|
:: Etap 3 Trondheim -
Tromso 13.07.04-21.07.04

Kolejne dwa dni to walka z deszczem. W miejscowości Gravvik znajduje
przytulne spanko w domku z piecykiem. Po 2 dniach bez kąpieli okropnie
śmierdzę wiec prysznic jest dla mnie niczym dar niebios. Rano budzi
mnie huk wiatru. Pogoda sztormowa! I niby jak mam zdążyć na samolot?!
Do 13 koczuje i czekam na poprawę pogody. Wobec braku zrozumienia
ze strony matki natury postanawiam się z nią zmierzyć. Leje tak
,że gdy zjeżdżam w dół woda dostaje mi się za kołnierz. Po kilkunastu
kilometrach spotykam lekko załamanych pogodą chłopaków ze Szwajcarii
oraz 2 Basków pędzących na południe. W czasie przeprawy w Holm pogoda
się poprawia a droga prowadząca płasko przez 60 km wśród wzgórz
pozwala mi się wyszaleć. Pokonuje ten odcinek w 2 godzinki! W miejscowości
Horn muszę zakończyć szalony wyścig z czasem. Plan był prosty. Dojechać
do oddalonej o 90 km Nesny i zabrać się Hurtigrutem do Bodo. Niestety
jedyną szansą na realizację tego zamierzenia jest promowanie się
na wyspę , przejechanie 17 km w czasie poniżej 20 minut i dostanie
się na ostatni tego dnia prom z Forvik do Tjotty. Odpływy promów
są dostosowane do prędkości samochodów a nie rowerów. Pierwszy i
ostatni raz w tej podróży spotkałem się z sytuacją , że ostatni
prom odpływa kilka minut po 21. Okropnie wściekły i lekko podłamany
wracam do Bronnosund gdzie 4 godziny oczekuje na Hurtigrute. Kilka
minut przed 1 wsiadam na prom. Idąc za radą poznanych wcześniej
szwajcarów kasę biletowa omijam szerokim łukiem i lokuję się przy
"kominku". Dla mniej wtajemniczonych wyjaśnię , że kominek
to wielki komin na pokładzie. Jedyne miejsce w pobliżu którego jest
ciepło. Po kilku chwilach odbijamy od brzegu. "Wielka łódka"
płynie do Kirkenes. Miasta gdzie diabeł mówi dobranoc, miasta które
wczoraj było najcieplejszym miejscem w Norwegii a przecież jakże
oddalonym na północ! Dziwne to a zarazem interesujące. Jak się dowiaduję
trafiłem na najchłodniejsze lato od 1928 roku. A to mam fart! Na
razie dni bez deszczu nie było za dużo. 3 może 4. To chyba nie jest
dobry wynik?! Aura w tym kraju potrafi być nieprzewidywalna. W ciągu
kilku minut z ciepłego i słonecznego lata można się znaleźć w chłodnej
i deszczowej jesieni.
Przeprawa drogą wodną okazuje się strzałem w 10. Mam nieco inne
spojrzenie na teren po którym przyszło mi się poruszać. Nabrzeże
oszałamia swoim pięknem. Wysokie szczyty , śnieg i lodowce kontrastują
z zielenią lasów obrastających stoki gór. Piękne , malowniczo położone
miasteczka w których nie widać żadnego ruchu. Jedynie gdzie niegdzie
przy swoich łodziach krzątają się rybacy. Aż do Bodo stoję wpatrzony
w ten przepiękny krajobraz.

Jedynym minusem okazuje się koszt biletu , który jednak muszę nabyć.
Po dobiciu do brzegu rozpoczynam szybki rekonesans w pobliskim markecie.
W pełni sił i entuzjazmu ogrzewany przez słońce , które świecy wysoko
na bezchmurnym niebie wsiadam na prom na Lofoty. Szybko poznaję
się z parą z Francji. Chłopak i dziewczyna jadąc od 4 miesięcy pokonali
już 7 tyś. km. Od tego momentu nasze drogi będą się przecinać.
Zanim jednak dotrę do Moskenes czeka mnie karuzela i huśtawka. Co
mniej wytrwali pasażerowie zielenieją i oddają się przeróżnym mniej
lub bardziej ciekawym czynnością.
Po pewnym czasie przestaje bujać a w oddali widać już pionową skalną
ścianę. To Lofoty!
Archipelag wysp zwany również " Ścianą Lofocką" , miejsce
o zupełnie odmiennym klimacie niż inne położone na tej samej szerokości
geograficznej. Jest tu zawsze dużo cieplej z powodu oddziaływania
prądu zatokowego Golfsztrom , który niosąc ciepłe wody z Zatoki
Meksykańskiej obmywa skalne wysepki podnosząc temperaturę w tym
rejonie o kilka stopni.
Po dotarciu na miejsce wraz z Francuzikami udaję się do miejscowości
o nazwie A , która jest najkrótszą nazwą na świecie. Na nocleg zaprasza
nas Hans Krystian Thuv. Przesympatyczny człowiek , który po latach
wrócił do swojej "małej ojczyzny" i teraz wraz z psem
Kajfasem spaceruje po pobliskich górach przypominając sobie dawne
czasy gdy Wyspy nie były celem turystycznych eskapad a życie toczyło
się w rytmie pór roku. Teraz łodzie rybackie zanikły z tego krajobrazu
ale jak mówi w A są 2 ale już niedługo będą 3 łodzie rybackie. Pasji
jaka towarzyszy Jego opowieściom nie jeden młody człowiek może mu
zazdrościć. "Moje ciało wygląda staro ale mój umysł ma wciąż
20 lat". Tymi słowami żegna się z nami a my ruszamy w drogę.
Po kilku kilometrach żegnam się z moimi towarzyszami i ruszam
na samotny podbój Lofotów. Droga biegnie płasko wzdłuż nabrzeża.
Szczyty spowite chmurami wyglądają niczym strażnicy tej pięknej
krainy. Miasteczka i domy usytuowane na skałach dodają czegoś specyficznego
temu krajobrazowi.
Około 22 wstępuję na stację benzynową i za darmo dostaję masę jedzenia
które kończę dopiero następnego dnia. Nad okolica góruje "Kozioł"
góra o dwóch szczytach tworzących rogi , gdzie niektórzy śmiałkowie
przeskakują z jednego na drugi. Na dole znajduje się cmentarza ,
ale jak dowiaduje się w miasteczku nikt ostatnimi czasy nie zginął
ryzykując skokiem. Kilka kilometrów dalej trafiam na najpiękniejszy
widok jaki dotąd widziałem. Niebo w fiolecie i czerwieni , z gór
w dół spływające chmury i biały kościółek wybudowany na półwyspie.
Na nocleg obieram podłogę pod sklepem na przystani promowej ale
ku mojemu zdziwieniu o godzinie 2 przypływa prom. Zostaję zaproszony
do środka gdzie biorę "prysznic" w umywalce a wczesnym
rankiem wraz z kapitanem zjadam syte śniadanko.
170 km przebytych poprzedniego dnia i tylko 5 godzin snu dają się
we znaki. Krajobraz już tak nie zachwyca jak na wyspach Moskenesoya
i Austvagoya. Po kilkunastu kilometrach staję przed wyborem. Jechać
malowniczą drogą w górę aż do Andenes czy też tłoczyć się nie ciekawą
i podobno szalenie nudną E6 przez Narvik do Tromso. Po rozmowie
z ojcem wybieram wariant patriotyczny i w tempie expresu relacji
Frombork - Elbląg czyli pędząc około 30 km/h udaje się na spotkanie
z kawałkiem historii naszego kraju. Już po paru kilometrach zaczynam
żałować , że wybrałem ten wariant. Deszcz padający do samego Tromso
i bolesny upadek , gdy pędząc z góry wjeżdżam na przejazd kolejowy
a koła roweru na śliskich szynach zmieniają kierunek jazdy do tego
stopnia ze całość włącznie ze mną porusza się ruchem ślizgowym a
w przedniej sakwie powstaje niewielka dziura co potęguje tylko moją
złość. W Hakvik odwiedzam cmentarz żołnierzy polskich poległych
w obronie miasta. Chłopaków z których większość oddała życie mając
mniej lat niż ja , w imię ideałów , które wpajano im od dzieciństwa
, walcząc o Polskę
czy taką jaką mamy dziś?
Nocleg znajduje w ogrodowym domku dla dzieci gdzie rozmyślam nad
dniem jutrzejszym. Na zewnątrz leje a mnie od lotniska w Tromso
dzieli 270 km.
Jest 20 lipca , ciągle pada więc umilam sobie kilku godzinne oczekiwanie
lekturą książki " Świat na rowerze" a dokładniej opowieści
Bogdana Jędrasa , który w 1993 roku dotarł do Mongolii pokonując
12 tyś km. Około godziny 16 mimo ulewnego deszczu podejmuje decyzje
o przejechaniu całego odcinka dzielącego mnie od lotniska "na
jeden oddech" i już po paru minutach ocieram twarz z brudu
gdy koła pędzących ciężarówek rozpryskują błotnistą masę na wszystko
co znajduje się w zasięgu kilku metrów. Przez 26 godzin ubrany w
śmieciane worki , reklamówki zawiązane drutem stanowię niemal atrakcję
turystyczną regionu Troms. Ludzie pytali , kamerowali , dziwili
się a ja jechałem dalej. O tym odcinku i krajobrazie nie mogę opowiedzieć
zbyt wiele ponieważ albo nic nie było widać przez mgłę i ulewny
deszcz padający łącznie ponad 23 godziny (!!!) bądź też wzgórza
mnie otaczające nie wzbudzały zainteresowania. Na tym jakże ekstremalnym
"oesie" przytrafia mi się rzecz niespotykana a mianowicie
zasypiam na stojąco oparty o leżak na kierownicy. Śnią mi się jabłka!
Po 270 km docieram do Tromso i jestem z siebie cholernie dumny.
Nikt mi nie powie , że było łatwo i przyjemnie!
Do góry
:: Spitsbergen

Jedna noc relaksu i odpoczynku w hotelowym pokoju i czas na "
główne danie" podróży - Spitsbergen. Jestem niesamowicie podekscytowany.
Czy natura będzie dla mnie łaskawa na tym odległym lądzie , czy
pan i władca tego regionu , wielki i potężny biały niedźwiedź nie
zechce zakosztować mojego chudego mięska? Serce bije szybko , odprawa
, mija minuta i już jestem w środku , przy szybie. Jaki widok zafunduje
mi to miejsce? Lekko kręci mi się w głowie po spożytym w barze lokalnym
piwie ( najtańszym jakie spotkałem w tym kraju , kosztującym nieco
ponad 30 zł!) , ale miło tak i gorąco. Samolot jest już wysoko nad
ziemią a to co widzę zapiera dech w piersiach. Norwegia w pełnej
krasie. Tromso z lotu ptaka , drogi niczym nitki wijące się wśród
gór , zielone pola lasów , wyspy , lazur jezior które wyglądają
niczym szlachetne kamienie wciśnięte jakąś niewyobrażalną siła między
nagie zbocza gór o ośnieżonych szczytach , które bronią dostępu
do wnętrza kraju. Po chwili jednak znajduje się nad chmurami. Widok
znany mi z wcześniejszej podróży do Afryki. Jak okiem sięgnąć biały
puch a powyżej błękit arktycznego nieba. Umilam sobie czas spożywając
kolejne piwo. Samotność to to , co najbardziej doskwiera. Zmęczenie
przechodzi z czasem a samotność trwa każdego dnia coraz mocniej
dając znać o sobie. Ile bym dał za kotlet schabowy przyrządzony
przez mamę i rewelacyjny boczek z cebulką , który robi padre.
26-tego lipca słońce świeci wysoko nad horyzontem i daje niesamowitą
ilość ciepła , która ogrzewa moją przemęczoną z wyglądu twarz. Fiord
zalega niespotykana o tej porze roku ilość kry lodowej co daje wrażenie
białej rafy ciągnącej się wzdłuż brzegu kamienistego i raczej nie
przychylnego amatorom kąpieli w lekko słonawej i zimnej wodzie.
Dzięki temu zjawisku Isfjorden wygląda niesamowicie a otaczające
góry i miejscami zalegająca mgła potęgują wrażenie dzikości tej
ziemi. Człowiek czuje się tu wolny niczym ptak , czuje bliskość
natury
oby tylko nie podeszła za blisko w postaci białego misia
..Powietrze
jest tak czyste , że każdy oddech jest jak pierwszy zaczerpnięty
w momencie narodzin. Osobiście polecam ten region mieszkańcom zadymionego
Śląska. Siedzę więc czekając na powrotny lot i wspominam spędzony
tutaj czas.
Po wyjściu z samolotu pierwsze wrażenie jakie odniosłem nie było
zbyt ciekawe ale w miarę jak spoglądałem coraz dalej , wszystko
zaczęło się zmieniać. Jeszcze pierwszej nocy udaje się drogą która
przez 4 km biegnie opodal starych , wielkich , drewnianych dźwigaczy
, które służyły do transportu węgla ze starej kopalni. Ilość nabrzeżnych
urządzeń świadczy o poprzednim górniczym przeznaczeniu wyspy. Po
krótkim rekonesansie robotniczych pozostałości docieram do Longyearben.
Samo miasteczko nie wygląda specjalnie za ciekawie , ale lodowiec
górujący nad nim to prawdziwy majstersztyk , istne dzieło sztuki
wykonane przez Naturę. W blasku polarnego słońca rzeka lodu spływa
pod same granice osady , gdzie zmienia się w strumień a następnie
w rzekę , która niesie takie ilości osadów wypłukiwanych z lodowca
, że jest koloru mocno brunatnego o zerowej przejrzystości. Około
4 " w nocy" po uprzednim ogrzaniu się na słoneczku i spożyciu
ciepłego posiłku udaję się na spoczynek co w odróżnieniu do kilku
poprzednich nocy nie jest zbyt rudne do wykonania. Rano udaje się
na wzgórze położone 371 mnpm. skąd mam wspaniała panoramę na okolice.
Po zejściu na dół dowiaduje się , że 5 lat wcześniej w tym samym
miejscu jeden z niedźwiadków zabił dziewczynę , która tak jak ja
udała się tam podziwiać widoki. Troszkę mnie to przeraża , a zwłaszcza
, że w ostatnim czasie widziano kilka białych niedźwiedzi , które
korzystając z kry dostają się w bliskie rejony miasta. " Bez
broni nigdzie nie łaź" słyszę i przez chwile zastanawiam się
czy nie napotkam tego przemiłego zwierzaka w innych okolicznościach.
W miejscowym hoteliku udaje mi się kupić bilet na rejs łodzią po
fiordach. Widoki są niesamowite , mimo sporej ilości chmur , które
nisko zalegając ograniczają widoczność do 3 wysokości gór. Pustynia
, góry bez roślinności , lodowce i piasek wypłukany przez topniejące
śniegi. Widok niczym w kanionie Kolorado podczas zlodowacenia. Rozpoczyna
się barbecue , zjadam specjały niczym wygłodniały pies , który przy
śmietniku znalazł kość. Z rangi , że przewodniczka jest wegetarianką
a najwidoczniej spodobało jej się moje towarzystwo
z wzajemnością
z resztą
dostaje dodatkową porcję olbrzymiego pieczonego mięsiwa.
Przemiła Szwedka opowiada mi historie o marynarzach , którzy latem
1872 roku przypłynęli tu na połów ryb. Niestety zima przyszła wyjątkowo
wcześnie i cała załoga składająca się z 17-tu mężczyzn schroniła
się w "Szwedzkim domku" . Żaden z nich nie przetrwał zimy.
Inna opowieść dotyczy osobnika zwanego Hismalinov , myśliwego który
spędził na archipelagu 49 zim czyli przez 25 lat żył w warunkach
nocy polarnej! ( nie jestem pewien poprawności zapamiętanego nazwiska
). Mieszkał wraz z żoną nad jednym z tutejszych fiordów a w momencie
kiedy ta zaczęła rodzić myśliwy poszedł po pomoc i wrócił kilka
dni po narodzinach dziecka. Żona postanowiła wrócić do cieplejszego
klimatu i odpłynęła do Londynu . Ich chatka nadal stoi nad brzegiem
a od innych wyróżnia ją ład i porządek wprowadzony przez kobieca
rękę. Te krótkie historyjki świadczą o twardości ludzi tu mieszkających
i o niebezpieczeństwie czyhających na niedoświadczonych wędrowców.
Co do rekordu w ilości zim przeżytych na wyspach jeśli zimę roku
2004/2005 przeżył Rosjanin z Barentsburga to on jest rekordzistą
z liczbą 50 zim.
Na pokładzie oprócz wcześniej poznanej przewodniczki poznaję jeszcze
Nauczyciela , który jak się później okaże będzie moim aniołem stróżem.
Ale póki się to stanie wypijamy kilka piwek i serwujemy sobie dobrą
zabawę fotografując niedźwiedzia z książki a potem pokazując pozostałym
uczestnikom jakiego to my wielkiego misia widzieliśmy. Wracając
do Longier nasz stateczek uderza w wielką krę lodową z taką mocą
, że aby utrzymać równowagę trzeba się trzymać tego co jest pod
ręką. Mała wizja Titanica staje mi przed oczami. My jednak nie toniemy
i po pewnym czasie ląduje w ciepłym , przytulnym i bezpiecznym śpiworku.
Następnego dnia razem z "Belgijską wycieczką" udaje się
w głąb doliny Adventdalen. Bliskość strzelby wzbudza spokój więc
wędruję nie zdając sobie sprawy o tym co już wkrótce mnie czeka.
Belgowie postanawiają przekroczyć rzekę czego ja w moich bucikach
raczej nie jestem w stanie wykonać. Skupiając się na skubiącym trawę
reniferze zastanawiam się co robić dalej. Patrząc w mapę ruszam
w kierunku lodowca Foxfona.
Droga serpentyną wiedzie coraz wyżej. W odległości około 5 km widzę
moich niedawnych towarzyszy którzy niestety nie sforsowali rzeki
i wracają na camping. Ja udaję się wyżej. Mijam dwie wielkie anteny
"kocie oczy" i kamienistym traktem zmierzam na lodowiec.
Po kilkunastu minutach wspinaczki widzę olbrzymie pole lodu spływającego
w dół doliny. Robie parę zdjęć a cały dobytek zostawiam kilka metrów
dalej. W pewnym momencie słyszę niepokojące odgłosy nadchodzące
od strony lodowca. Jedyny myśl , która się we mnie rodzi to "Misiek".
Łapiąc w rękę flarę pędzę ile sił w nogach o mały włos nie wykręcając
sobie nóg na pokruszonych skałach. Jestem niesamowicie przerażony.
Mijają sekundy i kolejne metry. Obracam się ale nic oprócz kamiennej
pustyni nie udaje się wypatrzeć. Nie widzę też miejsca w którym
zostawiłem plecak z aparatem i dokumentami. Nie mam teraz ani pieniędzy
ani dokumentów. Postanawiam wrócić na górę. Idę strasznie powoli
rozglądając się na boki. Jeśli to był misiek może zainteresował
się zawartością mojego bagażu myślę sobie. Kilka kroków i widzę
dobytek tam gdzie go zostawiłem. Podbiegam chwytam wszystko i zamiast
szybko wracać pstrykam jeszcze fotkę w miejscu , w którym mogłem
przenieść się do krainy wiecznych łowów. Jestem 16 km od campingu.
Schodzę na dół i po godzinie zatrzymuję nadjeżdżający samochód ,
którym wracam do miasta. Belgowie są lekko zaskoczeni , że wracam
tak późno , ale gdy opowiadam im o mojej przygodzie są lekko zszokowani.
Wspólnie wskakujemy do lodowatego oceanu i bierzemy prawdziwą arktyczną
kąpiel miedzy krą lodową wielkości busa transportowego. Przed snem
poznaję Giedyminasa. Chłopak z Kowna podróżujący po świecie na stopa.
Następnego dnia rano po bardzo niespokojnej nocy gdy budziłem się
kilkakrotnie zlany potem ruszam z nowo poznanym przyjacielem na
szczyt położony 446 mnpm skąd dzięki przepięknej pogodzie mamy niesamowity
widok na pobliski lodowiec i osadę poniżej.
Jak się później okazuje mam zupełnie wyczyszczone konto i nie mam
jak zapłacić za camping. I tu jak anioł pojawia się Nauczyciel ,
który wręcza mi banknot 100 koron czym ratuje moją skórę. Czas wracać
na kontynent. Pożegnanie z Giedyminasem nie jest wesołe. Będąc razem
w trasie na pewno było by nam raźniej. Może kiedyś spotkamy się
na szlaku.
Samolot startuje a ja wpatrzony w ten przepiękny krajobraz , pasma
gór ciągnące się w nieskończoność , lodowce spływające zeń wgłęb
dolin. Wszystko skąpane w promieniach arktycznego słońca , które
chyba w nagrodę dało mi możliwość zakosztowania tego wszystkiego
pełnej okazałości.
Do góry
« Poprzednie
Etapy Dalsze
Etapy»
|
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|