni
podziwiać słońce o północy - widok ,o którym marzyłem od tak dawna
,marzenie , którego nie udało by mi się spełnić bez pomocy innych
ludzi poznanych tu na trasie jak i tych którzy zostali w Polsce.
Zasypiam wpatrując się w ten niesamowity widok. Następnego dnia
ku mojemu zdziwieniu spotkam Francuzów - a myślałem , że już minęli
granicę z Finlandią. Wspólnie udajemy się na cypel Kivskjellodden
- najdalej wysunięty przyczółek Europy , łagodnie spadający ku wodom
Oceanu Antarktycznego lecz znacznie mniej atrakcyjny niż Nordkapp
i z tej racji mniej znany wśród docierających tu turystów. Około
18-tej docieramy na sam skraj Europy , przed nami tylko woda. Siedzimy
w ciszy , wpatrzeni w fale obmywające nabrzeżne skały. Czas wracać
do domu!
O 22-iej wracam do obozu i przed snem pichcę obiadek , który po
20-sto kilometrowej wędrówce znika w mgnieniu oka. Od rana czyszczę
mocno zabrudzony rower i obserwuję wieloryba który kilkaset metrów
niżej urządza sobie sjestę.
Do góry
:: Etap 5 Nordkapp -
Helsinki - Tallin 1.08.04-13.08.04
O 14:06 żegnam Nordkapp , "Mekkę rowerzystów" ,miejsce
o którym marzy tak wielu. Ruszam do domu. Droga powrotna zajmie
mi 19-ście dni pełnych nowych wrażeń , wspaniałych miejsc , wielu
ciekawych i gościnnych ludzi.
Po 60-ciu km , już po drugiej stronie tunelu spotykam Francuzów.
Jedziemy chwilkę razem. Dając adres Fredowi nie spodziewałem się
, że po 40 dniach zapuka do moich drzwi i spędzimy wspólnie kilka
wieczorów przepełnionych wspomnieniami. A jednak dla cyklistów nic
nie jest przeszkodą.
Wracając do podróży
..po kilkunastu kilometrach spotkam świeżo
upieczone małżeństwo z Gryfina. Marek , Agatka oraz Fibi - pies
wielkości buldożera , zmierzają w "jedynie słusznym" kierunku.
Za kilka dni sabaka zostanie najbardziej na północ wysuniętym obiektem
czworonożnym nie wliczając reniferów. Około 22 strzelam komara.
Budzi mnie skwar , jest bardzo ciepło , wręcz upalnie. Jadąc wzdłuż
Porsangen podziwiam błękitno-lazurową toń. Tak mija droga do Lakselv
gdzie czynię spore zapasy. Kilka kilometrów dalej oszałamia mnie
zapach lasu którego od tak dawna nie widziałem. Dostaję wiatr w
plecy i w przeciągu godziny pokonuje ponad 30 km. Słońce praży niesamowicie
więc dojeżdżając do Karasjok jestem niemal cały mokry i już nieco
zmęczony. Postanawiam przenocować po Fińskiej stronie co okazuje
się niezbyt trafnym rozwiązaniem. Przed samą granicą spotykam rodaka
i patrząc na jego rower typu damka , bez przedniego bagażnika i
z przerzutkami typu supermarket jestem pełen podziwu i uznania dla
jego wiary w ten cud techniki. Nocleg znajduję na asfalcie w zatoczce
kolo drogi. Miejsce bardzo przytulne i spokojne w którym wysypiam
się jak nigdy. Rano spożywam krupnik i ruszam do oddalonego o 100
km Inari. Drogi nie są tu już tak fantastyczne jak po drugiej stronie
granicy , co pewien czas występują poprzeczne spękania na których
koła obijają się do tego stopnia , że już po kilkudziesięciu km
widać gołym okiem efekt takiej jazdy. Rozbijam się kilka km za miastem.
Deszcz leje przez całą noc budząc mnie czasami.
4 sierpnia.
Jest parno i pochmurno. Nie wiem jak mam się ubrać. Kilkakrotnie
zmieniając garderobę docieram do Ivalo i w pobliżu znaku "303
Murmańska" zanurzam się w sklepowych półkach. Wychodzę bogatszy
o 2 kg bananów, 1,5 l. mleka, 2 dżemy , chleb i masło. Biesiaduje
w parku w pobliżu kilku lokalnych pijaczków. Fińskie miasta nużą
mnie niesamowicie wiec szybko napełniam otchłań żołądka i ruszam
dalej. Wieczorem ilość muszek w moich oczach niebezpiecznie przekracza
poziom dopuszczalny a połamane w Norwegii okulary nie chronią tak
jak powinny. Znajduje miejsce na rozbicie namiotu w dość niewygodnym
miejscu. Wysoka trawa i kamieniste podłoże to nie jest wymarzony
sposób na odprężenie zmęczonych 130 kilometrową jazdą mięśni. Wypełniam
kolejne stronice mojego notatnika , który stał się najlepszym przyjacielem
w podróży , częścią mnie samego której mogę wszystko powiedzieć.
Zwłaszcza teraz gdy do domu gna samotność a namiot brzęczy oblepiony
przez komary.
Po kolejnych 2 dniach jazdy pod bardzo mocny przeciwny wiatr tracę
kontrolę nad sobą. Krzyczę na wiatr i mam szaloną ochotę zdemolować
śmietnik. Dość jazdy! Szukając noclegu trafiam na imprezę gdzie
objadam się pysznym mięskiem , opijam piwem i mocniejszymi płynami
oraz zażywam przyjemności w saunie i kąpieli w jeziorze.
Następnego dnia w 30 stopniowym upale mijam Rovaniemi gdzie odnajduje
znak "Olsztyn 1500 km" - blisko. Jadąc wzdłuż Kemijoki
krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Zanika las a zaczynają
przeważać pola z łanami zbóż i farmy z całym inwentarzem wzorowo
prowadzonych gospodarstw. Zmienia się tez pogoda. Zaczyna padać
, grzmi. Chronię się więc pod daszkiem jednego z domków. Ku mojemu
zdziwieniu zostaję zaproszony na pyszny obiad. Myśląc , że tego
dnia nie spotka mnie już nic miłego oprócz lejącego deszczu zostaję
zaproszony na noc pod dach wybitnego jak mi się zdaje kucharza.
Przepyszna karkówka , piwo własnej produkcji do tego sauna i mięciutkie
wyrko. Rozmawiając o moich planach na dzień następny okazuje się
, że syn mojego dobroczyńcy mieszka 7 kilometrów za Oulu czyli o
160 km od miejscowości Tervola w której się znajduję i bez problemu
mogę tam znaleźć nocleg. Z radością budzę się rano , spożywa kurczaka
, ziemniaczki i inne specjały i już po 5 godzinach i 45 minutach
zwiedzam centrum Oulu! Budowle wyglądają na najstarsze jakie oglądałem
w Finlandii. Pewnie mają 100 lat. Najciekawsze są stare czerwone
spichlerze w których obecnie mieszczą się knajpki i bary. Miejsce
to zachęca do spożycia piwa i zjedzeniu kanapek. Jak zwykle mój
obładowany "dromader" wzbudza zainteresowanie przechodniów.
Proponuję wymianę- rower za samochód. Jednak nikt nie chce skorzystać
z tej jakże uczciwej oferty. Parę chwil później siedząc w saunie
i spożywając whisky zastanawiam się skąd bierze się sprzyjający
mi ostatnio fart.
3 dni później o 6 rano czasu polskiego jestem 410 kilometrów bliżej
domu i spożywam śniadanko z gospodarzami posesji na której nicowałem.
Oczekiwanie na koniec "pory deszczowej" ciągnie się do
11. Już wiem , że tego dnia zbyt daleko nie dojadę. Wlekąc się niesamowicie
omijam Jyvaskyle i w Korpilahti skręcam w niesamowicie malowniczą
drogę wiodącą wzdłuż jeziora. Ruch praktycznie zamiera , lasy zdecydowanie
bardziej atrakcyjne niż te mijane przez ostatnie kilometry. Jedynym
mankamentem wydają się być podjazdy , które występują coraz częściej
ale widok lśniących jak kryształy w promieniach słońca jezior mobilizuje
mnie do wykrzesania z siebie resztek sił aby dotrzeć do Luhanki
, zażyć uroków sauny i kąpieli w jeziorze gdzie rozpalone parą ,
zmęczone ciało relaksuje się niesamowicie.
Jeszcze większy aplauz wzbudza mój żołądek gdy rano po wspaniałej
nocy na stole pojawia się wyborna owsianka , kakao , kanapki z białego
chleba , ogórki , pomidory i inne rarytasy , które w "normalnych"
, domowych warunkach wydają się być czymś błahym , nie wartym aby
dziękować za nie losowi a jednak teraz w chwilach samotności znaczą
tak wiele i dają tyle radości i niezapomnianych wrażeń dla podniebienia.
Pokrzepiony takim porankiem przystanek robię dopiero po 90 kilometrach.
Zjadam obiad (jeśli to co przygotowałem można tak nazwać) i wracam
na E4. Szybko docieram do centrum Lahti , które to jak prawie wszystkie
fińskie miasta nie mają nic ciekawego do zaoferowania. Cóż się dziwić
skoro w 2005 będą tu obchodzone uroczystości związane ze stuleciem
istnienia miasta. Z racji , że wiele miast i wsi zostało spalonych
podczas II wojny światowej to historia architektury ma zaledwie
50 lat. Ale jedno jest warte uwagi - górujące nad okolicą skocznie
narciarskie! Niestety nie mogę wejść na obiekt z powodu meczu piłkarskiego
pomiędzy miejscową drużyną w której występuje Jarii Litmanen a FC
Jazz. Ale jak zdążyłem się przyzwyczaić nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych.
"Jestem biednym studentem z polski , przejechałem prawie 5000
km i chcę zobaczyć mecz , ale mogę tylko zapłacić kartą". Po
takiej formułce bilet za 10 euro ląduje w moich rękach bez konieczności
uszczuplania wartości portfela a ja oglądam wyśmienitą grę idola
z lat dzieciństwa i wygraną miejscowych 4:0.
Do góry
:: Helsinki i Tallin
13.08.04-15.08.04
Trzynastego sierpnia o 12 czasu polskiego po porannym , 130-to
kilometrowym odcinku melduję się w na przedmieściach półmilionowej
stolicy kraju reniferów , Świętego Mikołaja i występujących jak
grzyby w lesie różnorakich saun. Ku mojemu zdziwieniu kończy się
jakiekolwiek oznakowanie a ja błądząc i klucząc dopiero po 90 minutach
docieram do miejsca skąd widać przepiękną cerkiew z czerwonej cegły
- znak , który staje się najlepszym drogowskazem. Monument znajduję
się w pobliżu przystani promowej gdzie nabywam bilet na prom do
Tallina , który odpływa za 4 godziny. Opisana w przewodniku trasa
rowerowa po najciekawszych miejscach Helsinek ułatwia mi eksplorację
okolicy. Startuję z Targu Rybnego - miejsca handlu , gdzie można
zakupić owoce , ryby jak i " tanio" zjeść co czynię niezwłocznie.
Podziwiam Pałac Prezydencki oraz fontannę z Syrenką - symbol nie
tylko miasta ale może całego kraju. Jadąc wzdłuż nabrzeża mijam
wiele jachtów , promów i innych drewnianych pudełek kołyszących
się na wodach Zatoki Fińskiej. Uroku temu miejscu dodają wysepki
z zaszytymi pośród zieleni drzew domkami z czerwonej cegły. Dojechawszy
do dźwigu z , z którego można skoczyć na bandzi z wysokości 155
metrów za cenę 80 E pytam tylko czy to cena za skok wraz z ekwipunkiem
czyli rowerem i bagażami. Następnym punktem mojej wycieczki jest
Parlament do którego docieram przemierzając wąskie , urokliwe ,
uliczki. Budynek wygląda niczym starożytna budowla greków czy rzymian
w nieco bardziej nowoczesnym stylu kolorze ni brązowym ni to w czerwonym
ulokowany jest pry głównej arterii komunikacyjnej miasta noszącej
imię generała Manerheima. , który to nie dopuścił a do przejęcia
władzy przez komunistów i przyłączenia kraju do Rosji sowieckiej.
Wracam do centrum i udaje się do wnętrza niezwykle pięknej ale
niestety tylko z zewnątrz Katedry. Następną godzinę spędzam na pobliskich
schodach gdzie wśród pijących różnorakie aperitify ludzi mam okazję
pograć na gitarze i przekazać im troszkę naszej muzycznej kultury
w postaci piosenek Dżemu. Dzięki temu dość niespodziewanie poznaję
Michała Kozłowskiego pracującego w pobliskim Espo -miasteczku satelickim
stolicy. Niestety rozmowa z rodakiem dobiega końca a mi pozostaje
udać się na prom. Tuż przed zejściem na ląd po stronie Estońskiej
poznaję 28-mio letnią Edytę , byłą studentkę renomowanych Moskiewskich
uczelni , która obecnie kończy nauki w Princeton. Zabiera mnie do
domu swoich rodziców gdzie spędzę następne dwie noce. Jadąc 10 km
wzdłuż plaży podziwiam zachód słońca i miasto zatopione w czerwieni.
Wsłuchani w szum fal docieramy na miejsce. Dom prosty , z niewielkim
ogrodem , taki jak można spotkać u nas w osiedlach domków jednorodzinnych
o mniejszym standardzie. Niezwykłość tego miejsca da się odczuć
dopiero w środku gdzie rozmowy są prowadzone w trzech jeżykach co
daje dość zabawny efekt różnorodności etnicznej rozmówców. Edyta
i jej siostra mówią po angielsku , ociec w języku ojczystym a matka
w poprzednio wymienionych jak i po rosyjsku a także z racji dalekich
więzów z polską potrafi w pewnym stopniu wysłowić się w naszym języku.
Rankiem udajemy się na plażę by zażyć kąpieli w ciepłych lecz wzburzonych
wodach Bałtyku. Planem na dziś jest starówka , którą z racji 5-cio
letniego " wygnania" Edyta zwiedza jak turystka. Przez
te kilka lat wiele się tu zmieniło , wiele zabytków odrestaurowano
, wiele wciąż czeka na swą kolej. Ale faktem jest , że brukowane
, wąskie uliczki , czerwone dachy wieżyczek górujących nad Tompeg
- Górnym miastem są najciekawszym obiektem architektonicznym napotkanym
na mej drodze.
Do góry
:: Etap 6 Tallin - Ryga
- Orneta 15.08.04-19.08.04 4
15-tego sierpnia o 7 rano wyruszam. W nocy było tylko kilka stopni
powyżej 0 więc i poranek jest dość chłodny. Do bram miasta dojeżdżam
wraz z Edytą. Oglądam podmiejskie ulice , domy , tramwaje. Różnica
między centrum dla turystów a obrzeżami jest nadto widoczna. Czas
jakby się tu zatrzymał w 1991 roku. Chcąc zobaczyć Estońską wieś
udaję się w kierunku Rapli. Mijam lasy , pola ozłocone "zbożem
rozmaitem" , wiele pięknych drewnianych domostw zatopionych
w zieleni bujnych ogrodów i żółci słoneczników. Wiele starych, drewnianych
chat jest całkowicie opuszczonych , dachy w stodołach już dawno
się zawaliły a w środku szumi tylko wiatr. Napotykam kilak wiatraków
- nieodłącznych towarzyszy Estońskiego krajobrazu. Niestety studia
nie pozwalają na odwiedzenie Saremy - wyspy gdzie zachowało się
ich najwięcej.
Następnego dnia z pomocą młodego rowerzysty , który prowadzi mnie
gąszczem pamiętających czasy komunizmu uliczek docieram do Parnawy.
Na jednej z ławeczek przy budynku poczty spotykam Anglika i Łotyszkę
, którzy poznali się dzień wcześniej na trasie i teraz wspólnie
przemierzają ten wyjątkowy kraj. Ich miny są zabawne gdy mowie im
o 5000 pokonanych kilometrów a gdy widzą zdjęcia z kąpieli w lodowatym
fiordzie dalekiej północy na twarzach maluje im się coś pomiędzy
zdziwieniem i szokiem. Patrzą na mnie tak jakby chcieli dać mi karnet
na badania w zakładzie psychiatryczny. Zwiedziwszy ładną , obfitującą
w knajpki i bary starówkę opuszczam to ciekawe miejsce. 30 kilometrów
przed Łotewską granicą skręcam w starą drogę prowadzącą wzdłuż morza
równolegle do głównej trasy. Dobry asfalt , brak ruchu, piękny las
, wsie z kamiennymi kościółkami i niskim murem wokół nich , widok
dwóch niecodziennej urody dziewcząt i kilometry dzielące mnie od
ostatniego etapu mojej rowerowej podróży mijają w mgnieniu oka.
Jest 17 sierpnia , dziś ostatni dzień na rowerze. Trochę dziwne
uczucie. Po tylu dniach obudzić się rano i jakby nigdy nic pokonać
ostatnie kilkadziesiąt kilometrów. Cieszę się a zarazem smutno mi
wracać bo jeszcze jest tyle ciekawych miejsc do zobaczenia. Kilka
godzin później po 5140 kilometrach przebytych na welocypedzie docieram
do Rygi. Miasta , które zachwyciło mnie w zeszłym roku , miejsca
, którego urok chyba zawsze będzie mnie kusił i już nigdy nie zapomnę
smaku piwa w jednym z tutejszych barów. Stolica Łotwy jest jeszcze
piękniejsza niż podczas poprzedniego lata. Widoku i klimatu tego
miejsca nie da się opisać , tu po prostu trzeba być. Udziela mi
się klimat towarzyski i przez następne 2 dni wraz z Radugą grając
na gitarze śpiewamy "Kukuszę". Jakimś dziwnym trafem od
moich nowych znajomych dowiaduję się o pewnym Litwinie , który samotnie
, na stopa przecierał tego lata szlaki północy kierując się na Spitsbergen.
Opis wyglądu nie pozwala się mylić - mój przyjaciel Giedymina był
tu z nimi. Mam nadzieje , że to nie ostatni raz jak nasze drogi
prowadzą po tych samych ścieżkach.
"We are very impressed that so even thought so could do such
a massive trip at 21 - let alone do it! Amazing!....One day you
must come and ride around Australia. You 're inspired us to try
and do something similar ourselves one day. All the best ,,, Christy
and Gus Robinson"
Przyzwyczaiłem się do tego trybu życia. Ciężko będzie wrócić do
szeroko pojętej normalności. Tyle samotnych chwil, dni i noc. Litry
potu wylane "ciągnąc ten wózek" , komary , meszka , deszcz
i spalona słońcem skóra. Mówiąc krótko było warto!
Do góry
« Poprzednie
Etapy
|
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|