Relacja z wyprawy
| Dzień nr. |
Data |
Trasa |
Na rowerze.. |
| 1 |
5 lipca 2004 |
Warszawa - Gdansk pociąg pospieszny; Gdansk - Nyneshamn prom |
21 km |
| 2 |
6 lipca 2004 |
Nyneshamn - Sztokholm - Solna |
75 km |
| 3 |
7 lipca 2004 |
Solna C - Uppsala - droga 272 na Gavle |
108 km |
| 4 |
8 lipca 2004 |
droga 272 na Gavle - Ostervala - Hade - Gavle - Hille |
125 km |
| 5 |
9 lipca 2004 |
Hille - Trodje- Hamrange - Soderhamn - Hudiksvall |
146 km |
| 6 |
10 lipca 2004 |
Hudiksvall - Hamanger - Njurunda - Sundsvall - Fagervik |
114 km |
| 7 |
11 lipca 2004 |
Fagervik - Soraker |
10 km |
| 8 |
12 lipca 2004 |
Soraker - Harnosand -Ullanger - Norrtjarn |
128 km |
| 9 |
13 lipca 2004 |
Norrtjarn - Ornskoldsvik - Olosfors - Umea |
149 km |
| 10 |
14 lipca 2004 |
Umea -Lovanger - Skelleftea- Byske |
165 km |
| 11 |
15 lipca 2004 |
Byske - Pitea- Lulea- Person |
129 km |
| 12 |
16 lipca 2004 |
Person - Ranea - Tore- Overkalix - Ansvar- Teurajarvi |
154 km |
| 13 |
17 lipca 2004 |
Teurajarvi -Korpilombolo - Pajala - Kolari - Tapojarvi |
124 km |
| 14 |
18 lipca 2004 |
Tapojarvi - Muonio - Palojoenssu - Entotekio - Palojarvi - Restplatz 10km za granicą Fin\Nor |
186 km |
| 15 |
19 lipca 2004 |
Restplatz za granicą Fin/Nor - Kautokeino - Lappoluobbal - 25 km przed Altą |
152 km |
| 16 |
20 lipca 2004 |
Restplatz - Alta- Skaidi - Olderfjord -Smorfjord |
151 km |
| 17 |
21 lipca 2004 |
Smorfjord - 20km przed Hooningsvag |
90 km |
| 18 |
22 lipca 2004 |
20km przed Honningsvag - Honningsvag - NORDKAPP - Honningsvag - Nordkapp tunel |
90 km |
| 19 |
23 lipca 2004 |
Nordkapp tunel - Olderfjord - Starbursnes - 10km przed Lakselv |
141 km |
| 20 |
24 lipca 2004 |
Lakselv- Karasjok- Karigasniemi- Kevon |
125 km |
| 21 |
25 lipca 2004 |
Kevon- Kaamanen - Inari - Ivalo - Tormanen |
145 km |
| 22 |
26 lipca 2004 |
Tormanen - Vuotso - Kersilo |
149 km |
| 23 |
27 lipca 2004 |
Kersilo - Sodankyla - Vuojarvi- Ala-Nampa- Vikajarvi |
118 km |
| 24 |
28 lipca 2004 |
Vikajarvi - Napapiiri - Rovaniemi -Valajaskoski - Koivukyla- Sompujarvi |
134 km |
| 25 |
29 lipca 2004 |
Sompujarvi - Alaniemi - Simo -Haukipudas - Oulu - Kempele- Tupos |
162 km |
| 26 |
30 lipca 2004 |
Tupos - Rantsila- Pulkila- Karsamaki -Emolahti |
152 km |
| 27 |
31 lipca 2004 |
Emolahti - Pihtipudas - Vitaasarri - Aanekoski - Suolahti -Vatia |
155 km |
| 28 |
1 sierpnia 2004 |
Vatia - Vajaakoski- Hartola - Hainola -Vierumaki |
188 km |
| 29 |
2 sierpnia 2004 |
Vierumaki - Lahti - Helsinki |
149 km |
| 30 |
3 sierpnia 2004 |
Helsinki - Tallin (prom) Tallin -Parnu |
133 km |
| 31 |
4 sierpnia 2004 |
Parnu -Ikla -Saulkrasti |
159 km |
| 32 |
5 sierpnia 2004 |
Saulkrasti - Riga - Bauska - 5 km za granica lat\lit |
155 km |
| 33 |
6 sierpnia 2004 |
granica Lit\Lat - Panevezys - Kaunas -Ververiai |
204 km |
| 34 |
7 sierpnia 2004 |
Ververiai - Marjampole - Kalvaria - Suwałki |
109 km |
Podziękowania
|
|
Dzień pierwszy (5.07.04)
Trasa: Warszawa - Gdansk pociąg pospieszny; Gdansk - Nyneshamn prom; na rowerach tylko 21km
Wyprawa dla mnie zaczęła się faktycznie o godzinie 7 rano kiedy obudził mnie dzwonek do drzwi. Michał obładowany bagażami przyjechał prawie godzinę wcześniej niż zapowiadał. Dla niego wyprawa zaczęła się 4.07.08 gdy opuścił rodzinne Suwałki i wyruszył pociągiem do Warszawy. Po uzbrojeniu roweru w sakwy i porównaniu wagi "sprzętu", okazało się , że Michał wziął o wiele więcej bagażu. Różnica wynikała przede wszystkim z ilości zabranych konserwJ i innych produktów spożywczych. Michał, w przeciwieństwie do mnie, nie nastawił się chyba na zrzucenie zbędnych kilogramów, hehe
Pilotowani przez mojego tatę dotarliśmy na Dworzec Zachodni. Tu ku naszemu zdziwieniu spotykaliśmy wielu krzątających się rowerzystów. Po przeprowadzonym wywiadzie okazało się jednak że nikt nie jechał tak daleko jak my. Większość miała zamiar jeździć po terenach Polski.
Podróż do Gdańska przebiegła bez przygód. Konduktorzy nie robili problemów, gdy wraz z innymi "bikerami" zablokowaliśmy tył pociągu. Wzbudziło to moje zdziwienie mając w pamięci przejścia z pracownikami kolei z ostatnich moich wypraw. Czyżby wreszcie dorośli od Europy?.
Po sprawnym wyładowaniu sprzętu w Gdańsku udaliśmy się na przystań promową. Mimo zapowiedzi że droga jest świetnie oznakowana, nie obyło się bez pomocy miejscowych. Po drodze tylne koło wpadło mi w szynę tramwajową, ledwo co uratowałem się przed upadkiem. Efekt nieuwagi kosztował mnie niestety małym "biciem" obręczy (czy nie za wcześnie na pierwszą awarię?). Piękny początek wyprawy... Odprawa promowa była formalnością, nie niepokojeni wjechaliśmy na poziomy dla samochodów gdzie zostawiliśmy nasze rumaki. A my z co cenniejszymi rzeczami udaliśmy się na zwiedzanie statku. Czekał nas 17godzinny rejs....
Pierwsze godziny upłynęły na zwiedzaniu promu. Zajrzeliśmy chyba wszędzie gdzie tylko można było. Ale jak mówi stare promowe przysłowie wszystkie drogi prowadza do sklepu wolnocłowegoJ wiec chcąc nie chcąc zwiedzanie zakończyło się zakupem szesciopaków z napojem na lepszy sen. Korzystając z okazji wzięliśmy również kąpiel pod ciepłym prysznicem o którym dowiedzieliśmy się gdy próbowaliśmy "wykąpać się" w umywalkachJ. Odświeżeni zadomowiliśmy się na fotelach lotniczych ,gdzie już po kilku godzinach dało się poczuć "rodzinną atmosferę". Graliśmy w tysiąca z p.Edkiem, gadaliśmy z dziewczynami z Bydgoszczy jadącymi na "saksy", traciliśmy drobne monety na automatach, by wreszcie zasnąć na karimatach miedzy rzędami foteli.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień drugi (6.07.04)
Trasa: Nyneshamn - Sztokholm - Solna 75km
Wstaliśmy dwie godzinki przed planowym dopłynięciem promu. Po szybkiej toalecie porannej, wyglądając przez okna oczekiwaliśmy upragnionego dokowania w Nyneshamn czyli rozpoczęcia naszego pedałowania na Nordkapp.
Schodząc na ląd ustaliliśmy z grupką poznanych na promie rodaków, że do Sztokholmu podjedziemy razem. W Sztokholmie przesiadali się oni na prom do Turku. Celem ich wyprawy była 3 tygodniowa jazda po terenach południowej Finlandii. Kontrole graniczna przeszliśmy wspólnie i aby uniknąć problemów przyodzialiśmy solidarnie kolorowe kaski rowerowe, których używanie w czasie jazdy rowerem podobno jest obowiązkowe w Szwecji.
Jazdę zaczęliśmy o godzinie 12.30 wbrew wszystkim znanym nam prognozom pogody, przy świecącym słońcu. Tak więc pełni optymizmu zaczęliśmy "połykać" pierwsze kilometry ku przylądkowi północnemu. Odnalezienie drogi do Sztokholmu innej niż autostrada nie było wcale proste. Pierwsze kilometry minęły na troszkę chaotycznym kluczeniu i szukaniu odpowiednich ścieżek rowerowych. W miedzy czasie zgodnie z prognozami zaczęła się psuć pogoda i trzeba było przywdziać kreacje deszczowe. Jazda wspólna z rodakami nie wychodziła zbyt sprawnie, rozdzieliliśmy się więc, zostawiając ich w tyle....
W czasie poszukiwania właściwej drogi (ścieżki rowerowej) do Sztokholmu natknęliśmy się na p. Krystynę reprezentantkę Polonii szwedzkiej. Tabliczka POLAND na tyłach sakw zaczęła działać :) Pani Krystyna zaprosiła nas na herbatkę, oraz wyposażyła nas w dosyć dużą ilość jedzenia, które , aby nie czynić miłej gospodyni przykrości, z oporami przyjęliśmy. Postój u p .Krystyny spowodował, że znowu spotykaliśmy znajomych rowerzystów polskich z promu, którzy w między czasie nas wyprzedzili. Próba dotarcia do Sztokholmu ścieżkami rowerowymi kosztowała nas sporo nerwów, oznakowania są tylko ciut lepsze niż w Polsce. Sami tubylcy nie wiedzieli jak doprowadzić rowerzystę do centrum Sztokholmu. Mimo wszystko dotarliśmy do centrum stolicy Szwecji, gdzie na dobre rozstaliśmy się z rodakami i już samotnie udaliśmy się na zwiedzanie sztokholmskiej metropolii. Oczywiście jeżeli można tak nazwać przejazd przez miasto i krótki odpoczynek na starówceJ. Właśnie w czasie tego odpoczynku spotkaliśmy "cyklistów" z Czech i jeden z nich Karl z Pilzna przyłączył się do nas. Ze Sztokholmu w strugach rzęsistego deszczu wyjeżdżaliśmy już we trzech. Oczywiście opuszczenie miasta tak jak i wjazd do niego nie obył się bez problemów. Ścieżki rowerowe kluczą a ich oznakowanie zrozumiale jest chyba tylko dla miejscowych.. W akcie desperacji zaczęliśmy poruszać się drogami dla samochodów nie zważając na spotykane znaki " anti-bike"J Zmiana trasy przyspieszyła nasze dotarcie do Solna . Tu w parku nad fiordem rozbiliśmy nasze pierwsze obozowisko. Wieczór upłynął na rozmowach z Karlem i pichceniu pierwszych "chińskich" dań na naszej turystycznej kuchence.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzeci (7.07.04)
Trasa: Solna C - Uppsala - droga 272 na Gavle 108km
Noc przebiegła spokojnie. Mimo iż namioty były rozbite w miejskim parku nikt nas nie niepokoił. Po szybkim śniadanku i zwinięciu obozowiska, razem z Czechem udaliśmy się w stronę Uppsali. Pogoda sprzyjała jeździe, liczyliśmy więc na dotarcie do celu pierwszego etapu, czyli w okolice miasta Gavle. Niestety los chciał inaczej...
Szwedzkie ścieżki rowerowe były projektowane przez sadystów. Prowadzą wśród osiedli, klucząc między domkami i podwórkami. Co rusz trzeba było podjeżdżać pod górkę tylko po to aby za chwile równolegle do naszego podjazdu z niej zjechać .Jazda nimi kosztowała nas sporo nadprogramowych kilometrów nie mówiąc już o siłach i przede wszystkim nerwach.
Ten dzień zadecydował o ostatecznej rezygnacji ze szlaku " sverigeleden", którym mięliśmy podróżować. Korzystając z niego nie dojechalibyśmy do granicy z Finlandią chyba do PaździernikaJ Podjęliśmy decyzje, w obronie własnej, że od jutra będziemy jeździli tylko drogami, najpierw 272 , dalej E4 lub równoległymi. Tylko Karlowi nie pasowała ta decyzja. Stwierdził, że to niebezpieczne i że przeczytał w przewodniku że tak nie można. Po krótkiej krytyce jakości jego przewodnika namówiliśmy go by jednak jechał z nami.
Na tym etapie złapaliśmy pierwsze "gumy". Najpierw Michał, później ja, dwie z rzędu. Szybka diagnoza: taśmy "ritchey" nie nadają się do niczego (ta taśma ma za zadanie chronić dętkę przed uszkodzeniami przez końce szprych w obręczy). Jedna z dętek była tak pocięta iż klejenie jej nie miało nawet sensu. Na szczęście miałem ze sobą zwykła taśmę izolacyjną, którą wylepiłem sobie obręcz - pomogło.
Przez Uppsale po prostu przejechaliśmy próbując nadrobić stracony przez awarie czas. Nagle nasz Czech zapragnął koniecznie zwiedzić widoczny z daleka kościół. Zaproponowaliśmy mu rozdzielenie się ale po chwili zrezygnował ze zwiedzania i zdecydował się jechać dalej z nami. Mniej więcej od tego momentu Michał zaczął planować pozbycie się Karla. Cały wieczór skarżył mi się , ze nie może go już znieść, że denerwują go wypowiedzi Czecha itd. Nie bardzo rozumiałem na czym polega "problem Karla" u Michała ponieważ brak przygotowania kondycyjnego spowodował iż przez prawie cały dzień "ciągnąłem" się za nimi, nie uczestnicząc w ich dyskusjach.
Zanocowaliśmy koło gospodarstwa niedaleko drogi 272 na Gavle. Na kolacje chińszczyzna..
Powrót na początek
|
|
|
Dzień czwarty (8.07.04)
Trasa: droga 272 na Gavle - Ostervala - Hade - Gavle - Hille 125km
Noc była wieloetapowa zarówno dla mnie jak i Michała. Zupełnie nie spodziewaliśmy się takich warunków. Obaj zasypialiśmy w szortach i t- shirtach a ostatecznie obudziliśmy się w dresach, bluzach i skarpetkach. Czyżby to miało być już przetarcie przed zimnymi nocami na północy Skandynawii?!?
Zwijanie obozowiska poszło sprawnie i o 10 wyruszyliśmy w trasę oczywiście po uprzednim napełnieniu bidonów u gospodarzy. W tym momencie wypada napomnieć iż woda w kranach skandynawskich określana jest jako "drinking water" i smakuje rzeczywiście przebojowo. Rozwiązało to nasz problem jeśli chodzi o napoje na prawie cała wyprawę.
Pierwsze kilometry na trasie poszły bardzo sprawnie. Mimo dużego zachmurzenia, nie spadła ani jedna kropla deszczu, a nawet co jakiś czas przebijały się promienie słoneczne.
W miejscowości Ostervala, na pierwszym przystanku po 40km, doszło do tego co wisiało już w powietrzu od dłuższego czasu. Rozdzieliliśmy się z Karlem. W sumie sami nie wiemy czy to on nas zostawił czy to my jego zostawiliśmy, w każdym razie w dalszą drogę pojechaliśmy już we dwójkę. Normalnie " czeski film" nikt nic nie wie
Pojechaliśmy w stronę Hade, po kilku kilometrach skończył się asfalt. Mimo iż mamy rowery MTB, to jazda z bagażami po takim terenie nie była przyjemnością ani też nie sprzyjała samemu rowerowi. Na szczęcie odcinek był krótki, tylko 15km.
Szukając promu nad Bromsfjorden dowiedzieliśmy od spotkanych mężczyzn iż jesteśmy
"three years late"... na szczęście w zamian wybudowano most, ulgaJ pod koniec rozmowy nasi informatorzy spytali " Where are you come from? My że " from Poland" a oni na to
"No to cześć". Wniosek, Polaków spotkasz wszędzie. Podziękowaliśmy za propozycje popływania na nartach wodnych i udaliśmy się według otrzymanych wskazówek w stronę mostu.
Dalsza część trasy przebiegła bez większych przygód. Dotarliśmy do Gavle, dosyć kameralnego miasteczka nad Bałtykiem. Po odpoczynku na głównym deptaku, i wymoczeniu stop w fontannie ruszyliśmy dalej. Na noc zatrzymaliśmy się niedaleko miejscowości Hille w cudownym miejscu nad jeziorkiem, z ławeczkami, pomostem i miejscem na ognisko. Tak minął czwarty dzień naszej wyprawy.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień piąty (9.07.04)
Trasa : Hille - Trodje- Hamrange - Soderhamn - Hudiksvall 146km
Tym razem nie daliśmy się zaskoczyć i zasypialiśmy już ubrani od stóp do głów dzięki czemu można stwierdzić że się wyspaliśmyJ Zwijanie obozowiska zaczęło nam wychodzić coraz sprawniej i dlatego stosunkowo wcześnie rano zaczęliśmy "zjadać" kilometr po kilometrze kolejnego etapu wyprawy. Od miejscowości Hamrange zaczeliśmy trzymać się już tylko drogi nr E4. To właśnie na niej mieliśmy jedną z zabawniejszych przygód. Ominęliśmy leżącą na drodze porzuconą przez kogoś starą kurtkę. Nagle zaczęliśmy otrzymywać od przejeżdżających samochodami podróżnych różne dziwne sygnały. Jeden z samochodów zatrzymał się i pasażerowie zaczęli nam coś pokazywać w tyle za nami. Uznali, jak się okazało, że leżąca na drodze kurtka została zgubiona przez nas. Z trudem wyjaśniliśmy, że to nie nasza zguba i ruszyliśmy dalej, walcząc z męczącym podjazdem. Wtedy jadący z przeciwnej strony samochód po minięciu nas zatrzymał się a następnie zawrócił i po wyprzedzeniu nas , podjechał na szczyt wzniesienia i stanął wyraźnie czekając na nas. Gdy po kilkunastu minutach dotarliśmy do stojącego na wzniesieniu auta, ujrzeliśmy w ręku jednego z pasażerów "naszą" kurtkę. Gdy pomyłka wyszła na jaw poprosili abyśmy zawieźli ja na najbliższa stacje benzynową. Czy coś takiego mogłoby wydarzyć się w Polsce? Wątpię... z resztą, mam takie prawo, bo zostawiliśmy kurtkę na przystanku autobusowym tam gdzie ją otrzymaliśmy! Nasze postępowanie może usprawiedliwić jedynie niechęć do dodatkowego obciążania naszych nielekkich pojazdów dwukołowych
Hudiksvall okazał się malutkim nadmorskim miasteczkiem którego centrum przejechaliśmy nawet go nie zauważywszy. W organizacji planowanego noclegu nad brzegiem morza, pomagali nam młodzi Szwedzi, Gustav z kolegami. Poprowadzili nas na rowerach na bardzo fajne miejsce, z reszta gdzie i oni mieli zamiar balować przez całą noc. Mieliśmy wreszcie jakieś towarzystwo. Wieczór minął na konwersacjach po angielsku. Dowiedzieliśmy się przede wszystkim o czekających na nas na północy hordach komarów. Nie zrobiło na nas to wrażenia, przecież już tu i teraz było ich pełno... nie mogliśmy sobie wyobrazić większej ilości tych małych krwiopijców. Gustav poczęstował nas również piwkiem, była naprawdę miła biwakowa atmosfera.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień szósty (10.07.04)
Trasa: Hudiksvall - Hamanger - Njurunda - Sundsvall - Fagervik 114 km
Szwedzi zwinęli się bardzo wcześnie rano albo w ogóle nie nocowali. My zwinęliśmy się w expresowym tempie i zaczęliśmy planować kolejny odcinek. Co ciekawe przez ostatnie dni pogoda, na przekór wszystkim znanym nam prognozom była całkiem przyzwoita. Nie padało, nie było gorąco, niestety zaczęło mocno wiać, i to prawie prosto w twarz. Nie dość tego że wiatr był stały to znad wszystkich akwenów uderzały w nas zimne, wręcz lodowate, szkwały. Ukształtowanie terenu także nie sprzyjało szybkiej jeździe, kto powiedział że wzdłuż morza Szwecja ma jakieś niziny?!?!?!?!?! Dzień minął na walce z wiatrem. Na trasie panowała między nami ścisła współpraca, zmienialiśmy się na prowadzeniu co 3-4 km, odpoczynki co 20-30 ; jechało się naprawdę ciężko. Mimo przeciwności dotarliśmy do Sundsvall o całkiem przyzwoitej porze. A tu niespodzianka, sklepy pozamykane, gdyż w mieście miał rozpocząć się jakiś dwudniowy festiwal muzyczny. W ostatniej chwili udało nam się odwiedzić
Willys-a, gdzie kupiliśmy chleb i jednolitrowy YOjogurt, czyli standardowy zestaw jedzeniowy na naszej wyprawie.
W drodze do Fagervik spotykaliśmy Arvida, 67 letniego emeryta z Berlina. Tak jak my chciał dotrzeć rowerem na Nordkapp. Realizował podróż swojego życia , którą planował od dawna jednak nigdy wcześniej nie miał na nią czasu. Dopiero teraz na emeryturze zapakował sakwy i bez ograniczeń czasowych, pokonując 80-90 km dziennie ruszył na północ. Co nas najbardziej ujęło w tym człowieku to, że jak go spotkaliśmy na skrzyżowaniu, to wybierał drogę za pomocą kompasu: " ta droga prowadzi na północ, ona jest dobra"... romantyczne podejście do wyprawy, nie ma co :). Arwid zdecydował się na rozbicie obozowiska razem z nami, mimo iż przejechał dopiero 30km. Cieszył się że znalazł sobie towarzystwo. Wspólnie znaleźliśmy bardzo fajną "miejscówkę", z wiatą, nad samiutkim morzem. Wieczór przebiegł na konwersacji z naszym nowym znajomym, także po niemiecku :) (pozdrawiamy panią magister Annę Trzcińską:)). Przy kolacji podzieliśmy się produktami spożywczymi i wtedy zjedliśmy z Michałem pierwsze świeże warzywo - pomidora :) Idąc spać zauważyliśmy, że zbierają się chmury.. jutro chyba będzie padać.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień siódmy (11.07.04)
Trasa : Fagervik - Soraker 10km
Zgodnie z przewidywaniami zaczęło padać. Dobrze że była wiata, ułatwiła ona zwinięcia obozowiska w czasie deszczu. W pełnym deszczowym umundurowaniu wyruszyliśmy w stronę Ornskoldsvik. Na pierwszym stromym podjeździe, już na E4, na malutkiej prędkości przegięło mnie na bok. Nie zdążyłem się wypiąć z zasyfiałych espedeków (zatrzaskowe pedały) i sakwami oparłem się o barierkę. Szczęśliwy że nie upadłem oczyściłem bloki, wpiąłem się ale rower coś nie chciał jechać. Rzut oka na tylne koło i już było wiadomo ; nie ma jazdy .. koło przypominało ósemkę!
Podciągnąłem szprychy tak żeby można było chociaż prowadzić rower na rozpiętym hamulcu i wspiąłem się na górkę, gdzie miała znajdować się stacja benzynowa. Tu osłonięty od zacinającego deszczu podjąłem pierwsze próby naprawy koła..... nie był to zbyt dobry początek dnia.
W międzyczasie rozdzieliliśmy się z Arvidem, nie miał co na nas czekać.
Koło nie poddawało się moim zabiegom. Nie pękła ani jedna szprycha, kombinowanie nie przynosiło skutku, rozwiązania siłowe również. Ten przypadek wymagał jednak pomocy fachowca. Był tylko jeden zasadniczy problem, była Niedziela. Na rowerze Michała udałem się do Soraker, gdzie, jak nam powiedziano, jest koleś co ma sklep rowerowy przy domu. Nic z tego nie wyszło, w ofercie tylko skutery wodne a z rowerowych części chciał mi wcisnąć koło 28" z gwintowaną piastą za 250 pln. Porażka! Zrobiłem jeszcze jeden kursik do wsi po drugiej stronie E4 ale tam nie było nawet sklepu. Podjęliśmy decyzje, iż trzeba rozbić namioty a w poniedziałek pojechać do miasta z kołem. Pozostawało tylko pytanie, gdzie i jak znajdziemy miejsce. Pomógł nam Giorgos, klient stacji benzynowej na której koczowaliśmy. Michał po długich rozmowach i paru kursach samochodem po okolicy doszedł z nim do porozumienia. Nie dość tego że Giorgos załatwił nam super miejsce nad rzeką Alven , przewiózł tam mnie i mój rower samochodem, to i zapewnił że rano zawiezie mnie z kołem do Sundsvall. Na koniec jeszcze użyczył nam wędki co byśmy się nie nudzili przez resztę dnia. Niesamowity człowiek. Po rozbiciu namiotów zajęliśmy się połowami. Wyposażeni w nasz sprzęt wędkarski i ten Giorgasa, złowiliśmy w sumie siedem rybek, okoni i uklejek. Mimo to na obiad zjedliśmy "gorące kubki". Ryb, mimo wielu starań nie udało się odpowiednio przygotować.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień ósmy (12.07.04)
Trasa: Soraker - Harnosand -Ullanger - Norrtjarn 128km
Rano tak jak byliśmy umówieni, Giorgos przyjechał z żoną zabrać mnie do Sundsvall. Ku naszej uciesze oświadczył iż załatwił mi wizytę w serwisie rowerowym - jedynym w mieście ( ciekawe jakbym go znalazł jadąc stopem?!?) i po naprawie odwiezie z powrotem. Nie mogło być lepiej! Naprawa koła kosztowała mnie 100kr czyli 50 pln, trzeba przyznać że serwisant w podeszłym wieku musiał trochę się napocić J Reperując koło napiął mi strasznie mocno szprychy, po zwróceniu uwagi ze jedna z nich może przebijać dętkę, skrócił w niej gwint - fakt ten będzie miał konsekwencje w niedalekiej przyszłościJ Zadowolony bo z wycentrowanym kołem ale z duszą na ramieniu bo z bardzo mocno (za mocno)napiętymi szprychami opuściłem serwis. Giorgos odwiózł mnie do obozowiska, wszystko zajęło jedynie 2 godziny, a jeszcze wczoraj planowaliśmy poświęcić na to pół dzisiejszego dnia. Giorogos również opisał nam co nas dalej czeka, co warto zobaczyć i gdzie warto się zatrzymać. Wskazówki bardzo ważne choć nie optymistyczne, 5 czy 7 km podjazdy nie napawały optymizmem.J Teraz jednak nic nie było w stanie zepsuć naszego dobrego samopoczucia wynikającego ze znowu jesteśmy na trasie i jedziemy na północ..
Droga zgodnie z zapowiedziami prowadziła na przemian w górę i w dół, nie odnotowaliśmy na szczęście jednak wspominanych przez Giorgosa długich podjazdów. Widoki były niesamowite. W szczególności z imponującego przęsłowego mostu nad jednym z fjordów.
Jechaliśmy aż do godziny 22. Deszcz nas ominął jednakże warunki pogodowe były dalekie od idealnych. Wieczorem otoczyła nas gęsta mgła, widoczność spadła do 4-6 m przed siebie a i temperatura obniżyła się gwałtownie do ok. 10 stopni. Szczególnie na zjazdach marźliśmy piekielnie. Zziębnięci i przemoczeni dotarliśmy nad jeziorko 10 km przed Ornskoldsvik. Tutaj na noc "zajęliśmy" plażową przebieralnię. Może i było zimno i twardo ale nie trzeba było rozkładać namiotów. Jedynie przed zaśnięciem zastanawialiśmy się tylko czy rano przypadkiem nie przyjdzie ktoś z miejscowego klubu morsa aby wykąpać się w jeziorku.......
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dziewiąty (13.07.04)
Trasa: Norrtjarn - Ornskoldsvik - Olosfors - Umea 149km
Śniadanie i spakowanie bagaży zajęło nam parę chwil i już o godzinie 9.00 byliśmy na trasie. Cały dzień można by opisać w skrócie jednym słowem : deszcz. Już po pierwszych kilometrach byliśmy przemoczeni. Na nic zdały się kreacje deszczowe. Mimo to brnęliśmy dzielnie dalej, co chwila spoglądając na chmury oceniając czy warto zatrzymać się czy też może przyspieszyć. Ani jedna ani druga opcja nie ratowała nas przed kolejnymi rzęsistymi i zacinającymi opadami. Wreszcie zatrzymaliśmy się nad Degerfjarden na prawdziwej piaszczystej plaży, szkoda że była akurat taka pogoda. Nie zważając jednak na warunki atmosferyczne zarządziliśmy drzemkę na piasku. Wygonił nas oczywiście...deszcz. Pod koniec dnia zabawa w meteorologów przyniosła w końcu spodziewany efekt. Dokładnie 10 km przed Umea udało nam się przeczekać ogromną ulewę jaka nawiedziła to miasto. Do miasta wjechaliśmy bez deszczu ale tak przemoczeni, że marzyliśmy tylko o jak najszybszym zdjęciu mokrych rzeczy i rozbiciu obozowiska. Wizyta w mieście nie trwała zbyt długo, krótkie zakupy i pamiątkowe zdjęcie przy fontannie.J Po pół godzinie znowu jechaliśmy na naszych rumakach trasą E4. Po ujechaniu może 10 km natknęliśmy się na Restplatz i bez skrupułów rozbiliśmy namioty. Niby nic specjalnego gdyby nie fakt iż w toaletach były dmuchawy do suszenia rąk. Obaj nie omieszkaliśmy z tego skorzystać, zajęliśmy "kibelki" na dobre pół godziny co i rusz oczywiście włączając dmuchawy nie koniecznie używając ich zgodnie z przeznaczeniem....
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dziesiąty (14.07.04)
Trasa : Umea -Lovanger - Skelleftea- Byske 165km
Dzień 10 minął całkiem standardowo. Wkradła się w nasze działania odrobina monotonii. Po wczorajszym deszczu nie było prawie śladu oprócz rozległych kałuż na drodze, za to zaczęło przypiekać słoneczko. Z dwojga złego lepiej się trochę opalić i spocićJ niż zmoknąć. Na postoju "obiadowym" zostaliśmy "delikatnie" wyproszeni z restauracji ( rozłożyliśmy się z własnym prowiantemJ). Spotkaliśmy Azerów , którzy z nadzieją w oczach pytali nas po rosyjsku czy przywieźliśmy trochę wódki z Polski, ogólnie nic specjalnego, dzień jak co dzień. Jednak tego dnia po raz pierwszy mieliśmy problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca na nocleg. Byske zgodnie z zapowiedziami okazało się kurortem, kurortem dobrze zabezpieczonym przed takim podróżnikami jak myJ rozbiliśmy się w końcu w lesie cztery metry od drogi nr E4. Dobre i to. Następny dzień miałem zacząć od serwisowania.Tylne koło Michała trochę się scentrowało..
Powrót na początek
|
|
|
Dzień jedenasty (15.07.04)
Trasa: Byske - Pitea- Lulea- Person 129km
...nie tylko się scentrowało ale i straciło jedną szprychę. Po wycentrowaniu koło wyglądało bardzo przyzwoicie, miało tylko minimalne bicie! Mimo to zaplanowaliśmy wizytę w serwisie gdzie bylibyśmy w stanie wstawić nowa szprychę. Żałowaliśmy trochę że nie wzięliśmy klucza do ściągania kasety, bo przez to staliśmy się zależni od mechaników i innych podróżujących rowerzystów. Brak tego klucza, jak okazało się później, odcisnęł swoje piętno na losach wyprawy.
Pod czas drogi do Piteii, pękła kolejna szprycha. Nie było jeszcze tragedii ale zaczęło być nieciekawie gdyż do miasta, zostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Jeśli w takim tempie pękałyby dalej nie było by szans dotrzeć nawet do przedmieść. U Michała dało się wyczuć oznaki niepewności i niepokoju. Na szczęście udało się dojechać do Pitei bez kolejnych start w szprychach. Szybko odnaleźliśmy sklep rowerowy, gdzie Michał rozpoczął pertraktacje z serwisantem, na temat wypożyczenia klucza. Po godzinie miał już kompletne kółko i stan koron szwedzkich na takim samy poziomieJ. W mieście tym zaopatrzyliśmy się też w produkty spożywcze za ostatnie korony, w końcu niedługo Finalndia i Norwegia. Zakupiliśmy naprawdę sporo smakołyków ale przede wszystkim chleby. Zbyt dużo Szwedów straszyło nas cenami w Norwegii aby nie zakupić w i tak drogiej dla nas Szwecji sporego zapasu niezbędnego jedzenia.
Tegoż dnia dojechaliśmy do Lulea-i, w sumie nawet za nią. Zdobywamy miasto które na początku wyprawy po rozłożeniu mapy wydawało się być tak daleko. A jednak nie na tyle aby nie dotrzeć tam roweremJ. Nocowaliśmy nad Personsfjarden na restplatzu. W lesie obok można było potknąć się o dorodne jadalne grzyby. Tutaj grzybobranie nie miałoby sensu, gdzie ta przyjemność ..........?.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwunasty(16.07.04)
Trasa: Person - Ranea - Tore- Overkalix - Ansvar- Teurajarvi 154km
Początek dnia nie przyniósł nic ciekawego. Sprawnie zwinęliśmy obozowisko po skonsumowaniu skromnego śniadania. Słońce przypiekało niemiłosiernie co wraz z ukształtowaniem terenu nie sprzyjało szybkiej jeździe. Tego dnia w miejscowości Tore nastąpiło podwójne pożegnanie, chwilowe z Bałtykiem i chyba już na zawsze z trasą E4. Ale jeszcze przed tym miastem napotykaliśmy pierwsze renifery. Rodzinka tych zabawnych zwierząt była rozdzielona, samica biegała na drodze odgrodzona od reszty stadka płotem. Po zrobieniu paru zdjęć próbowaliśmy zapędzić ją do lasu przez bramę co jednak skończyło się niepowodzeniem. W sumie zwierzęta nie zrobiły na nas większego wrażenia. Spotkane okazy dalekie były od tych "katalogowych" jakich się spodziewaliśmy i chcieliśmy zobaczyć.
W Tore skręciliśmy na drogę E10 a następnie na 392 na Pajale. Wjechaliśmy do Overkalix Kommun które w herbie ma niedźwiedzia( natychmiast wykluczyliśmy nocleg w lesieJ). W drodze na Pajale przekroczyliśmy Koło Polarne. Oznakowane ono jest na drodze bardzo skromnie; tablica informacyjna, jakaś instalacja z kulą i tyle. Ale fakt jego przekroczenia oznaczał realizację pierwszego celu naszej wyprawy. Od tej pory etapy nocne stały się nocnymi tylko z nazwyJ. Czekało nas kilka lub kilkanaście dni podróży bez zachodu słońca, bez mroku nocy...
Im dalej poruszaliśmy się na północ tym więcej spotykaliśmy reniferów i ...komarów. Te pierwsze nawet nas bawiły swoim dziwacznym zachowaniem ale latający krwiopijcy stali się dla nas plagą, kąsały nawet podczas szybkiej jazdy. Schematy naszych wieczorów uległy drobnym zmianom. Od razu po zatrzymaniu ubieraliśmy się w bluzy i długie spodnie, inaczej nie można było wykonać swobodnie żadnej czynności. Komary atakowały wraz z malutkimi meszkami będąc naprawdę bardzo męczącymi i denerwującymi intruzami. "Off" i inne mazidła nie działały. Koło każdego z nas latało setki komarów i meszek czających się na jakiś kawałek odsłoniętego ciała. Co ciekawe komary nigdy nie atakowały od razu, czasem gdy się zatrzymywaliśmy mieliśmy nawet nadzieje ze ich nie ma, ale po minucie brzęczał jeden, po dwóch już trochę więcej a po pięciu atakowała nas cała chmara. Zdesperowane komary topiły się w jedzeniu, wlatywały do uszu, oczu i ust. Dzięki nim w szybkości rozbijania namiotów zaczęliśmy bić rekordy świata. Zaczęliśmy również jadać posiłki osobno, zamknięci w namiotach. Wieczorem przed pójściem spać należało zrobić w namiocie eksterminacje komarów, bo nie ważne jak się człowiek starał to ze dwadzieścia potrafiło wlecieć do środka. Usuniecie intruzów z namiotu nie poprawiło komfortu nocnego wypoczynku, trzeba było spać przy akompaniamencie setek tych które utknęły między tropikiem a namiotem. Nigdy nie spodziewałem się że Gustav z Hudiksvall mówiąc ze czeka na nas na Północy dużo komarów miał na myśli aż takie ilości.
Nocowaliśmy tego dnia na terenie gospodarstwa w miejscowości Teurajarvi, która to w herbie ma .............. KOMARA.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzynasty (17.07.04)
Trasa: Teurajarvi -Korpilombolo - Pajala - Kolari - Tapojarvi 124km
SUPER!. Rano odwiedziła nas pani gospodarz i spytała się czy chcemy wsiąść prysznica. Nie można było sobie wymarzyć lepszego początku dnia - ciepła kąpiel to było to czego potrzebowaliśmy! Odświeżeni zwinęliśmy obozowisko, komary cięły nawet w pełnym słońcu a te przypiekało tego dnia bardzo mocno. Tylko wiatr potrafi dać na chwile odpoczynek od napastliwych owadów. Zauważyłem ze miejscowi w ogóle się nie odganiają, czyżby podpisali z komarami jakiś pakt wystawiając im na żer turystów?
Celem dnia było przekroczenie granicy Szwedzko-Fińskiej i dotarcie tak daleko aby tylko raz nocować na tym północnym skrawku Suomi. W czasie jazdy byliśmy świadkami jak miejscowi Saamowie traktują renifery. Grupkę tych zwierząt spacerujących po asfalcie przeganiali samochodem, naprzemian gwałtownie hamując i trąbiąc . Spotkało to się z nasza dezaprobatą. Jak można tak traktować biedne zwierzęta? Dopiero później okazało się że nie ma czasem innego sposobu, gdy renifery zablokują drogę. Te zwierzęta wydają się być troszkę zagubione jakby " nie z tej bajki". Zamiast uciekać na boki potrafią pędzić przed nami bądź samochodem dobre parę kilometrów. Już sam ich bieg jest godny pożałowania, wygląda tak jakby jedna noga chciała w lewo a reszta w prawo. Dziwnie niezgrabne zwierzęta, no i te monstrualnie wielkie rogi, we wszystkim im przeszkadzające.:)
Wraz z reniferami pojawiły się końskie muchy(gzy) zwane przez Michała ślepakami. Odczepiwszy się od reniferów potrafiły nam towarzyszyć nawet przez kilkadziesiąt kilometrów. Mogłyby i więcej gdyby nie to że po paru kilometrach w ich dokuczliwym i często bolesnym towarzystwie decydowaliśmy się na ich bezpardonową eksterminacje. Co ciekawe zawsze gdy zjeżdżaliśmy szybko z jakiegoś wzniesienia, gzy siadały na bagażach albo pędziły w stworzonym przez nasz tunelu aerodynamicznymJ Tak nas pożegnała Szwecja...
Za to Finlandia przywitała nas godzinnym ulewnym deszczem który przeczekaliśmy pod dachem tartaku. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy po kałużach i zmyleniu drogi, zdecydowaliśmy się na wcześniejsze rozbicie namiotów. Jedynym problemem okazało się znalezienie odpowiedniego miejsca, niski drzewostan, kamienie i mech a w lasach mokradła uniemożliwiały założenie biwaku. Zostały tylko gospodarstwa ale była już godzina 23 fińskiego czasu i nie mieliśmy odwagi nikogo nachodzić w domu o tej porze. Po dosyć długich poszukiwaniach znaleźliśmy działeczkę, gdzie gospodarz, Erkki Uirrankoski , pozwolił nam rozbić się gdziekolwiek chcemy. A następnie chyba z litości zaproponował nam nocleg w domu i w dodatku za darmo. Oczywiście nie odmówiliśmyJ kwaterka była naprawdę super, mieliśmy do dyspozycji nawet telewizor. Na kolacje usmażyliśmy placki ziemniaczane (jajka dostaliśmy od gospodarza!!). Jeszcze tylko relacja po Fińsku z Tour de France i udalismy się spać...na mięciutkie łóżka, były nawet poduszki:)
Powrót na początek
|
|
|
Dzień czternasty (18.07.04)
Trasa: Tapojarvi - Muonio - Palojoenssu - Entotekio - Palojarvi - Restplatz 10km za granicą Fin\Nor 186km
Kwaterę opuściliśmy dosyć wcześnie, oczywiście serdecznie dziękując za gościnę naszym gospodarzom. Trzeba tutaj wspomnieć o braku możliwości komunikacji z nimi w jakimkolwiek znanym nam języku. Do rozmowy musiał nam wystarczyć język migowy i parę międzynarodowych określeń.
Tego dnia mieliśmy zamiar osiągnąć Norwegię i tak też się stało. Jazda przebiegała spokojnie, żeby nie powiedzieć monotonnie. Pojawiły się renifery albinosy. Odwiedziliśmy Fiński supermarket, spotkaliśmy autostopowiczów z Edynburga. Tak naprawdę jedyne co było godne odnotowania to fakt przekroczenia granicy ( brak jakiejkolwiek kontroli) i pobicie dotychczasowego rekordu dobowego. Nocleg zorganizowaliśmy sobie na pierwszym napotkanym restplatzu w Norwegii. Komary w Norwegii w niczym nie ustępowały ich szwedzkim pobratymcom........... no może ich było trochę ........więcej.....
Powrót na początek
|
|
|
Dzień piętnasty (19.07.04)
Trasa: Restplatz za granicą Fin/Nor - Kautokeino - Lappoluobbal - 25 km przed Altą 152km
Tego dnia zaplanowaliśmy przejechanie ok150 km, tak aby następnego dnia z rana wjechać do Alty. Po ostatnim maratonie taki dystans jawił się jako relaks i dużo się nie pomyliliśmy. Mimo zapowiedzi, deszcz nie spadł, wręcz przeciwnie, wypogodziło się. Urozmaiciła się tez sama trasa , zmieniło się ukształtowanie terenu. Przed Kautokeino pokonywaliśmy wiele dosyć ostrych i krętych, na szczęście krótkich, podjazdów ale norweskie górki są sprawiedliweJ , były też zjazdy. Za pierwszym odwiedzonym miastem trasa zaczęła się ciągnąć wzdłuż rzeki Alta. Piękne widoki, niesamowite krajobrazy i jeszcze bardziej strome i mniej przyjemne podjazdy , tak można by skrócie opisać ten odcinek. Po obiciu od Alty dotarliśmy nad potok górski płynący w prześlicznym wąwozie. Gdy zsachwycałem się widokami i podziwiałem wędkarzy łowiących pstrągi na muchę, pękła mi szprycha. Prawie na stojąco, bez ruchu. Szprycha pękła przy gwincie...to ta którą skrócił mechanik w Sundsvall. W warunkach skrajnie polowych wycentrowałem koło, robiąc to na raty, gdyż komary nie pozwalały koncentrować się na jednej czynności dłużej niż minutę. Dwa ruchy kluczykiem i spacerek na drugą stronę drogi aby wywieść w pole te koszmarne owady i tak w kółko. Mimo to udało mi się doprowadzić koło do stanu używalności. Od jutra znowu trzeba będzie szukać klucza do ściągania kasetyJ Dalej czekał na nas już tylko stromy zjazd wzdłuż potoku wszystko w prześlicznym skalnym wąwozie. Moja sfatygowana obręcz dostała jeszcze dodatkowo sporego bicia pionowego - góra-dół, podczas zjazdu miałem istne rodeo. Naszły mnie myśli czy by nie zainwestować w tylne koło w Alcie. Analizując plusy i minusy takiego przedsięwzięcia dojechaliśmy na 152 kilometr etapu, gdzie miał znajdować się według znaków restplatz.. Niestety zamiast niego znaleźliśmy jedynie kawałek polanki nad rzeką. Tu też się rozbiliśmy jak zwykle w towarzystwie wszechobecnych komarów i muszek. Michał wykąpał się w rzecze....stając się równocześnie kolacją dla tych owadów. Do odważnych świat należy.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień szesnasty (20.07.04)
Trasa: Restplatz - Alta- Skaidi - Olderfjord -Smorfjord 151 km
Poranek minął według schematu: śniadanie w namiocie, pakowanie się, zwijanie namiotów, mocowanie bagaży na rower. Dwa ostatnie punkty przebiegły bardzo sprawnie dzięki dopingowi wszechobecnych komarów.
Po niecałej godzinie jazdy dotarliśmy do Alta-y i naszym oczom ukazał się pierwszy na tej wyprawie prawdziwy fjord, Altafjorden. Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć udaliśmy się na poszukiwanie sklepów sportowych. Rekonesans nie wypadł zbyt optymistyczne. Zarówno h-sport jak i intersport w ogóle nie mają takiej usługi jak zaplatanieJ W czasie rozmyślań nad przyszłością mojego tylnego koła spotykaliśmy Michała i Agnieszkę: rodaków na rowerach. Fakt iż mieli klucz do kasety przekonał mnie do tego aby tylko wymienić szprychę i zaryzykować jazdę na mojej jednokomorowej zwichrowanej obręczy. Po godzince majsterkowania miałem już nową szprychę, wymienione wyślizgane "nypelki" i wycentrowane koło. Poza moim zasięgiem okazało się jedynie zlikwidowanie bicia pionowego (góra-dół ). W autoryzowanym serwisie też wzruszyli ramionami nie podejmując się zadania.. Trzeba było z tym jechać, po kilkudziesięciu kilometrach nawet się przyzwyczaiłem.
Z dosyć dużym opóźnieniem wyjechaliśmy na trasę mając przed sobą jeszcze przynajmniej 120km. Spotkana para rowerzystów (Polaków) wracająca z Nordkapp-u ostrzegła nas przed ostrym podjazdem który nas czekał zaraz za Altą.. Im bliżej byliśmy tego podjazdu, tym prezentował się bardziej okazale. W drodze na szczyt wzniesienia Michał poznał dwóch polskich księży z Hammerfest (byli samochodem nie roweramiJ). Po krótkiej i błahej rozmowie zostawiliśmy ich pod sklepem i wróciliśmy do dalszego wdrapywania się pod górę. Podczas tego mozolnego pedałowania owi księża, prze okno samochodu podali nam po czekoladzie i po dużym rożku lodowym! Mieli gest. Jazda oczywiście poszła na bok i zaczęliśmy obżerać się na prowizorycznym postoju na jednym z zakoli drogi.
Po wjechaniu na szczyt zobaczyliśmy następny, jeszcze większy który czekał na nas za parę kilometrów. O tym już nikt nam nie wspomniałJ Spotkany cyklista z Czech, w stroju tyrolskim, zmobilizował nas do wspinaczki opowiadając historie o świetnych skórzanych spodniach które znalazł na szczycie w chatce Saama. Cały podjazd myśleliśmy tylko o spodniach. Ku naszej uciesze odnaleźliśmy je jednakże nie nadawały się do zabrania. Były skórzane ale też małe i piekielnie sztywne, z dziurami od moli czy innego paskudztwa. Po pokonaniu meczącego podjazdu roztoczył się przed naszymi oczami płaskowyż sięgający prawie horyzontu. Na około było prawie pusto.. Co parę kilometrów domki Saamów, zarośnięte jeziorka, trawy, jakieś porosty i mchy. Żadnych drzew ani zwierząt... oczywiście z wyłączeniem komarów(tych w dalszym ciągu było pod dostatkiem). Jedynie asfalt i znaki drogowe przypominały o istnieniu cywilizacji. Tak wyglądała droga do Olderfjord. Namioty rozbiliśmy parę kilometrów dalej na górce przed Smorfjord. Następnego dnia mieliśmy zamiar zaatakować Nordkapp, w końcu zostało tylko 125 km...
Powrót na początek
|
|
|
Dzień siedemnaty (21.07.04)
Trasa: Smorfjord - 20km przed Hooningsvag 90km
Rano namiotami zaczął targać porywisty wiatr a w tropiki zaczęły uderzać z częstotliwością karabinu maszynowego krople deszczu. Po wyjrzeniu na zewnątrz nie dostrzegliśmy cienia szans na poprawę pogody więc opóźniliśmy wyjazd aż do godziny 13. W międzyczasie wysypaliśmy się i zagraliśmy w karty. Przygotowanie do jazdy jak zwykle przebiegło sprawnie i szybko mimo panujących warunków atmosferycznych. W kreacjach deszczowych z bagażami opatulonymi pokrowcami i workami zaczęliśmy jechać w stronę Nordkappu, wątpiąc w osiągnięcie celu akurat tego dnia.. Pierwsze kilometry minęły dosyć spokojnie. Deszcz zacinał wiał wiatr ale dało się jeszcze jechać. Problemy zaczęły się po wyjechaniu ze Smorfjord gdzie droga biegła wzdłuż wciętej w urwisku nad samym morzem półki. Dopiero od tego miejsca, odsłonięci od strony morza, poczuliśmy z jakimi warunkami atmosferycznymi przyszło nam się zmagać. Wiatr był nie tyle silny ale bardzo porywisty i ze zmiennych kierunków. Każdy szkwał zaburzał równowagę jazdy. Michał nawet się wywrócił, na szczęście nie groźnie. Poruszanie się na rowerze było prawie niemożliwe a jednak parliśmy do przodu co rusz wybuchając śmiechem wynikającym z naszej bezsilności. Parę razy trzeba było położyć rowery i przeczekać szkwały, kilkadziesiąt metrów jazdy i wiatr znowu zaczynał hulać i walka rozpoczynała się od nowa. Wszystko to odbywało się w strugach gęstego zacinającego deszczu. W takich o to warunkach "przejechaliśmy" 10km i dotarliśmy do Silvershopu ,gdzie chcieliśmy napełnić bidony. Podczas krótkiego odpoczynku, wzbudziliśmy spore zainteresowanie niemieckich turystów podróżujących autokarem., pewnie myśleli " co to za wariaci co nie mogą spokojnie w namiotach przeczekać niepogody?" Chcieliśmy już dalej jechać, raczej walczyć, kiedy zatrzymał nas Saam, sprzedawca ze sklepu. Ostrzegł że co roku w takich warunkach giną tu rowerzyści i żebyśmy dalej nie jechali. Powiedział że za 3 km znajduje się zatoczka gdzie moglibyśmy się rozbić i przeczekać do jutra, kiedy to miała nastąpić poprawa pogody. Trzeba przyznać że informacja o ginących rowerzystach zrobiła na nas wrażenie jednakże od razu zaczęliśmy w nią powątpiewać; na pewno byśmy o tym wiedzieli przygotowując się do wyprawy. Po dotarciu we wskazane miejsce, zjedliśmy zupki i ..........zdecydowaliśmy się jechać dalej. Nie chcieliśmy się poddać, nie chodziło nawet tu o dystans, lecz o walkę z żywiołem. Wiedzieliśmy ze dzięki temu bardziej docenimy osiągnięcie upragnionego celu . Z resztą na pewno byśmy sobie wypominali gdybyśmy nie spróbowali.... Tak umotywowani ruszyliśmy dalej w stronę Honningsvag, tyle że z turystyki rowerowej przekwalifikowaliśmy się na turystykę ekstremalną. Zacinający deszcz i porywiste szkwały, które bujały niebezpiecznie nielicznymi tego dnia samochodami, stały się tego dnia naszym przeciwnikiem. Raz pod wiatr raz z wiatrem choć ani przez chwile nie można było stracić czujności, szkwały potrafiły uderzyć w najmniej spodziewanym momencie z każdego kierunku. Motywujące było wsparcie turystów z samochodów, vanów i autokarów. Okrzyki, trąbienie, mruganie światłami, to podnosiło na duchu gdy po raz kolejny przemoczeni do suchej nitki kładliśmy r
rozmowa potoczyła się w języku angielskim i po chwili byliśmy już w jego ciepłym campbusie na jeszcze cieplejszej herbatce. Ależ to była rozkosz, cali przemoczeni, przewiani i piekielnie zmęczeni rozgrzewaliśmy się cieplutką herbatkę, wypiliśmy im ( to było małżeństwo z Holandii) prawie cały dzbanek. Co ciekawe zostaliśmy również zaproszeni na obiad (spaghetti ) z deserem (budyń czekoladowy z bita śmietana). Oto co znaczy znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie albo raczej spotkać odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Obiado-kolacja przebiegła w milej atmosferze, nawet przez chwilę nie dali nam poczuć ze możemy im przeszkadzać. Pogoda się nie zmieniła, wiatr jak wiał tak wiał, deszcz padał z taka sama intensywnością, tylko my jacyś bardziej byliśmy rozleniwieni. Ukształtowanie terenu po może dwóch kilometrach od przystanku uległo zmianie. Droga nie biegła już nad samym morzem. Pod niektóre wzniesienia trzeba było wprowadzać rowery a i tak było ciężko, wiatr zmuszał do położenia nawet prowadzonego rower. Znowu co chwila wybuchaliśmy gromkim śmiechem z powodu naszej bezsilności, w szczególności gdy po raz kolejny trzeba było zejść z roweru. Jedynym ukojeniem w tej mozolnej walce były tunele, które na kilkanaście minut pozwalały zapomnieć o szalejących żywiołach.
Obok skrętu na Repvag, zauważyliśmy rozbity na skałach namiot. W rowie obok drogi leżał rzucony w akcie desperacji rower z sakwami. Wywoływany rowerzysta wyjrzał ale nic nam nie odpowiedział, więc pojechaliśmy dalej, to znaczy zaczęliśmy powoli brnąć w wyznaczonym kierunku.:)
Tuż przed najdłuższym tunelem, Michałowi pękła kolejna szprycha. W deszczu i zimnie podcentrowałem mu koło i udaliśmy się w stronę tunelu. Po raz pierwszy w życiu jechaliśmy tunelem który miał z jednej strony spadek a z drugiej podjazd , oba o pochyleniu rzadko spotykanym na naszych polskich drogach. Byliśmy tam około godziny 24, tunel był pusty, tylko my, dźwięk przesuwających się opon po asfalcie, kąpiąca woda, diabelskie echo no i co jakiś czas dmuchawy wydające dźwięki jak startujący samolot. Panowała tam klaustrofobiczna atmosfera wyjęta żywcem z jakiegoś horroru! Na stromym podjeździe darowaliśmy sobie ambicje sportowe, stwierdziliśmy ze nie ma sensu męczyć się jeszcze bardziej po i tak ciężkim dniu i do końca tunelu doszliśmy pieszo. Przy wyjeździe z tunelu pobierano opłaty za przejazd, na szczęście jednak rowerzyści przejazd tunelem mają za darmo. Namioty rozbiliśmy z rowie koło drogi tuż za kolejnym o wiele krótszym tunelem. Tak minął najtrudniejszy dzień naszej wyprawy....
Powrót na początek
|
|
|
Dzień osiemnasty (22.07.04)
Trasa: 20km przed Honningsvag - Honningsvag - NORDKAPP - Honningsvag - Nordkapp tunel 96km
Tego dnia już nic nie mogło stanąć na naszej drodze ku osiągnięciu celu podróży. Po wczorajszych warunkach atmosferycznych nie było śladu. Niebo było lekko zachmurzone i wiał niezbyt silny wiaterek, a do przejechania na Nordkapp zostało nam jedynie ok. 40km. Z samego rana pod czas pakowania poznaliśmy Simona z RPA, studiującego w Halsinkach. Jak się okazało był to właśnie ten zdesperowany rowerzysta którego rozbity na skale namiot mijaliśmy poprzedniego dnia. Simon okazał się całkiem fajnym kolesiem, miał tylko jedną wadę, wydzielał niezbyt przyjemny zapach. Wszystkie ubrania jakie miał, nosił na sobie czy w słonce czy w deszcz, stęchliznę czuć było od niego na kilometr. Nie dawało się za nim jechać. Jak później się dowiedziałem, Simon miał tylko dwie koszulki jedną " to ride" i drugą "to visit people". Trzeba tez wspomnieć iż Simon przez cały czas kiedy nam towarzyszył dziwił się ze mamy tak dużo bagażuJ Mimo zapachowego mankamentu droga na Nordkapp przebiegła na odkrywaniu różnic miedzy angielskim z RPA i naszym wyuczonym euro - angielskim:)
Zdobycie Nordakapp-u nie okazało się wcale proste. O jednym ostrym podjeździe byliśmy poinformowani, ale po jego zdobyciu, naszym oczom ukazał się następny, dłuższy i jeszcze bardziej stromy. Najbardziej irytujące przy jeździe w takich warunkach było to, że na podjazdach był nam piekielnie gorąco, natomiast na zjazdach strasznie zimno. Trzeba było nawet zakładać rękawiczki (w moim przypadku skarpetkiJ), nie mówiąc już o bluzach i długich spodniach. Oczywiście nie mogło obyć się bez pecha, już na pierwszym podjeździe musiałem pompować przednie koło z którego powoli ale systematycznie schodziło powietrze. Aby nie odwlekać zdobycia Nordkapp-u nie naprawiałem koła. System dopompowywania towarzyszył mi aż do momentu zdobycia północnego krańca Europy. Pogoda naprawdę nam dopisała, próbowaliśmy sobie wyobrazić podjazd na Nordkapp w warunkach dnia poprzedniego, to naprawdę mogło się skończyć tragicznie. Drugi podjazd złamał nas wszystkich, trzeba było prowadzić rowery....
Później czekały nas już tylko nie robiące już na nas wrażenia pojedyncze podjazdy i zjazdy, i w końcu Nordkapp. Tak jak wspominały przewodniki jest to miejsce przygotowane na przyjmowanie ciekawskich ludzi z różnych stron świata, gotowych dużo zapłacić za zaliczenie tego skalnego cypla . Pełno turystów, autokarów, turystycznych campbusów i zorganizowanych wycieczek rowerowych bez sakw. Dobrze ze chociaż rowerzyści nie muszą płacić za wjazd jak inni! W hali (schronisku?) na końcu Europy nadaliśmy kartki, kupiliśmy pamiątki i po wykonaniu serii zdjęć pamiątkowych, postanowiliśmy wracać. Jeszcze tylko, ku uciesze niemieckich turystów, przygotowaliśmy przed głównym wejściem do hali ryż z sosem na naszej mini-kuchence i trzeba było się zwijać. Byliśmy dumni ze zdobycia Nordkappu ale trochę rozczarowani tym co tam zastaliśmy, brak romantycznego klimatu, pełna komercjalizacja, po prostu kolejna atrakcja turystyczna na której można zarobić duże pieniądze. Chyba nie tego szukaliśmy, ale mówi się trudno...
Na pierwszym restpaltzu wymieniłem dętkę- puszczał wentyl. Droga powrotna poszła szybko i sprawnie. Okrutne podjazdy, w drodze powrotnej okazały się świetnymi zjazdami, co ja i Simon skrzętnie wykorzystaliśmy osiągając rekordowe prędkości, i bez hamowania pędziliśmy w dół, siejąc strach wśród jadących pod gore kierowcówJ Obozowisko rozbiliśmy koło wjazdu do najdłuższego tunelu, na restplatz z kibelkami, nie było co szukać lepszego miejscaJ. Simon przerażony fikcyjnymi opowieściami o kradzieżach rowerów, na noc zaczął maskować swój rower układając na nim wyrwaną trawę i zielsko... wspaniałomyślnie pożyczyliśmy mu nasze zapięcia :) .
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dziewiętnasty (23.07.04)
Trasa: Nordkapp tunel - Olderfjord - Starbursnes - 10km przed Lakselv 141km
Dzien. zaczął się od osiągnięcia przeze mnie prędkości 76,4km/godz bez pedałowania podczas zjazdu w tunelu!!!!! Po prostu pozwoliłem jechać mojemu rowerowi. Do pewnego momentu. Uświadomiłem sobie, że przy tej prędkości, na mokrej nawierzchni zapanowanie nad obciążonym rozpędzonym rowerem może być trudne. Strach wziął górę i zacząłem pulsacyjnie hamować, wołałem nie ryzykować. I tak był to rekord szybkości wyprawy no i mój osobisty.
Jazda do Olderfjord przebiegała bardzo sprawnie, zakłóciła ja tylko kolejna awaria dętki. Znowu taśma poharatała dętkę, taśmy ritchey są do niczego- gdzieś to już pisałem?!?. Wymieniłem ją na biurowego przylepca, nic innego nie było pod ręką ale od tej pory nie było już problemów. Przy wyjeździe z jednego z tuneli natrafiliśmy na blokadę drogi, stado reniferów nie robiąc sobie nic z samochodów i rowerzystów zablokowało całkowicie wyjazd z tunelu, chłodząc się w cieniu przy jego wylocie. Wyjeżdżając z ciemności pomyślałem ze to jakiś happening, że postawiono makiety ku uciesze turystów, renifery stały 100% bez ruchu.. Stado rozruszało się niemrawo dopiero na dźwięk klaksonów aut i na nasz gwałtowny wjazd na rowerach w jego środek.
W Olderfjord pożegnaliśmy się z Simonem, na pożegnanie wycentrowałem mu koło i wymieniłem szprychę, chłopak się niezmiernie ucieszył. Po rozstaniu obaj z Michałem zauważyliśmy ze powietrze stało się wyraźnie świeższe J.Pojechaliśmy w stronę Lakselv a Simon w stronę Alty. Nocleg zorganizowaliśmy sobie ok. 15 km przed Lakselv. Wcześniej spotykaliśmy Czeską rodzinę z Cieszyna, jechali na Nordkapp ciągnąć w przyczepce może 4-letniego brzdąca. Nazwali nas "chytaczmi kilometrów"J ale była to przesada bo przecież do takiej kategorii podróżników się nie zaliczamy.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty (24.07.04)
Trasa: - Lakselv- Karasjok- Karigasniemi- Kevon 125km
Ruszyliśmy tego dnia sprawnie i szybko, mieliśmy nadzieje na zrobienie dobrego wyniku. Traf chciał ze po 10 km spotkaliśmy Vinniego z Niemiec z którym spędziliśmy sporo czasu w Lakselv. Ów pocztowiec z Freiburga był i w sumie jeszcze jest w drodze od Maja. Pierwsze kilometry zaczął na terenie Polski w Tatrach. Mówił ze padał wtedy jeszcze śnieg.... to jest dopiero podróżnik. Przejechał cała Polskę, Republiki ,całą Finlandie i wcale nie wybierał się na Nordkapp... tylko ot tak chciał pojechać sobie na północ. Vinnie okazał się tez zręcznym mechanikiem i nauczył nas jak zamontować szprychę bez ścigania kasety (nie chodzi tu o wyginanie szprychyJ), wykonanie było niemieckie ale pomysł, jak przyznał się Vinnie pochodził z Polski. Michał miał w pewnym momencie aż trzy szprychy zamontowane w ten sposób :) patrz zdjęcie
Po rozstaniu się z Vinniem, najnormalniejszym samotnym podróżnikiem jakiego spotkaliśmy pojechaliśmy w stronę granicy Fińsko-Norweskiej. Po drodze zbieraliśmy butelki po napojach by po spieniężeniu ich mieć trochę grosza na łakocie. W krajach skandynawskich wszystko prawie jest zwrotne i wcale nie takie tanieJ Do tej pory jednak zastanawiamy się jak automaty rozróżniają czy butelka pochodzi z Finlandii czy z Norwegii. Po przekroczeniu granicy, resztkami sił pokonaliśmy stromy podjazd i na restpaltzu przed wejściem do parku narodowego Kevon rozbiliśmy namioty. Jeszcze tylko dyżurne spaghetti i spać.......
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty pierwszy (25.07.04)
Trasa: Kevon- Kaamanen - Inari - Ivalo - Tormanen 145km
Dzień jak co dzień. Teren górzysty nie dawał możliwości szybkiej jazdy, tak wiec mozolnie pedałowaliśmy do miasta Ivalo. Spotkaliśmy Krzyśka z Polski, z którym ucięliśmy sobie krótka pogawędka przy kawce.. Dowiedzieliśmy się ze niebawem skończą się pagórki i będzie całkiem płasko. Nareszcie!!!. Kilka kilometrów dalej znalazłem czaszkę renifera przymocowaną do drzewa. Nie będąc kolekcjonerem szczątków zwierząt odstąpiłem ją Michałowi, który dowiózł ją do domu. Takie cacko w sklepach kosztowało ok. 2-4 euro. Zawsze jakaś oszczędność. Po za tym, tego dnia nie wydarzyło się nic specjalnego. Zebrane butelki zostały przyjęte przez automat lecz ku naszej rozpaczy bez oczekiwanego ekwiwalentu w gotówce. Odwiedzone miejscowe atrakcje turystyczne (ośrodek poszukiwaczy złota , sklepy z pamiątkami) okazał się siedliskiem drogiej tandety. Pogoda dopisywała, niebo było prawie bezchmurne, nawet wiatr osłabł i wreszcie uprzyjemniał nam podróż. Jechaliśmy drogą wśród lasów albo brzegami bardzo licznych jezior. Największe wrażenie zrobiło na as jezioro Mutusjarvi. Krystaliczna woda, brzegi zalesione, bez żadnego skażenia cywilizacyjnego. Słychać było tylko szelest liści i śpiew ptaków. Dało się tutaj odczuć ze jesteśmy na dalekiej północy. W Inari renifery kompletnie zablokowały stację benzynowa ale to już na nikim nie zrobiło wrażenia. Nocleg "zorganizowaliśmy" sobie na terenie zamkniętej na wakacje szkoły a zasypiając mięliśmy nadziej że dozorca też ma wakacje....
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty drugi (26.07.04)
Trasa: Tormanen - Vuotso - Kersilo 149 km
Na szczęście dozorca chyba rzeczywiście miał wakacje. Na spacerujących ludziach nasze obozowisko na dziedzińcu szkoły nie robiło wiekszego wrażenia tak wiec noc jaki poranek minął bardzo spokojnie. Po zwinięciu obozowiska okazało się ze wcale dzisiejszy etap nie będzie nizinny jak zapowiadał Krzysiek. Dopiero po ok. 90 km, za Vuotso, natrafiliśmy na plaski teren po którym popędziliśmy w bardzo przyzwoitym tempie. Wcześniej, w Laanila po raz pierwszy skorzystaliśmy z Internetu, do którego darmowy dostęp znaleźliśmy w supermarkecie S-market. Po otworzeniu portalu informacyjnego i zapoznaniu się z bieżącymi informacjami z kraju zaczęliśmy zastanawiać się czy warto śpieszyć się z powrotem do takiego krajuJ. Pod wieczór zaczęła psuć się pogoda a że nie ma chyba nic gorszego niż rozkładanie namiotu w deszczu, rozbiliśmy się trochę wcześniej niż planowaliśmy. .
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty trzeci (27.07.04)
Trasa: Kersilo - Sodankyla - Vuojarvi- Ala-Nampa- Vikajarvi 118km
A jednak nie padało. W Sodankyla pod S-marketem spotkaliśmy rowerzystów " just married" Marka i Agate z Gryfina wraz z ciągniętym na przyczepce psem Fibi. Od razu trzeba zaznaczyć ze nie jest to 450g pudelekJ. Po więcej info na temat ich wyprawy zapraszam na ich stronę www.mruwa.prv.pl .Nowożeńcy tak jak większość spotkanych wcześniej rowerzystów jechali wschodnią stroną Finlandii, my natomiast zaplanowaliśmy sobie powrót trasą zachodnia czyli przez Rovaniemi, Oulu i Jyvaskalye. Cóż, ktoś musi zostać pionieremJ W Sodankyla Michał oświadczył mi że jemu się nie chce i chce jak najszybciej do domu...cóż, jako ze jedziemy razem nie miałem zamiaru mu stawać na przeszkodzie ale nie wróżyło to dobrze na przyszłość. Po pierwszych kilometrach w stronę Rovaniemi rozpadał się deszcz. Taka dokładka do wiatru wiejącego nam w twarz to było za wiele. Namioty rozbiliśmy w lesie na pierwszym lepszym poletku, ledwo co unikając kolejnego sporego urwania chmury.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień 24 (28.07.04)
Trasa: Vikajarvi - Napapiiri - Rovaniemi -Valajaskoski - Koivukyla- Sompujarvi 134km
Padało w nocy, padało i rano. Mimo to dojazd do Napapiiri przebiegł bardzo szybko i sprawnie. Jednakże wioska św. Mikołaja tak jak się spodziewaliśmy okazała się jedną wielką komercyjna tandetą. Jak zwykle było pełno turystów, w sklepach straszna drożyzna, nawet za stempel Napapiiri Artic Circle wbity w dziennik wyprawy musiałem zapłacić 20 euro centów. Tak więc zrobiliśmy sobie kilka zdjęcie na granicy koła polarnego, pstryknęliśmy z ukrycia fotkę św Mikołajowi (legalnie trzeba było płacić 17euro), wysłaliśmy kartki które dojdą na święta ( chyba jedyna ciekawa oferta w wiosce) i postanowiliśmy jak najszybciej jechać do Rovaniemi gdzie planowaliśmy pierwsza wizytę w restauracjiJ W mieście oprócz podstawowych sprawunków jak zakupy spożywcze i zakup kartuszy gazowych do kuchenki, załatwiliśmy również serwis rowerowy. Mimo usilnych starań mechanik nie chciał nam dać klucza i zrobił wszystko sam za co policzył 10 euro. Po krótkich negocjacjach Michał zapłacił 7 euro. Cały pobyt w serwisie mielimy wrażenie ze on rozumie po angielsku a jedynie udaje żeby zedrzeć z nas pieniądze. Jaka ostatnią atrakcję pobytu w mieście zostawiliśmy wizytę w restauracji REX. Za bodajże 8 euro można było tam jeść i pić do bólu.. Najedliśmy się chyba po trzy razy...
Po tym paru godzinnym pobycie w Rovaniemi, z pełnymi brzuchami i zupełnym brakiem chęci pojechaliśmy w stronę Oulu. Na szczęście w miedzy czasie rozpogodziło się. Zaplanowane skróty bocznymi drogami nie wyszły nam na dobre, w pewnym momencie skończył się asfalt i trzeba było jechać po drodze gruntowej. Jadać tą drogą dowiedzieliśmy się, że nie byliśmy pierwszymi co skracali sobie w ten sposób trasęJ spotkany kierowca pocieszył nas jednak że asfalt zacznie się za ok. 30km Również zaplanowany nocleg Sompujarvi nie wyszedł tak jak planowaliśmy. Jeziora które miała ta miejscowość w nazwie nie odnaleźliśmyJ musieliśmy się zadowolić malutką polanką w lesie.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty piąty (29.07.04)
Trasa: Sompujarvi - Alaniemi - Simo -Haukipudas - Oulu - Kempele- Tupos 162km
Drogę do Oulu pokonaliśmy w bardzo dobrym tempie. Za Simo spotkaliśmy kolejnego niemieckiego rowerzystę w podeszłym wieku, jednakże ten reprezentował trochę bardziej komfortowy styl podróżowania niż nasz znajomy podróżnik Arwid z początku wyprawy - kempingi, restauracje itp.. Droga do miasta była bardzo monotonna, mieliśmy nadzieje że ciągnie się bliżej morza. Męczarnie zaczęły się przed Oulu, miasto to posiada gigantyczne przedmieścia po których jazda nie należała do przyjemności, duży ruch, dużo świateł. Samo jednak miasto zdało nam się bardzo przyjazne, nie bez powodu zwane jest miastem studenckimJ. Odwiedziliśmy oczywiście super market w calu uzupełnienia zapasów, zaliczyliśmy internet w bibliotece publicznej i w trasę. Drogę na Kempele wskazały nam dwie Rosjanki, które skwitowały Michała zagadującego je po rosyjsku " Ty nie jesteś chyba z Rosji?"
Tego dnia po raz pierwszy od dłuższego czasu mieliśmy tez problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca na nocleg. Poszukiwania trwały dłużej niż godzinę, wszędzie były pola albo podmokłe tereny. W akcie desperacji rozbiliśmy się na trawniku miedzy uprawami pod oborą....zasypiając mieliśmy nadzieje ze i tym razem nas nikt nie wygoni...
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty szósty (30.07.04)
Trasa: Tupos - Rantsila- Pulkila- Karsamaki -Emolahti 152km
Rolnik się nie pojawił, ale nie chcąc nadwerężać jego cierpliwości zwinęliśmy obozowisko w bardzo szybkim tempie. Tereny przez które przejeżdżaliśmy tego dnia były bardzo nie ciekawe, wręcz nudne. Same pola uprawne i łąki. W sumie płasko ale takie ukształtowanie terenu wystawiało nas także jeszcze bardziej na wiatr który od Sodankyla mieliśmy prawie prosto w twarz.... Te 152 km nie przyszły łatwo...dobrze ze chociaż nie padało! Namioty rozbiliśmy na parkingu, jednakże zbyt blisko drogi. Mieliśmy duże problemy ze snem...
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty siódmy (31.07.04)
Trasa: Emolahti - Pihtipudas - Vitaasarri - Aanekoski - Suolahti -Vatia 155km
W trasę ruszyliśmy lekko nie wyspani obiecując sobie że już nigdy nie będziemy nocować tak blisko drogi. Zaraz za Pihtipudas, na pierwszym naszym przystanku dojechał do nas nie kto inny jak Simon. Zadowolony i uśmiechnięty od ucha do ucha twierdził że goni nas od kiedy opuścił Alte. Podkreślał ze bardzo nas polubił i będzie nam towarzyszył do Jyvaskali, gdzie był umówiony z kolegami ze studiów. Ciekawe czy założył dla nich koszulkę " to visit people"J Gdzieś między Pihtipudas a Vittaasarri spotykaliśmy kolejnego samotnego podróżnika, Witka z Nowego Dworu. Niesamowity był to podróżnik: w normalnym (nie sportowym) stroju dosiadający roweru marki Decahtlon, model City, chyba najmniej nadający się na dłuższe wycieczki a na liczniku ponad 6000km. Jak się okazało Witek na tym dokładnie rowerze rok temu przejechał trasę z Gibraltaru do Polski przez Pireneje i Alpy. Tak wiec nie sprzęt a motywacja i chęci są najważniejsze w turystyce rowerowej a Witek jest tego najlepszym przykładem. Za rok planuje wybrać się na rowerze do Maroka, ale jak podkreślał, ma już zamiar zmienić rowerJ Znowu zaczęły się pagórki na drodze, może nie były zbyt wymagające ale nizinami w Finlandii się nie nacieszyliśmyJ Gdzieś na naszym 120km rozstaliśmy się z Witkiem życząc mu miłej podróży a sami popędziliśmy w stronę Jyvaskali. Michałowi w miedzy czasie pękła już n-ta szprycha, sprawę załatwiliśmy mechanicznie bez większych problemów (trening czyni mistrzem)JPod wieczór pogoda zaczęła się jeszcze bardziej psuć, wielkie czarne chmury zasnuły niebo. Dlatego rozbiliśmy się u gospodarzy nad jeziorem miedzy Suolahti a obrzeżami Jyvaskali. W dogadaniu się z gospodarzami pomógł nam ............ Simon ; zapomnieliśmy że mówi po fińsku... przypomnieliśmy sobie dopiero po jakiś 10 minutach naszych wywodów angielsko-niemieckich, które okazywały się nieskuteczne.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty ósmy (1.08.04)
Trasa: Vatia - Vajaakoski- Hartola - Hainola -Vierumaki -188km
Rano oddzielił się od nas Simon, teraz już chyba naprawdę :) a my powoli zaczęliśmy zmierzać w stronę Lahti.. Po w miarę pogodnej nocy, deszcz zaczął padać w ciągu dnia. Co ciekawe padał z byle chmurki, czasem nawet jak jechaliśmy w słońcu ostro zacinały w nas krople deszczu. Mimo usilnych starań nie dotarliśmy do Lahti. Już przed Hainolą zaczął się etap nocny, a gdy tylko wjechaliśmy na drogę nr 10 prowadzącą do Lahti, okazało się, że nasze oświetlenie było zbyt słabe aby jechać dalej. Nie widzieliśmy dalej niż na jeden może dwa metry przed siebie. Rozbicie namiotów i spaghetti o 1 w nocy.... nie ma jak etapy nocne.
Powrót na początek
|
|
|
Dzień dwudziesty dziewiąty (2.08.04)
Trasa: Vierumaki - Lahti - Helsinki 149km
Nocleg nie należał do najbardziej udanych, przede wszystkim z powodu ukształtowania terenu. O pierwszej w nocy gdy byliśmy zmęczeni nie zwróciliśmy na to uwagi...ale rano podczas wstawania okazało się, że należy staranniej wybierać miejsce na rozbicie namiotów.
Dojechanie do Lahti zajęło nam niewiele ponad godzinę. Sam pobyt w mieście był jednak jeszcze krótszy, jedyne co odwiedziliśmy to oczywiście trzy skocznie oraz "ski muzeum". Droga do Helsinek nawet się nie dłużyła, problemy zaczęły się na przedmieściach. Dojazd był bardzo irytujący, kluczenie ścieżkami, zawracanie, słabe oznaczenia ścieżek.... mimo wszystko udało się dotrzeć do centrum. Michał, z racji iż nie pierwszy raz odwiedza to miasto, zorganizował mi krótki krajoznawczy objazd po najważniejszych miejscach miasta. Widzieliśmy między innymi: pomnik Manerheima, pomnik Aleksandra II, Stadion olimpijski z pomnikiem legendarnego biegacza fińskiego Paavo Nurmiego, największą w Finlandii katedrę protestancką oraz główny deptak miasta Esplanadę. Zanocowaliśmy u Timo, kolegi Michała, szefa stowarzyszenia przyjaźni polsko - fińskiej. Ciepły prysznic a później domowa kolacja i zimne piwko.... luksus od jakiego odwykliśmy! Aż nie chciało się myśleć, ze następnego dnia trzeba wstać o 5 rano na prom.

Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzydziesty (3.08.04)
Trasa: Helsinki - Tallin (prom) Tallin -Parnu 133km
...a jednak udało się wstać, choć nie było łatwo. Po drobnych pomyłkach i perturbacjach na terminalu udało nam się w końcu zadekować na promie. Tym razem nie szukaliśmy żadnych atrakcji a jedynie kąta gdzie moglibyśmy dospać te parę godzin i poczuć się lepiej.
Estonia przywitała nas piekielnym upałem, żadnej chmurki na niebie, gęste powietrze, skwar chyba ze 30 stopni a my na rowerach. W takich warunkach zwiedziliśmy bez zbędnego pośpiechu starówkę w Tallinie.
W trakcie opuszczania Tallina Michałowi pękła kolejna szprycha, co przyjęliśmy ze stoickim spokojem. Kosztowało nas to jedynie 15 minut następnego zaginania , ciecia i preparowania szprych. Niestety nie dało się nie zauważyć, że niedługo nie będziemy już mogli instalować ich w ten sposób, .trzy ze szprych trzymały się już na jednej........ ale obaj stwierdziliśmy ze nie ma co się martwic na zapas i ruszyliśmy w drogę. W końcu czekały nas prawdziwe niziny, płaściutko aż po horyzont. Pędząc na Parnu minęliśmy 4 razy więcej policjantów niż widzieliśmy w całej podroży w Skandynawii............. co kraj to obyczaj.
Namioty rozbiliśmy w gospodarstwie koło Parnu po uprzedniej konwersacji z gospodarzami. My mówiliśmy po polsku angielsku niemiecku i rosyjsku a gospodarz odpowiadali po estońsku. Po rozbiciu namiotów i kolejnym "włoskim specjale" do jedzenia, legliśmy w namiotach zmęczeni jazdą w upale. Noc przebiegła bardzo spokojnie jeżeli nie wliczmy w to budzenia przez chodzące luzem koło naszych namiotów krowy.

Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzydziesty pierwszy (4.08.04)
Trasa: Parnu -Ikla -Saulkrasti 159km
Parnu okazało się miasteczkiem pamiętającym przedni ustrój. Mimo to udało się nam i przypadkowo trafiliśmy do serwisu rowerowego gdzie Michał naprawił sfatygowane koło i gdzie dowiedzieliśmy się o szwajcarskim rowerzyście, który w Parnu stracił rower wraz sakwami. Nie było to pocieszająca informacjaJ. W czasie jazdy w stronę granicy zauważyliśmy w oddali rowerzystów z sakwami. Mimo naszych usilnych starań nie dawali się dogonić aż w końcu spotkaliśmy ich gdy zrobili sobie przystanek. Owymi cyklistami okazali się Hiszpanie : Oscar, Heimi, Norberto i Alberto podróżujący na "szosówkach". Mimo to zabraliśmy się w dalsza drogę z nimi, wiedząc, ze nas odsadza prędzej czy później. Jechaliśmy w oszałamiającym jak dla nas tempie. Aplauz wzbudził mój atak gdy przy prędkości ok. 30-32 km/h przyśpieszyłem próbując odsadzić Hiszpanów. Ucieczkę zlikwidowali po kilkuset metrach, usiedli mi na ogon i zaczęli gwizdać. To rozbiło mnie psychicznie i odpuściłem. Fakt ten jednak spowodował, ze stali się wobec nas bardziej otwarci i przyjaźnie nastawieni. Dalsza droga mimo szybkiego tempa minęła na konwersacjach hiszpańsko-angielskich przede wszystkim o polityce i unii europejskiej. Inicjatorami tematów byli kolarze z półwyspu iberyjskiego, chcieli wiedzieć jak najwięcej o prywatyzacji, naszym nastawieniu do unii itp. Trzeba tu wspomnieć iż średnia ich wieku wynosiła ok. 45 lat, może zainteresowanie takimi tematami przychodzi z wiekiem?!? Konwersacje przerywane były jedynie przez ich okrzyki i gwizdy gdy na horyzoncie ukazywała się jakaś niewiasta :) . Ach ten południowy temperament.
Hiszpanów zostawiliśmy za granica estońsko- łotewskiej gdzie wsiedli do autobusu do Rygi, który pomogliśmy im zorganizować.
Dalej jechaliśmy myśląc o planowanym postoju na plaży i kąpieli w morzu. Podczas relaksu nad morzem dowiedzieliśmy się o kolejnej przykrej historii z rowerzystą. Dwa lata temu pewien Niemiec udał się nad morze zostawiając rower na parkingu! Po kąpieli jedyne co mu zostało to slipki i ręcznik..... tak uświadomieni, naturalnie zataszczyliśmy rowery nad sam brzeg morza.
Również nocleg wypadł nam nad morzem. Rozbite namioty na wydmie i szum fal jako kołysanka. Nie można było wymarzyć sobie lepszego miejsca...

Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzydziesty drugi (5.08.04)
Trasa: Saulkrasti - Riga - Bauska - 5 km za granica lat\lit 155km
Dojazd do Rygi okazał się istną makabrą. Ciągnęliśmy się prze rozlegle przedmieścia ,wśród pędzących po kiepskim asfalcie aut, prawie godzinę. Sama Ryga też nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. To co rzucało się w oczy to pozostałości po komunizmie. Na przykład "Pałac Stalina" troszkę bardziej pękaty od tego jaki stoi w centrum Warszawy! Nie tylko my dostaliśmy taki piękny prezent.
Ostatnie kilometry na Łotwie przebiegły szybko i spokojnie. Namioty rozbiliśmy w pasie przygranicznym na parkingu już po stronie litewskiej.

Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzydziesty trzeci (6.08.04)
Trasa: granica Lit\Lat - Panevezys - Kaunas -Ververiai 204km
Wstaliśmy rano, niezbyt wyspani, budzeni wielokrotnie prze parkujące tiry. Czekała nas długa droga...i co tu więcej pisać..... ustanowiliśmy rekord dobowy wyprawy jadąc ostatnie 10 kilometrów na resztkach sił i w totalnej ciemnicy Z ciekawszych rzeczy to okazało się że, nasza mapa jest nieaktualna i że w Panevezysie jedynym pismem po polsku jest playboy no i...Michał przejechał przebiegającą przez drogę myszkę. Mnie się udało ja ominąć, Michałowi już nie. Rozprawę sądowa przegrał, no bo jak to, rowerzysta na autostradzie bez odpowiedniego oświetlenia, przeciążony i na dodatek nie ma śladu hamowania. Na nie korzyść myszki wpłynął jedynie fakt wtargnięcia na drogę.. mimo to zarządziłem Michałowi 15 godzin prac społecznych na rzecz gryzoni! Chyba sprawiedliwie?!?
Nocleg na stacji benzynowej.... po raz ostatni rozbiliśmy namioty....
Powrót na początek
|
|
|
Dzień trzydziesty czwarty - ostatni (7.08.04)
Trasa: Ververiai - Marjampole - Kalvaria - Suwałki 109km
Łatwy teren, dobra pogoda, i tylko kilkadziesiąt kilometrów do granicy. Spokojnym tempem dojechaliśmy do Marajmapola a następnie do Kalvari gdzie obstąpiły nas dzieci żebrzące i obmacujące nam bagaże oraz koleś, który chciał sprzedać nam kradziona czapkę. Dziwne miasteczko....
Na granicy przywitała nas rodzina i przyjaciele Michała wraz z ekipa TVP z regionalnego kanału białostockiego. Po krótkiej pogawędce z dziennikarzami ruszyliśmy aby " zaliczyć" ostatnie kilometry do Suwałk.
Po gościnie w domu u Michała udałem się pociągiem do Warszawa, drogę umilając sobie pogawędka z innymi rowerzystami wracającymi z różnorakich wojaży.
Na dworcu centralnym chciano mnie okraść.. ale byłem zbyt szybki! Nie sądziłem ze moje miasto przywita mnie w ten sposób .........
Powrót na początek
|
|
|
Dziękujemy:
Wszystkim którzy pomogli nam w organizacji wyprawy oraz wspierali nas podczas jej trwania, czy to bezpośrednio na trasie czy jedynie po przez esemesy. Wiecie kim jesteście. Szczególne podziękowania kierujemy do:
Prof. Dr hab. Krzysztofa Klukowskiego
Mgr. Małgorzaty Sieradzkiej
oraz władz uczelni AWF Józefa Piłsudskiego w Warszawie,
wszystkim sponsorom i patronom medialnym
oraz:
Krzyśkowi Wójcikowi za stworzenie i opiekę nad stroną internetową wyprawy, Mirkowi Jędrachowiczowi i Arturowi Kotowi za profesjonalne przygotowanie mojego roweru do tak dalekiej wyprawy (serwis Decathlon Targówek), mojemu tacie w szczególności za przesyłanie prognoz pogody i wsparcie mentalne, rodzicom Michała za gościnę i organizacje przyjęcia w kraju, Karolinie Dudek za esemesy dodające otuchy pisane z gorącej Afryki oraz wielu innym życzliwym nam osobom których wymienić tutaj nie sposób.
Relacje przygotował i opracował
Mateusz Wieteska
metalmat@go2.pl
|