|
Rowerowa podróż poślubna
![]() |
|
Pomysł na wyprawę powstał jeszcze na długo przed naszym ślubem. Gdy na urodziny dostałem atlas, spytałem Agatki dokąd chce jechać. Wybór padł na Norwegię. Środek transportu dobrze był nam znany - rower. Agatka ma dużego psa, którego nie chciała zostawać, więc postanowiliśmy zabrać go ze sobą.
![]() Organizacją zajęliśmy się kilka miesięcy wcześniej. Największym problemem było zorganizowanie środka transportu dla naszego 45-kilogramowego psa Fibiego, oraz zdobycie niezbędnych szczepień i pozwoleń na podróż z nim przez Skandynawię. Udało się nam pożyczyć specjalną przyczepkę rowerową do przewozu dwójki dzieci. Przerobiłem ją trochę, ale do czasu rozpoczęcia podróży Fibi ani razu na niej nie jechał. Dopracowałem też nasze rowery, zaopatrzyłem się w odpowiednie mapy i części zapasowe, oraz przygotowałem sprzęt do rejestrowania naszych przygód(kamera, aparat). Agatka w tym czasie korespondowała z ambasadami krajów, przez które mieliśmy jechać, w celu uzyskania informacji o formalnej stronie przekraczania granic z psem. Dzięki zaprzyjaźnionemu weterynarzowi udało się nam zdobyć wiele szczepień i zaświadczeń, jednak w Norwegii obowiązuje kilkumiesięczna kwarantanna. ![]() Czas płynął szybko, na ostatnim semestrze studiów żyłem już tylko naszym ślubem i tą podróżą. Obronę pracy przełożyłem sobie na wrzesień (jak każdy szanujący się student) i już jako małżeństwo, na początku lipca wyruszyliśmy. Pierwszego dnia rozstrzyga się podstawowa kwestia czy Fibi w ogóle będzie chciał jechać na przyczepce. Przypinamy biedaka do niej i ruszamy. Próbuje się wyrwać, ale po kilku km. zaczyna mu się podobać. Zrozumiał, że może zwiedzać świat i nie musi przy tym biec. Spodobało się mu to, ale mi nie bardzo. Okazało się, że jazda obładowanym rowerem z dołączoną do niego przyczepką, na której siedzi 45-kilogramowy pies, to nie niedzielna przejażdżka. Gdy spoglądałem na mapę przerażała mnie wizja, że trzeba będzie tego byka ciągnąć przez całą Skandynawię. Jednak odsuwałem tą myśl i podróż nasza zaczęła toczyć się coraz sprawniej. ![]() Na początku przejechaliśmy kraje bałtyckie. Litwa, zauroczyła nas swoją prostotą. Jechaliśmy po zwykłych szutrowych drogach, ponieważ zwykłem omijać główne szlaki. Fibi mógł biegać po polach, i taplać się w ogromnych błotnych kałużach, których nie brakowało. Nocowaliśmy gdzie nam się podobało. Codziennie paliliśmy ognisko. Do tego wszystkiego pogoda bardzo dopisywała. Tak dotarliśmy do Łotwy. Tutaj także ludzie bardzo przyjaźni i wesoło nastawieni do pary rowerzystów z wielkim psem na przyczepce. Przed Rygą zostaliśmy nawet zaproszeni na kolację do domu, przez miejscowe dziewczyny. Spędziliśmy wieczór przy ognisku, popijając do późna znakomite winko domowej roboty. ![]() W Estonii zrobiło się trochę bardziej skandynawsko. Język bardzo trudny i ceny w sklepach wyższe. Jednak jechało się bardzo przyjemnie. Z Tallina przeprawiliśmy się promem do Helsinek. Fibi dumnie paradował po promie i nie mógł zrozumieć, dlaczego dzień robi się coraz dłuższy. Na przejściu granicznym mieliśmy lekką tremę, ale okazało się, że strażnik nie poprosił nas nawet o jakiekolwiek dokumenty dla psa (jak zresztą na poprzednich granicach). Byliśmy w Skandynawii. Pojawiły się pierwsze górki. To pierwsze spotkanie Agatki z nierównością terenu. Po chwilach słabości przyzwyczaiła się i mknęliśmy dalej. Finowie na południu okazali się niezbyt przyjaźnie nastawieni do nas. Pewnie to dlatego, że odbiegaliśmy od ich ogólnie utartych norm społecznych, spoza których oni nie wyskakują. Nie potrafili zrozumieć, po co jechać tak ciężkim rowerem i do tego ciągnąć ze sobą wielkiego psa. ![]() Im dalej na północ tym robiło się coraz ciekawiej. W jednym z miasteczek udzieliliśmy wywiadu lokalnej gazecie. Dalej, już w Laponii to już zupełnie inny świat. Odległości między miejscowościami zwiększyły się nawet do ponad 100 km. Problem był gdy Agatce rozpruła się opona a do najbliższego sklepu było 80 km (i od 14 godzin padało), albo innym razem też na odludziu mamy poważny wypadek, jak Agatka mocno rozpędzona uderza w przyczepkę i zginają się w niej wszystkie rurki (cud że skończyło się na pozdzieranych kolanach). Wreszcie pojawiły się one Najlepsi koledzy Fibiego - renifery. Jego marzeniem było dogonić renifera, jednak one znakomicie poruszały się po swoim terenie i swobodnym truchcikiem uciekały przed wyjącym z żalu Fibim. Drogi zrobiły się puste, przyroda prześliczna, czasem rozlegle mokradła, czasem gęste lasy. W nocy nie robiło się w ogóle ciemno, za to dokuczały nam trochę komary, do nich jednak łatwo można się przyzwyczaić (czyli trzeba umiejętnie się schować w śpiworze). ![]() I tak paleni coraz dłużej wiszącym na niebie słońcem docieramy do Norwegii. Według przepisów nie wolno nam wjeżdżać tu z Fibim. Ułożyliśmy tak trasę, żeby wieczorem przekroczyć granicę, (bo wtedy niema już strażników). Rozpędzony z ogromnej góry, z walącym sercem, przekraczam granicę bez naciskania dźwigni hamulca. Udaje się ! Norwegia okazuje się przepiękna i niesamowita. Wszędzie mnóstwo reniferów, po prawej fiordy z szmaragdową wodą, po lewej pnące się wysoko skały, po których ścieka czysta woda. Mniej więcej taką traską docieramy na wyspę Mageroya. Jednak przed tym trzeba pokonać sławny tunel, (o którym opowiadał każdy napotkany po drodze rowerzysta). 7-kilometrowy tunel schodzący na 212 m. pod poziom morza. 10-cio procentowe nachylenie pozwoliło mi osiągnąć rekordową prędkość 72 km/h. Ogromne wentylatory w tunelu, słabe oświetlenie i zimno, wszystko to sprawia, że pokonanie tunelu to niezapomniane przeżycie. ![]() Piękna do tej pory pogoda, 32 km. przed Nordkappem zmienia się całkowicie. Mokra mgła i podjazd na 300-metrowy płaskowyż wykańcza nas mocno. Później zjazd i znów 300 metrów w górę. Widoczność spada do 15 metrów. Jesteśmy już nieźle wyczerpani. Agatka stwierdza, że podróż poślubna zamieniła się w koszmar. Po raz kolejny urywa jej się szprycha, Fibi kuleje, bo ma pozdzierane opuszki, nie jedliśmy już nic od dłuższego czasu, wieje w twarz, wszystko wilgotne, z nosa cieknie i gdy myślimy że już nigdy tam nie dojedziemy, pokazuje się tablica - Nordkapp 500 m.. Resztkami sił odnajdujemy sławny globus i padamy gdzieś pod ścianą, osłonięci od wiatru. To, że dojechaliśmy, że się naprawdę udało, dociera do mnie dopiero, gdy zjadam specjalność Agatki - makaron plus puszka z tuńczykiem. Pogoda ciągle fatalna, rozkładamy namiot, obkładamy go kamieniami żeby go nie zwiało i trochę zawiedzeni brakiem widoków kładziemy się spać. Zasypiamy natychmiast, śpimy jak zabici, mimo że całą noc wiatr rzuca namiotem. Wcześnie rano mimo przenikliwego zimna, ubieram wszystko, co mam i z przeczuciem udaję się pod globus. Nagle mgła zaczyna się rozwiewać i obserwuję niesamowite zjawisko. Chmury przelewają się po 300 metrowym płaskowyżu i spadają do morza. Coś pięknego. Po zimnym poranku szybko minął nam piękny słoneczny dzień a wieczorem doznaliśmy prawdziwej nagrody za trud miesięcznego pedałowania. Zachód słońca na Nordkappie to niesamowite zjawisko. Zwłaszcza jak stoi się 50 metrów nad chmurami. Słońce powoli niemal poziomo chowa się pod horyzont, pod nami szybko przesuwa się morze chmur a my stoimy sobie na końcu Europy, słuchamy sobie "Perl Jam" i mamy łzy w oczach. Jest cudownie, po to właśnie tu jechaliśmy. Tylko Fibi nie podziela naszego entuzjazmu i cały dzień śpi w namiocie. ![]() Następnego dnia rozpoczynamy naszą podróż powrotną. Także we mgle opuszczamy wyspę i po raz drugi jedziemy przez tunel. Zaczyna się nasza przygoda z północnym wybrzeżem Norwegii. Na początek jedziemy okręg Finnmark gdzie zaludnienie wynosi 1,4 osoby na km kwadratowy. Pogoda się psuje, robi się zimno i deszczowo. Jednego dnia warunki atmosferyczne pozwalają nam przejechać jedynie 7 km i koczujemy niemal dobę na tyłach jakiegoś urzędu. W kurtkach czapkach i rękawiczkach docieramy do przepięknego archipelagu Vesteralen oraz Lofotów. Krajobrazowo jest to chyba najpiękniejsza część Norwegii. Malutkie wioski rybackie, zapach suszonej ryby, wszędzie olbrzymie skały wpadające wprost do czystego morza. Później przepływamy promem do Bodo i jedziemy drogą nr 17 która jest jedną z najpiękniejszych tras turystycznych świata. Przyzwyczajamy się do kapryśnej pogody i ukształtowania terenu. Mamy lepsze i gorsze dni. Dziennie robimy jakieś 90 km (a ja zmęczony jestem jak po 200 przez tą przyczepkę). Czasem udaje mi się złowić kilka ryb, które z apetytem zjadamy. ![]() Tak powoli docieramy do Trondheim, skąd po pokonaniu ponad tysiąc metrowej przełęczy (i lodowatym noclegu na niej) kierujemy się do Oslo. Tam żegnamy się z tym pięknym krajem i jego mieszkańcami, którzy okazali się mili, ale nie specjalnie wylewni. Do Danii przedostajemy się promem i tu czeka nas najbardziej spokojna i słoneczna część podróży. Nie spiesząc się, objeżdżamy cały kraj zachodnim wybrzeżem. Rowerzyści są tu traktowani wyjątkowo. Prawdopodobnie więcej jest ścieżek rowerowych niż normalnych dróg. Jest już wrzesień, ale pogoda przepiękna. Słońce pali nam nosy, jedziemy wśród wydm i wiatraków. Zapominamy już o trudach wyprawy i cieszymy się ostatnimi kilometrami naszej podróży. Gdy docieramy do Niemiec (Flensburg) wsiadamy w pociąg i w ciągu kilku godzin, już wieczorem, znajdujemy się na ostatniej stacji przed Szczecinem. Ostatnią noc spędzamy w polu i od samego rana, naładowani emocjami, pokonujemy ostatnie 25 km przez niemieckie zapomniane wioseczki. Na przejściu granicznym celnik zapytuje: "Skąd tym razem", a ja na to: "Byliśmy na Mazurach, ale wróciliśmy naokoło". Gdy za chwilę zbliżaliśmy się do Gryfińskiego mostu, miałem łzy w oczach. Udało się, wszystko naprawdę się udało. Nie zawiódł nas sprzęt, zdrowie i nasz wierny pies. To był dla nas prawdziwy test, myślę, że zdaliśmy go na piątkę. ![]() Przez ponad 2 miesiące byliśmy zdani tylko na siebie, razem dzieliliśmy codzienność, jedliśmy z jednej miski, moczył nas ten sam deszcz, grzało nas to samo słońce, nocą ogrzewaliśmy się nawzajem. Wspólnym wysiłkiem dobrnęliśmy do końca. Taka podróż pozwoliła nam się jeszcze bardziej poznać, odkryliśmy prawdziwych siebie. Teraz już troszkę inaczej postrzegamy wiele problemów, ta podróż wiele nas nauczyła A to dopiero początek Chcielibyśmy żeby to był nasz sposób na życie... Podsumowanie:
Łącznie pokonaliśmy 5630 km na rowerach w 7 krajach. Spędziliśmy ponad dobę na 13 promach, oraz przejechaliśmy ponad 30 km w norweskich tunelach. Zerwało się pięć szprych, (z czego 4 u Agatki), rozpruły nam się dwie nowe opony z Polski i 3 późniejsze znalezione w porzuconych rowerach, 5 razy złapaliśmy gumę. Poza tym spaliliśmy około 8 litrów benzyny w naszej kuchence. Około 1,5 tysiąca km. Przejechaliśmy koleją w Polsce i Niemczech. W rowerach do wymiany łańcuchy, zębatki, suport i piasta. Na szczęście wszystko się udało, podołały rowery oraz nasze organizmy i znakomicie poradził sobie Fibi. Pozdrawiamy wszystkich. Marek & Agata & Fibi. ![]()
|