|
:: Wstęp

Jest połowa sierpnia 2003-go roku. Wracam z pierwszej rowerowej
eskapady po Litwie i Łotwie , którą odbyłem wraz kuzynem Pawłem
Soleckim.1500 km przebyte na składaku i góralu pozwala myśleć o
najdalszych zakątków globu. Azja i Bajkał , Nordkapp , dzikie zakątki
Ameryki Południowej to tylko kilka szalonych pomysłów , marzeń które
zrodziły się zanim jeszcze porwałem się na rowerową wędrówkę , marzeń
, które chciałbym zrealizować w przyszłości.
Mijają miesiące , Paweł trafia do armii a ja postanawiam samotnie
wyruszyć na Nordkapp i Spitsbergen. Godzinami tonę w mapach i przewodnikach
starając się jak najlepiej przygotować od strony teoretycznej. Rodzice
patrzą na moje poczynania z lekkim politowaniem chyba nie wierząc
w końcowy sukces. Ja sam tak naprawdę nie do końca jestem pewien
w to że mi się uda.
:: O Uczestniku

Łuaksz Michałkiewicz - student geodezji i szacowania nieruchomośći
(obecnie rok IV). odbyte wyprawy: litwa - lotwa 2003 wraz z Pawłem
Soleckim , Nordkapp i Spitsbergen 2004 - samotnie , Alpy 2005 -
samotnie. W planach przejazd przez Himalaje.
Kontakt: lukaszmichalkiewicz@wp.pl
:: Etap 1 Orneta - Nynashamn
- Oslo 23.06.04-30.06.04

Z dziennika podróżnika
Zaczyna się tenwyśniony dzień 23 czerwca 2004 roku. Silniki promowe
zaczynają pracować. Jeszcze kilka miesięcy temu podróż ta była marzeniem
tak odległym i nierealnym , że wręcz niestosowne było myśleć o niej
a właśnie teraz się rozpoczyna. "Na koniec świata" - tak
został zatytułowany artykuł w jednej z gazet w dzień mojego odpływu.
Ruszam na skraj świata , po przygodę , po marzenia. Co mnie czeka?
Kogo spotkam? Czy podołam temu zadaniu? Następne zapisane strony
będą świadczyły że walczę i staram się dogonić marzenia.
W
południe następnego dnia pedałuję w stronę Sztokholmu. Raz w mżawce,
raz w upalnym słońcu pośród zatłoczonych ulic i ścieżek rowerowych
docieram do centrum Stolicy. Monumentalne budowle między niezliczona
ilością kanałów , brukowe uliczki , wysepki , jachty zacumowane
przy nabrzeżu i rzesze turystów nadają miastu niepowtarzalny klimat.
Przez następne dni , jadąc drogami wśród Szwedzkich jezior walczę
z pogodą i pagórkowatym terenem. Nie omijają mnie miłe akcenty szwedzkiej
gościnności gdy przypadkowo trafiam na tradycyjne w tym okresie
party co skutkuje tym , że następnego dnia męczy mnie potworny kac
ale również bardzo niebezpieczne przygody na drodze gdzie wymijająca
mnie ciężarówka o mały włos nie spowodowałaby tragicznego zakończenia
podróży. I tak 29 czerwca przekraczam granicę Norweską i już po
paru kilometrach krajobraz zmienia się nie do poznania. Jadę wąska
boczną drogą nr 21 , która wije się wzdłuż rwącego strumienia a
po obu stronach wyrastają wysokie na kilkanaście metrów skalne ściany
i gęsty zielony las którego woń unosi się w powietrzu. Już pierwszej
nocy doświadczam dobroci ze strony młodego małżeństwa , które zaprasza
mnie na nocleg.
:: Etap 2 Oslo - Trondheim
30.06.04-11.07.04

Docieram do Oslo gdzie poznaje Ricarda którego matka jest polką.
Z racji , że mój nowo poznany przyjaciel jest w wojsku a wojskowa
stołówka jest wyśmienicie zaopatrzona mam darmowy posiłek w postaci
mięsa , ziemniaków , makaronu i wielu innych specjałów których już
do końca podróży nie uda mi się skosztować. Przez dwie noce obserwuję
życie pół milionowego miasta. W bocznych uliczkach i ciemnych zakamarkach
spotykam parę osób uzależnionych od narkotyków i alkoholu. Nie stanowią
oni jakiegoś wielkiego zagrożenia, ale widok brudnego narkomana
mówiącego przez cały dzień do siebie samego nie jest zbyt dobrą
wizytówką dla jakże zamożnego kraju. Stolica jest mieszanką wielu
kultur , 20 % populacji to Szwedzi, resztę stanowi mieszanka etniczna
całego globu. Polacy na których wpadam na swojej drodze, "turyści"
z Kosowa i Bośni , czarni , biali i czerwoni no i oczywiście żółci
z kamerami. Spotkanie Norwega okazuje się nie lada problemem. Największą
atrakcją wydaje się tu być Oslofjord , gdzie na falach w pobliżu
twierdzy Akershus unoszą się niezliczone ilości jachtów , żaglówek
, promów i przepięknych drewnianych stateczków a na pomostach można
spotkać wielu bardzo ciekawych ludzi. Rozmawiam z kilkoma osobami
, które to są żywo zainteresowane moja samotną podróżą. I jak już
zdążyłem się przyzwyczaić dowiaduję się że jestem "crazy".

" No nareszcie znalazł się jakiś Norweg , który po polsku
mówi. Nie ma jak to rozmawiać po polsku w innym kraju. Od naszego
pierwszego spotkania było grubo dużo beki i śmiania się a teraz
pomyśl ile fotek narobiliśmy to raczej szaleństwo. No ale i tak
jakoś ten czas minął szybko i teraz zasuwasz przez całą Norwegię.
To ja ci tylko powiem cześć bo tyle szmat drogi bym nie ruszył.
No to na koniec życzę ci miłej drogi. Szanuj Norwegię i nie podrywaj
naszych dziewczyn" Ricard
1-go lipca lekko rozleniwiony żegnam się z Ricardem i wsiadam na
bicykl. Znów w trasie. Ten odcinek jest strasznie ciężki , jeszcze
nigdy nie podjeżdżałem tak wysoko. To dopiero kilka kilometrów za
Oslo a co będzie w górach? Ale każdy trud i wysiłek włożony przy
pokonywaniu kolejnych wysokości na samym szczycie daje niesamowitą
dawkę satysfakcji oraz co najważniejsze przepiękne widoki . Wieczorem
spotyka mnie nie lada zaszczyt. Spożywam kolację w towarzystwie
mistrza Norwegii w biegu na 1500m z 1968 r. Następnego dnia jadąc
80 km wzdłuż Rahdsfjordu mam okazję dogłębnie poznać zmienność tutejszej
pogody , która przez pierwszych 30 km nie ułatwia mi pedałowania
zalewając mnie hektolitrami deszczu by jak gdyby nigdy nic zmienić
się w przyjazną dla rowerzysty aurę. Droga raz lekko opada a raz
wznosi się kilkadziesiąt metrów nad lustro krystalicznie czystej
wody. Domki po drugiej stronie wydają się takie małe , wysokie wzgórza
nad nimi potęgują to wrażenie. Ale jest to chyba najbardziej płaski
odcinek jaki pokonałem w Norwegii więc jadąc w dość szybkim tempie
docieram do ukrytej pośród lasów wioski gdzie w pobliżu niewielkiego
wodospadu rozbijam namiot. Kolejny poranek zaczyna się fantastycznie.
Jest słonecznie , kąpiel w lodowatej wodzie wodospadu i kisiel na
śniadanko szybko stawiają mnie na nogi. Pierwsze 5 km jadę wzdłuż
rzeki której szybki , przeciwny do mojego kierunku jazdy prąd zwiastuje
rychłą zmianę nachylenia. I zgodnie z oczekiwaniami zaczyna się
15 kilometrowy podjazd. Ostatni zakręt i już będzie lekko myślałem
sobie , ale tam czekał mnie lekki zjazd i kolejna mozolna wspinaczka.
Jakimś cudem , porządnie zmęczony i mokry od potu dojeżdżam do przełęczy
przed Fagernes. Cóż za widoki , piękne wysokie góry pokryte śniegiem
, poniżej zielone lasy i długie jezioro. Nakładam spodnie , polar
, kurtkę i rękawiczki. Zaczyna się zjazd. W 12 minut pokonuję około
10 kilometrów. Lekko zmrożony melduję się w przydrożnym barze gdzie
za cenę jednej porcji dostaje 3 wielkie i sycące mój wilczy głód
obiadki.: 2-wie porcje na wstępie z racji dość imponującego wymiaru
moich bagaży rowerowych a kolejną gdy właścicielka dowiaduje się
, że w domu jadam więcej.

Co za ludzie !!!!!! Ruszam dalej i po przejechaniu 2-óch kilometrów
kładę się spać w trawie nad jeziorem , które widziałem z przełęczy.
Godzinka w słońcu pozwala mi odetchnąć. Dziś pokonuje jeszcze kilkadziesiąt
kilometrów. Jadę niezwykle malowniczą droga , która wije się brzegiem
jeziora. Z wody wyrastają wysokie na kilkaset metrów skały , a opadające
z nich wodospady wyglądają niczym białe cienkie nitki zawieszone
na szarej ścianie. Przejeżdżam krótkim tunelem i jadąc skalną półką
powoli wypatruje miejsca na nocleg. W ten sposób przecieram dodatkowe
10 kilometrów szlaku. Namiot rozbijam nad brzegiem jeziora a korzystając
z gościnności gospodarzy zjadam pyszną kolację i biorę ciepły ,
orzeźwiający prysznic.
Jest 4-ty lipca w Stanach świętują. A ja? Komu w drogę temu rower
i 50 kg bagaży. Ciacho na śniadanko , pożegnanie z psami i jadę.
Pierwsze 7 km dla zachęty płasko i przyjemnie aż tu nagle widzę
znak 6-cio % podjazd na odcinku 13-stu km. Co to była za walka.
Ciężko szło , pot z czoła i muchy nie umilały mi jazdy ale jak się
okazało to było tylko preludium do czekających mnie później przygód.
Zdrowo zmęczony docieram do Tein. Jestem powyżej granicy śniegu.
Nic tu nie rośnie , tylko mchy i porosty. Krajobraz majestatycznych
gór, który roztacza się przede mną całkowicie rekompensuje trud
i zmęczenie. Stoję chwilkę i wpatrzony w biel szczytów zastanawiam
się co będzie dalej
czy może być jeszcze piękniej?

Do Ardal prowadzi przepiękna droga dająca rowerzyście dużo przyjemności
i dawkę niezapomnianych emocji, czego można się spodziewać skoro
wcześniej przez taki szmat drogi podjeżdża się pod górę. Jadę na
"luzie" a mimo to na liczniku ciągle powyżej 40 km/h.
Wiatr mrozi palce i twarz. Nagle zza zakrętu wyłania się potężna
góra a u jej stóp Ardal. Dzieli nas kilkaset metrów różnicy wysokości.
Ręce kurczowo zaciśnięte na hamulcach a wzrok wlepiony w następny
zakręt. Zaczyna padać , pędzę jak oszalały , z lewej skały z prawej
przepaść. Serpentynami zjeżdżam coraz niżej , tylne klocki wytarły
się i przestały działać , jeden tunel , drugi , jest ciemno i nic
nie widzę , trzeci , pędzę jak oszalały , buty pracują jako hamulce.
Szczęśliwie dojeżdżam na sam dół. Patrzę w górę i wzbudza się we
mnie podziw dla budowniczych tej drogi wykutej w niemal pionowej
skale.
Jestem u brzegów Ardalsfjordu biorącego swój początek w Sognefjordzie
, najdłuższym bo wcinającym się w ląd na ponad 200 km. Miasteczko
jak każde ma w sobie coś z bajki a drewniane domki kontrastujące
z kamiennymi ścianami gór nadają mu jeszcze większego uroku.

Następny dzień zaczyna się obiecująco. Słoneczna pogoda , dobre
samopoczucie i znak Turtagro 32. A wczoraj mówili , że mordercza
wspinaczka czeka mnie na odcinku 44-ech kilometrów. Ruszam! Ochoczo
podjeżdżam pierwszy kilometr i
zsiadam z roweru. Jest gorąco ,
zaczynam odczuwać skutki wczorajszego wieczoru spędzonego w barze
a do tego droga jest tak stroma , że łatwiej jest pchać bicykl.
Więc mozolnie kilometr po kilometrze , godzina po godzinie wspinam
się coraz wyżej , zanika roślinność i coraz częściej pojawia się
śnieg. Pije wodę z rzeki i pcham dalej. Robi się chłodno , zaczyna
padać deszcz. Nagle w oddali zauważam małą budkę zwiastującą rychłe
zdobycie przełęczy. Docieram tam po kolejnych 30 minutach. Czas
pchania 5 godz. i 30 min!
Ale żeby nie było wesoło dowiaduję się , że z 1315 mnpm, zjadę na
1080 a następnie muszę podjechać na 1300! Leje coraz mocniej a remontowana
droga pod wpływem takiej ilości deszczu zmienia się w błotnistą
ścieżkę z niezliczoną masą wystających ostrokrawędzistych kamieni.
Po kolejnej godzinie docieram do Turtagro. To był szalenie ciężki
dzień , ale widok Jotunheimen , zieleń traw kontrastująca ze śnieżną
czapą leżącą kilkaset metrów powyżej , serpentyna drogi wijącej
się wśród wodospadów i ciężkie deszczowe chmury wokół mnie zdają
się mówić " za jakiś czas podjedziesz tu jeszcze raz "!
To już 2 tygodnie jak wyruszyłem. Dla zachęty 11 km podjazd na przełęcz.
Na podwórku jakieś 5 stopnie , pada deszczyk a ja w podkoszulku
wspinam się podziwiając wieś ,której zdobycie jest dla wielu cyklistów
elementem honoru i ambicji. Mijam jezioro , na którym miejscami
unosi się kra. Brnę coraz wyżej i po około 2 godzinach zdobywam
Płaskowyż! Jestem na 1434 mnpm w punkcie zwanym Fantesteien. Szczyty
spowite chmurami tak gęstymi , że nie mogę rozpoznać najwyższej
z gór w tym rejonie świata ale wiem , że Galdhopigen jest tuż obok
mnie. Potężny lodowiec kilka kilometrów dalej , śnieżne zaspy obok
drogi i około 2 stopni na plusie. Telefon do domu z mojego "Dachu
Świata" i puszczam się w dół szalonym tempem oscylującym wokół
65 km/h. Po kilku chwilach zaczyna wracać roślinność ,deszczowe
chmury zostały po drugiej stronie przełęczy a rwący potok o krystalicznie
czystej wodzie zachęca do kąpieli.

Droga biegnie w dół malowniczą doliną aż do Lom. W miasteczku
nie zabawiam ani chwilki szybko udając się w stronę Geiranger do
którego zamierzam dotrzeć następnego dnia, który zaczyna się nie
wesoło. Moje plany szybko weryfikuje brak siły, kładę się więc w
trawie w celach relaksacyjno - posiłkowo - wypoczynkowych. Głowa
boli tak mocno ,że dalsza jazda wydaje się być niemożliwa ale zaciskam
zęby i jadę, ciągle pod górę , znów ponad granice występowania roślinności.
Dochodzi do tego kontuzja kolana , ale jakimś cudem docieram do
stóp Dalsnibby na 1100 mnpm. Po 60 km wspinaczki rozpoczyna się
20 km zjazd do brzegów Geirangerfjordu. Pada deszcz , jest niesamowicie
ślisko , mknę ze średnią 50 km /h.
Dłonie znów kurczowo zaciśnięte na hamulcach a oczy wlepione w następny
zakręt. Po 25 minutach zjeżdżam na sam dół. Miasteczko bliźniaczo
podobne do Ardall. Fiord , góry i taka sama serpentyna prowadząca
w stronę chmur. Czyżby jutro czekało mnie Turtagro 2?
Spotykam sympatycznych norwegów oraz anglików. Międzynarodowe towarzystwo
z rozpiętością wieku 21-75 lat. Lokujemy się pod skalnym daszkiem
, obok szumi wodospad , żar ogniska i kiełbaski umilają długą gawędę
o powodach dla których Norwegowie budowali domy tak daleko od sąsiada.
W wyniku tej iście sejmowej debaty dochodzimy do wniosku , że kiedyś
ludzie tu mieszkający nie chcieli mieć sąsiada 100 metrów od swego
domu. Najlepiej jeśli mieszkał by on w sąsiedniej dolinie a jeszcze
lepiej by było gdyby zamieszkiwał nie sąsiednią dolinę a sąsiedni
kraj.
"Hei Lukas! Na sitter vi Her i Geiranger og griller polser
og farmer oss ver batet. Her regner det ilike fordi vi sitter under
fiellet. God fur videre noldover!! Kansleje vi sees I Tromso??
Hilsen Man Anne"

Dyskusje przeciągające się do późnych godzin "nocnych"
o dziwo nie odbijają się na mojej formie. Z najpiękniejszego i najbardziej
popularnego miasteczka w Norwegii wyruszam wcześnie jak na mnie
bo o 10:30. Dostaje jeszcze naklejki z flagą kraju oraz Geiranger.
Na sakwach prezentują się wyśmienicie. Do Andalsnes prowadzi droga
nr 63 zwana " Golden Route" -Złota droga. Pierwszy jej
odcinek zwany Drogą Orłów wspina się 11 serpentynami od fiordu do
punktu Korsmyra położonego 620 mnpm. , gdzie spotykam rodaków. Z
resztą w tej okolicy spotkałem ich całkiem sporo. Zanim jednak zdobędę
szczyt mozolnie posuwam się do góry , słońce pali niemiłosiernie.
Na jednym z zakrętów obok tarasu widokowego zanurzam się w chłodne
wody małego wodospadu. Jest tu wielu turystów wśród których wzbudzam
podziw. Nie robią mi zdjęć tak jak poznani dzień wcześniej Anglicy
ale każdy z bliska ogląda rower. Z kilkoma osobami prowadzę krótką
rozmowę po czym spoglądam na " Siedem sióstr" i ruszam
dalej. Po 10-cio km podjeździe jestem na szczycie skąd rozpościera
się wspaniała panorama na Geirangerfjord i otaczające go góry. Obowiązki
jednak wzywają i po kilkunastu minutach jestem już bardzo daleko.
Droga szybko opada aż do Eidsdal gdzie promuje się przez Norddalsfjord
do Linge. Jestem już tak blisko spełnienia jednego z marzeń - dotarcia
na Trollstigveien. Wjeżdżam a raczej wchodzę tam kompletnie wyczerpany
nie kończącym się podjazdem. Ale jestem szczęśliwy , że udało się
to co kiedyś było tylko moim szalonym wymysłem. W geście triumfu
unoszę do góry zmęczone ręce , na twarzy czując chłodny powiew wiatru
wpatruję się w przepiękną dolinę. Czuję , że już wszystko się uda!
Droga oddana do użytku w 1936 r. robi piorunujące wrażenie. Jestem
na 852 m n h o. a w dół prowadzi 11 serpentyn i kilkuset metrowa
przepaść. Po obu stronach jak strażnicy stoją góry zwane Król ,
Królowa i Biskup , ze szczytu opada Stigfossen ,wodospad o wysokości
320 m. Ruszam w dół , rower rozpędza się w zastraszającym tempie.
Znów buty ratują mi skórę gdy przed jednym z zakrętów zbyt próżno
zaczynam hamować a rozpędzony do niemal 70 km/h rower widocznie
chce skrócić trasę wyprawy wybierając wariant lotniczy. Teraz jadę
już bardziej rozważnie. Na chwilę zatrzymuję się na moście, pod
którym opadają wody Stigfossen i robię kilka zdjęć. Postój na tej
drodze jest zabroniony z powodu spadających z góry skał. Po 8 km
zjeździe nieopodal Andalsnes rozbijam obóz. Około godziny 2-giej
w "nocy" zasypiam po uprzedniej kąpieli w lodowatej rzece.
11-go lipca docieram do Trondheim. Czas na zasłużony odpoczynek
i przegląd 3-go co do wielkości miasta tego wspaniałego kraju. Na
wieczorny wypad udaję się z nowo poznaną koleżanką z Nebraski. Miasto
bez klimatu jedynie katedra robi jako takie wrażenie. W biurze podróży
kupuję bilet na Spitsbergen. Odlot mam 22 lipca więc czasu jest
niewiele.
Do góry
Dalsze Etapy »
|
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2010 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|