|
:: Wstęp

Rowerem do gór "Pięciu Bogów" - Wyprawa rowerowa w Ałtaj
Mongolski 2004.
Jechaliśmy od granicy rosyjsko-mongolskiej, przez zachodnią, górzysto
- pustynną prowincję Mongolii do masywu Tavan Bogd uul na granicy
Mongolii, Chin i Rosji. Pokonaliśmy kilkunastokilometrowy lodowiec
i wnieśliśmy rowery na nie nazwaną górę (4152 m) a następnie już
pieszo dotarliśmy na najwyższy szczyt Mongolii - Chujten (4374 m).
Powrót przez góry Ałtaju rosyjskiego drogą zwaną Czujski Trakt.
Po drodze pokonywaliśmy wiele przełęczy, a pod kołami przewijały
się piach, skały aż w końcu lód. Poniżej przeczytasz więcej o tej
wyprawie
:: Uczestnicy

|
- Katarzyna Burzyńska (Koszalin)
- Piotr Spychała (Olsztyn)
- Daniel Klawczyński (Lębork)
|
:: Trasa



Kliknij aby powiększyć

:: Relacja

Stojąc na pedałach, pracując całym ciałem, zarówno nogami jak i
tułowiem mozolnie pięliśmy się na grzbiet kolejnej przełęczy. Koła
coraz głębiej zapadały się w miękki grunt. Pocąc się pod bezlitosnym
wpływem słońca realizowaliśmy swój szalony plan. Zamierzaliśmy z
rowerami dotrzeć na najwyższy wierzchołek Mongolii (4374m). Dla
czego by nie? To przecież rowery zaprojektowane do jazdy w górach
i w trudnym terenie. Miały pokonać piaszczysty step, skały, rzeki,
błoto a na koniec śnieg i lód. Fakt, na wierzchołek nie wjedziemy,
ale przecież zawsze możemy tam wtaszczyć nasze jednoślady, ratować
się awaryjnym marszem. Ale po co? - zapyta ktoś. Ano po to, żeby
pokazać - z rowerami można wszędzie, to jest styl, który wybraliśmy
Dla nas góry i rower to jedno. W razie czego zawsze można go zostawić
i spróbować osiągnąć cel pieszo.
Po powrocie z pierwszej mongolskiej wyprawy najsilniejszym wrażeniem
pozostawał niedosyt. Zachodnia część tego kraju - ajmak bajanolgijski,
który mięliśmy okazje oglądać, to niesamowity potencjał pięknych
acz surowych gór stanowiących część wielkiego łańcucha Ałtaju. W
czasie pierwszej wyprawy związanej z prowadzeniem w tym rejonie
badań nad rasami koni, mogliśmy podziwiać te unikalne krajobrazy
zza szyb "UAZ - a". Takie zwiedzanie "przy okazji"
i z pokładu samochodu nie dawało nam jednak należytej satysfakcji.
Dwa garby czy dwa koła? Jak to się zaczęło.
 Prawie
miesiąc na tej egzotycznej ziemi wystarczył jednak, aby zrodziła
się myśl powrotu, tym razem jednak po to, żeby posmakować gór w
najczystszej formie, poczuć ich piętno na własnej skórze i w nogach.
Kasia i ja, uczestniczy pierwszej wyprawy, sprawdzaliśmy wszelkie
informacje o tym rejonie - niewiele tego było, a jeśli już to pobieżne
i ogólne informacje. W końcu natrafiliśmy jednak na materiał, który
z nawiązką wynagrodził nam nasz trud. W Internecie natrafiliśmy
na opis polskiej wyprawy w góry Tawan Bogd - uul, która dotarła
tam w 1967 roku! Masyw ten znajduje się w zachodnim skrawku Mongolii
u styku trzech granic: Mongolii, Chin i Rosji. Będąc za pierwszym
razem w tym stepowym kraju nawet nie wiedzieliśmy, że istnieją takie
góry. Masyw znajdował się zbyt daleko od miejsc naszych badań a
na mapie praktycznie nie wyróżniał się niczym pośród mnogości innych
części Ałtaju. W rzeczowym tekście autorstwa ŚP Andrzeja Skupińskiego
znaleźliśmy wymarzony grunt pod przyszłą wyprawę, oraz niezwykle
pomocną mapkę. Przed nami malowała się wizja dotarcia w uroczy i
całkiem jeszcze dziki fragment świata, a dodatkowo bardzo tajemniczy.
A jakże. Zamieszkują go bowiem ałmasy, odmiana mongolskiego yeti.
Wyruszyliśmy na początku sierpnia. Nie zamierzaliśmy jednak tym
razem korzystać z usług miejscowych kierowców. Jazda samochodem
odbiera wiele wrażeń. Wyprawa z 67 roku, która w rejon masywu Tawan
Bogdo dotarła min. przy użyciu koni i wielbłądów zainspirowała nas
do podjęcia bardzo szalonego planu. Wielbłądy? Fajna sprawa, ale
cała nasza wyprawowa trójka (Kasia, Piotr i ja) jesteśmy wielbicielami
kolarstwa górskiego postanowiliśmy więc, że mongolski step pokonamy
na rowerach i może uda nam się dotrzeć aż do tajemniczych gór.
A zatem witaj przygodo!
Asfalt kończy się pod szlabanem
 Początek
okazał się koszmarny. Nie łatwo przewieść rowery i całe mnóstwo
sprzętu do tego odległego azjatyckiego kraju. Tłucząc się po pociągach,
autobusach i innych środkach transportu po sześciu dniach wylądowaliśmy
wreszcie w okolicach przejścia granicznego Taszanta - Cagaannuur.
Trudno było uwierzyć, ale się udało. Bagaże były okropnie ciężkie,
oprócz rowerów wieźliśmy spore zapasy żywności, szpej, serwis do
rowerów i zimową odzież. Siedząc na tym całym majdanie, już na stepie,
delektowaliśmy się ciszą przerywaną śpiewami Piotra, który w ten
sposób dawał upust wielkiej radości z powodu dotarcia. Wszelkie
przykrości podróży w śmierdzących wagonach to już tylko wspomnienie,
nagle mieliśmy do dyspozycji nieograniczoną wydawałoby się przestrzeń,
a smród  zastąpiła
woń piołunu - zapach stepu. Asfalt urwał się dokładnie pod rosyjsko
mongolskim szlabanem.
Ajamk bajanolgijski to pustynna, bardzo surowa, a na dodatek górzysta
ziemia. Roczne opady deszczu nie przekraczają tu 250 mm, lata bywają
bardzo gorące a zimy niezmiernie mroźne, zawsze jednak jest sucho.
Mierząc się po raz pierwszy z górzystym stepem musieliśmy pokonać
pierwszy etap wyprawy - dotrzeć do stolicy okręgu Bajan - Olgij.
Do miasta tego nie prowadzi żadna utwardzona droga. Ponad 100 kilometrowy
odcinek od granicy wydał nam się bardzo ciężki do przejechania.
Jak się okazało była to najlepsza część drogi, luksus w porównaniu
z tym co miało się zacząć za miastem w drodze do Tawan Bogd - uul.
W Bajan poczyniliśmy ostateczne przygotowania, ponieważ było to
jedyne miasto na trasie. Dalej czekało nas ponad 200 km. gór i stepu
z nielicznymi osadami, najczęściej zaś drobnymi jurtowiskami. Opierając
się na kiepskich kserowanych mapach i wysłużonym kompasie ruszyliśmy
w żmudną podróż do granitowych gór, których nazwa tłumaczy się "Masyw
Pięciu Bogów".
 Zanim
tam jednak dotarliśmy wylało się sporo potu. Trasa nie była łatwa
i nie raz więcej pchaliśmy swoje rowery niż jechaliśmy na nich.
Niekiedy cały dzienny dystans zamykał się w 25 km, tak, że pieszo
pokonalibyśmy pewnie więcej. Do tego doszło jeszcze błądzenie. Coraz
wyższe przełęcze i coraz częściej spotykane na trasie górskie rzeki
utrudniały maksymalnie podróż rowerem. Gdy nawet wiła się pojedyncza
nitka śladów zazwyczaj oznaczało to kamieniste wyboje, piach i "teleeepawki"
- poprzeczne wyboje piaszczyste od których można było zwariować.
Dróg utwardzonych, czy choćby usypanych szutrów oczywiście nie ma.
Prawdziwa jazda terenowa. Ale nie narzekaliśmy, ponieważ góry przynajmniej
jak na razie nie zawiodły naszych oczekiwań. Nie oszczędzały nas
może, ale odpłacały niespotykaną ciszą i spokojem, oryginalne krajobrazy
gwarantowały wspaniałe wrażenia. Kasia wspomina moment, jak w nocy,
gdy już zasypialiśmy wysuszona ziemia zadrżała od rytmicznych uderzeń
kopyt. W pobliżu przebiegł tabun koni - magia stepu. Prawie jak
na filmie o dzikim zachodzie.
Miejscowi, głównie Kazachowie i Tuwińcy okazali się bardzo przyjaźni
i gościnni. Nigdy nie widzieli przybyszy na rowerach. Błogosławiliśmy
ich tłustą i pożywna kuchnie, która jest idealna w tym srogim środowisku.
W
końcu jednak jurty się skończyły. Ostatni ok. 25 kilometrowy odcinek
dzielący nas od masywu nie był w ogóle zamieszkany. Bardzo długo
widok na nasz cel - granitowy masyw powierzchnią odpowiadający Alpom
Francuskim, zasłaniał nam długi grzbiet, wzdłuż którego się poruszaliśmy.
O drodze nie było mowy, za to było błoto i mokradła na przemian
ze skałami leżącymi tu i ówdzie. Pokonanie tego ostatniego odcinaka
to prawdziwy spacer po księżycu. Rowery nie ułatwiały sprawy. Pod
wieczór, po całym dniu walki z niegościnnym terenem naszym oczom
wreszcie ukazały się zębiszcza tajemniczych gór. "Teraz nic
już nie odgradzało nas od długo oczekiwanego widoku, wyraźnie odczuwaliśmy
zimny oddech lodowców. Granitowe kolosy wywarły na nas wielkie wrażenie.
W gęstniejącym mroku wyglądały posępnie i groźnie. Kilkanaście spośród
wielu wierzchołków tego masywu przekracza wysokość czterech tysięcy.
Ale my chcieliśmy już tylko spać. Mięliśmy za sobą dwa tygodnie
wytężonej i coraz bardziej męczącej harówki. Trudności miały się
jednak napiętrzać wraz ze wzrostem samych gór. Nagrodą za całodniową
wędrówkę były zawsze wieczory. One wynagradzały nam trudy dnia.
Świadomość odpoczynku, "smacznych" kalorii lijofilizatu,
spadające Celsjusze i krajobraz w przyjemniejszym świetle zachodu
słońca poprawiały morale załogi. Góry wydawały się ładniejsze, można
było rozkoszować się ich widokiem.
Bikes on ice
Dalej już tylko yeti, my i rowery. Naprawdę mieliśmy wrażenie,
że dotarliśmy na koniec świata. A w takich miejscach wszystko może
się wydarzyć...
 Na
lodowcu niestety nie poszło tak gładko jak myśleliśmy. Spodziewana
płaska powierzchnia okazała się piętrzącymi muldami, a te często
wyższe od człowieka znacznie utrudniały marsz z rowerem. Przenocowaliśmy
pośród tych lodowych fal. Choć byliśmy zmęczeni, piękno i różnorodność
lodowych form i tworów budziła nasz zachwyt. Lodowce tutaj maja
nawet 12 km długości. Gdy garby się skończyły, wzrosło nachylenie,
pod śniegiem złowrogo prześwitywały rysy, każda mogła być śmiertelnie
niebezpieczna. Daniel wpadł do jednej, zatrzymując się na rozstawionych
rękach. Szliśmy powoli w coraz głębszym śniegu. Na postojach opierałam
się o rower. To był najtrudniejszy dzień. Nagle Piotr krzyknął,
że tu zostajemy, tu będzie baza. Mimo to myślałam żeby zostawić
rower tam gdzie stałam, a dwieście metrów dzielące mnie od chłopaków
pokonać już bez tego nieznośnego ciężaru. Byliśmy na ok. 3600m n.p.m.,
a za sobą mieliśmy ponad 12 km lodowej "rzeki" Rowery
przydały się do mocowania namiotu, ta  prowizoryczna
konstrukcja mogłaby nie wytrzymać wichury. Wczesno poranne promienie
rozświetliły lodowiec. Piękna pogoda. Atakujemy! Podejście z prawej
strony nie wyglądało zachęcająco. Na wprost zbyt stromo, poza tym
jakby lawinowo. Zobaczymy, co jest za granią z lewej strony. Widząc
stromiznę góry i nie mając czasu wypocząć postanawiam nie brać roweru,
chłopaki też mi to odradzają. Szłam przodem, robiąc ślad w głębokim
śniegu u podnóża góry. Po dotarciu do grani zdecydowaliśmy się na
trawers po stromiźnie i atak od frontu. Nie chcieliśmy wchodzić
na skały po południowej chińskiej stronie. Ostrożnie minęliśmy śnieżne
nawisy. Stromizna niebezpiecznie wzrastała i powierzchnia stała
się teraz twarda. Mocno wbijaliśmy raki. Ja pomagałam sobie czekanem,
a Piotrek z Danielem powoli przerzucali kroczek po kroczku swoje
dwa kółka, mocno wbijając je w płytszy teraz śnieg. Pod ostatnim
nawisem  skręciliśmy
do góry, i choć nie mogłam w to uwierzyć, po najbardziej stromej
części tej ściany powolutku poszliśmy naprzód. Nachylenie było bardzo
duże, ale na szczęście pod nami nie widzieliśmy skał, tylko gładką
śnieżną powierzchnie. Lekkie odchylenie do tyłu mogło spowodować
utratę równowagi. Chłopaki dokładnie kładli rowery, przerzucając
je z przodu stromo przed sobą. Stromizna robiła wrażenie. Przystawaliśmy
by zachwycać się pięknem kontrastowego krajobrazu, tylko głęboki
błękit i śnieżna biel. "Zaraz, zaraz, dlaczego ta sąsiednia
góra jest wyższa"- zauważyli wszyscy na szczycie. Jasnym stało
się, że to nie mógł być Chujten - najwyższy szczyt Mongolii. Pomyliliśmy
góry. Stabilna azjatycka pogoda pozwała nam delektować się widokiem
ałtajskich szczytów i lodowców. Musieliśmy spuścić powietrze z dętek,
były tak twarde, że groziły wybuchem. To spadek ciśnienia na tej
wysokości spowodował, że się tak rozdęły. Widzieliśmy postrzępione
zębiszcza chińskich szczytów i prawdopodobnie niezdobytego dotąd
Pietra Pietrowicza i wspaniałą panoramę części mongolskiej, z najpiękniejszą
Śnieżną Cerkwią.
W końcu schodzimy a od podnóża Daniel i Piotrek próbują śnieżnych
zjazdów - z licznymi wywrotkami..
Zwia d
w stronę Najrambil Orgil (kazachska nazwa Chujtena) potwierdził
nasze obawy, że od tej strony nie damy rady wnieść na niego rowerów.
Po drodze do szczytu znajdowało się niebezpieczne przewężenie przypominające
most lodowy. Góry te charakteryzują się większym niż wynikałoby
to z szerokości geograficznej i wysokości zlodzeniem. To wciąż obszar
wiecznej zmarzliny, która wysuwa się w tym miejscu najbardziej na
południe. W obłych miejscach zalegają potężne i wielometrowej głębokości
czapy lodowe. Nasze skromne górskie doświadczenie wystarczyło jednak,
żeby zdobyć najwyższy wierzchołek Mongolii z trudniejszej niż planowaliśmy,
południowo wschodniej strony. Miałam nawet namia stkę
lodowej wspinaczki, gdy trawersem pokonywaliśmy zlodowaciały, bez
pokrywy śnieżnej fragment ściany. Asekurowaliśmy się czekanami,
a przydałyby się lodowe szpile. Gdzieś w dole zagrzmiała lawina,
jej dźwięk przez chwilę nas zahipnotyzował. Później marsz granią,
z częstszymi już przystankami dla złapania rzadszego powietrza.
Jest! Nareszcie ujrzeliśmy całą panoramę. Jesteśmy na 4374m. Daleko
na horyzoncie prezentowały się masywy Ałtaju rosyjskiego z najwyższym
szczytem tych gór, Biełuchą. Było słonecznie i bez wiatru. Góra,
na której byliśmy dzień wcześniej jak się później okazało nie ma
do tej pory nazwy. Oznaczona jest jako Point 4152. Schodząc zauważamy
w pewnym momencie czarną kropkę w dole pod nami - to namiot i rowery.
Schodzimy i chowamy się, czym prędzej, w tym płóciennym domu, gdyż
z chwilą, gdy słońce znika za granią, mróz ścina wszystko na kość.
Zmęczone mięśnie, co chwila łapie skurcz, a do tego kończą się nam
zapasy żywności. Wiemy, że po tej czwartej nocy na lodzie musimy
się wycofać. W drodze powrotnej, na niektórych odcinkach udaje się
nam nawet zjeżdżać. Asekurowaliśmy się liną od miejsca, gdzie pojawiły
się rysy. Na pożegnanie lodowiec zaserwował nam znienawidzone skalne
rumowisko, które odgradza lód od lądu. Niestety, a może na szczęście
nie spotkaliśmy Ałmasa, tutejszego yeti.
  
Zadowoleni z sukcesu zanadto uwierzyliśmy w swoje siły. Podjęliśmy
kolejne ambitne wyzwanie. Próba przeforsowania przełęczy w stronę
jezior i rzeki Aksu przysparzała wielu problemów. Nie udało nam
się wdrapać na ponad dwu kilometrowej wysokości garb, za którym
znajdują się piękne jeziorka. Na miękkich nogach, wygłodniali ewakuujemy
się do Bajan Olgi. Jeśli tylko jest to możliwe dożywiamy się w jurtach.
Największe w okolicy miasto jest stolicą mongolskich Kazachów. Przez
kilka dni podpatrujemy jak żyją i czym się zajmują "władcy"
tej ziemi. Stanowią oni ponad 90% ludności regionu i w odróżnieniu
od reszty są muzułmanami. Powrót z wysokich gór do Bajan Olgij przebiegał
w przybliżeniu podobnie jak na początku wyprawy, tyle tylko, że
brakowało nam jedzenia i sił. Paradoksalnie w drodze powrotnej ustanowiliśmy
swój dzienny rekord przejazdu w Mongolii - 55km. Dla ciekawości
dodam, że w Polsce na szocie, Daniel tym samym rowerem przejechał
w ciągu dnia ponad 300 km.
Powrót
 Opuszczamy
Mongolię. W pamięci pozostaje ostry zapach piołunu, którym pachnie
step, swoboda i przestrzeń. Pewnie zatęsknię jeszcze za spokojem
tych gór, gdzie nic nie zakłócało wspaniałej harmonii pomiędzy człowiekiem
a przyrodą. Jednak tamtejsza natura, choć piękna, to bynajmniej
nie rozpieszcza. Odczuwszy jej piętno z radością witaliśmy asfalt
po rosyjskiej stronie. Wkrótce pojawiły się drzewa, których widoku,
po miesiącu, tak byliśmy spragnieni, oraz coraz częściej sklepy
i żywność. Obżeraliśmy się bez granic, cierpieliśmy na syndrom poobozowy.
W Rosji bez problemu pokonywaliśmy 100 km dziennie. Czujski trakt
jak na górską drogę ma bardzo dobrą nawierzchnie. Na jednym z noclegów
zatopiliśmy przypadkowo znalezioną banię (tutejsza sauna). Porządne
mycie po wielu trudach, rozgrzani pędzimy do lodowatej wody płynącej
obok rzeki. Po prostu rozkosz. Bania to wspaniała tradycja, brakuje
tego u nas. Zmierzaliśmy w stronę Nowosybirska. Na zjazdach z niektórych
przełęczy osiągałam blisko 80 km na godz. Na koniec jeszcze rowerowe
zwiedzanie stolicy Syberii. T rzeba
uważać na kierowców, większość jeździ japońskimi samochodami z kierownicą
po prawej stronie. Niezły chaos,
tym bardziej, że szerokie jak lotniska ulice często nie mają namalowanych
pasów ruchu, można się pogubić. Przenocowaliśmy w parku, mimo, że
był koniec września lekko prószył śnieg. Powrót pociągiem prosto
do Brześcia. Obsługa nieciekawa, panie w stylu "ja car, ja
bóg" pewnie dobrze pamiętały czasy "Wielikoj Imperji".
Ale nie daliśmy się spławić pokrzykiwaniom. Na protesty z ich strony,
że wieźliśmy nadmierny bagaż, pokazałam na pasażerów połowy wagonu.
To Rosjanie, którzy przesiedlali się z Kazachstanu do "mateczki
Rosiji". Wieźli cały dobytek, mieli więcej niż my. Poskutkowało.
Polskę udało nam się przywitać jadąc na rowerach. Z Brześcia potoczyliśmy
się na przejście samochodowe. Z wielką łaską Białorusini zgodzili
się nas przepuścić na "wielosipiedach". Trąbiąc minęliśmy
w nocy biało czerwona linię dzielącą most nad Bugiem.
Epilog
Mimo
wszystko z żalem żegnaliśmy kraj, który wydawało by się nieznacznie
zmienił się od czasów Dżyngis Chana. W pamięci pozostaną niepowtarzalne
stepowe noce pod srebrzystym baldachimem. Może jeszcze długo nie
zobaczymy takich kolorów ziemi: płowo złotych, czerwonych, brązowych
i białych odcieni stepu. Krajobrazów jak ze stwarzania świata, gór
nie podeptanych przez człowieka, gdzie kto wie, może jeszcze nawet
mogły zachować się ałmasy (yeti). Marzenie zostało spełnione. Dotarliśmy
do miejsc, których nie odwiedzają wycieczki i nie opisują przewodniki
turystyczne, zaryzykowaliśmy rzucając się w nieznane. Watro było.
Przyznam, że chwilami zastanawiałem się czy wzięcie rowerów to był
dobry pomysł. Zapewne łatwiej byłoby podróżować konno, ale przecież
idea była taka, żeby dać sobie w kość. Trudne chwile lepiej się
zapamiętuje. Zresztą rower to dla nas koń naszej cywilizacji - zielony
alternatywny środek transportu - warto propagować taki styl życia.
Autorzy tekstu - Kasia i Daniel
:: Sponsorzy

Po wielu miesiącach ciężkiej pracy w Londynie (jako rikszarze (sic!))
powróciliśmy do ziemi ojczystej. Może to absurdalne ale wakacje
postanowiliśmy spędzić na dwóch kółkach, pedałując jak wcześniej
w Londynie z tym, że najlepiej gdzieś gdzie nie ma tłoku, spalin
i miast...no i dla przyjemności a nie dla pieniędzy. Na szukanie
sponsorów nie było już czasu. Poza drobnym wsparciem jednego ze
sklepów rowerowych (sprzedaż części bez marży oraz udostępnienie
serwisu) wszystko pokryliśmy z własnej kieszeni. Na wyprawę łącznie
z materiałem fotograficznym wydaliśmy po 500 dolarów.
Podziękowania
W przygotowaniu rowerów fachowej pomocy udzielił nam SKLEP ROWEROWY
MIKOŁAJ ZIELANT, znajdujący się przy ul. Armii Krajowej 38 w Słupsku.
:: Porady praktyczne

WIZA
Trzydziestodniową wizę można kupić w Ambasadzie Mongolii w Warszawie
przy ul. Rejtana 15/16 (tel./fax 22 849-9391). Można wykorzystać
ją w ciągu trzech miesięcy od daty wystawienia. Koszt to 50 $.Dłuższe
są znacznie droższe, dlatego zaplanowaliśmy resztę podróży na Rosję.
W tym kraju również obowiązują wizy. Jeśli nie planuje się dłuższego
pobytu w Rosji polecam najtańszy wariant - wizę tranzytową, którą
otrzymuje się gdy w paszporcie jest już wiza kraju docelowego tj.
Mongolia, Japonia, Chiny itp. Wiza tranzytowa obowiązuje 10 dni
od przekroczenia granicy Rosyjskiej w tę i z powrotem. Zwykła wiza
turystyczna do tego kraju znacznie ostatnio potaniała i kosztuje
60 zł. Szczegóły jej otrzymania radzę jednak sprawdzić na stronach
ambasady rosyjskiej w Warszawie lub konsulatów terenowych. Adres
elektroniczny: www.poland.mid.ru/cons_conspol.html
JEDZENIE
Mitem
jest jakoby w Mongolii były jakieś straszne typy bakterii, powodujące,
że my, Europejczycy, możemy mieć problemy z trawieniem. Owszem.
Istnieje pewna choroba, którą można się zarazić poprzez mięso bobaka,
którego zresztą mieliśmy okazję spróbować. Miejscowe władze zabraniają
ze względów bezpieczeństwa polować na to zwierze. Nikt jednak do
zakazu się nie stosuje, więc jeśli ktoś chce uniknąć problemów to
lepiej niech podaruje sobie konsumpcje mięsa tego wielkiego (chyba)
gryzonia. Jeśli w rejonie panowała by epidemia jakiejś choroby zwierząt
to na pewno się o tym dowiemy. Kilka lat temu, gdy w somonie bajanolgijskim
panowała jakaś choroba w ogóle zabroniono tam wjazdu. Poza tym można
próbować wszystkiego, co podają. Mięso zawsze jest świeże, przyrządzane
zwykle na naszych oczach. Często byliśmy zapraszani do jurt, próbowaliśmy
naprawdę wszystkiego, co nam podawano i żadnych sensacji nie było,
ani na ostatniej wyprawie, ani gdy byliśmy tam rok wcześniej, gdy
przez cały czas mieszkaliśmy u Kazachów.
W zapasy żywności przewidziane na wyprawę radzę się zaopatrzyć w
kraju lub po drodze w Rosji, gdzie znajdziemy wszystko, czasami
nawet po korzystniejszych cenach. W miastach Mongolii jest bowiem
problem z wieloma towarami i przeważnie są one droższe niż w Polsce.
W Bajan Olgi widywaliśmy często towary z Polski, które tam były
droższe niż w kraju. Warto jednak odwiedzać bary, gdzie można zjeść
wiele pysznych potraw na bazie mięsa baraniego. My przepadaliśmy
na "mantami". Było jednak wiele innych równie pysznych
smakołyków, których nazw nie sposób spamiętać. Ceny przystępne,
rzekłbym nawet tanio.
ROWERY
My zaufaliśmy naszym aluminiakom, ale na takie eskapady bezpieczniej
byłoby brać moim zdaniem ramę chromo - molibdenową, najlepiej cieniowaną,
by połączyć wytrzymałość i lekkość. Ten materiał daje dużą niezawodność.
Zabranie starych wysłużonych cannondale było trochę ryzykowne, choć
maszyny nie zawiodły, to jednak szkoda gdyby czasami przyszło wracać
w połowie wyprawy.
Do góry
|
|
| |
| |
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
(c) 1995-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie oraz wykorzystywanie artykułów publikowanych
w witrynie www.wrower.pl bez zezwolenia zabronione. |
|