|

Z Felixem
i Kristina spotkalismy sie w parku rozrywki. Szczerze powiedziawszy
nic specjalnego. Wieczorem jako, ze bylo bardzo goraco poprosilem w
barze o szkalnke wody i duuuuuuuza ilosc lodu.................
no i lodu bylo duzo. Poza tym to na kolacji spotkalismy dwoje milych
(!) austryjakow ktorzy mniej, wiecej pomogli nam zplanowac trase do
Bratyslawy.
Dzien
trzeci (start)
No dzis sie zaczyna nasza wyprawa. Spotykamy z Ernestem
na sniadaniu Felixa, bez Kristiny. Powiedzial, ze jest chora i niestety
on nie moze z nami jechac bo musi ja odwiezc do Niemiec. Pertraktacje
byly dlugie i nudne. Niektore laski sa naprawde denerwujace. Nie bede
wnikal w szczegoly, ale fakt jest taki, ze nie byla chora, a ja mieszkalem
z nia pol roku wiec cos o niej wiem.
No wiec fajnie. Felix mial namiot i mapy...........
stwierdzil, ze je nam pozyczy. Wszytko fajnie, tylko, ze namiot 3-os
wazyl ponad 3kg, a u mnie w domu 1.8kg dwojka sie kurzy...... No nic
stwierdzilem, ze wzeme namiot na swoj rower, bo nie dosc ze moj rower
byl lzejszy niz Ernesta, to on dodatkowo zamiast slick'ow mial zwykle
opony MTB, poza tym jak zeszlego wieczora uslyszal, ze mamy zamiar pokonywac
ponad 100km dziennie, to chlopak troche pobladl :).
Nic, po przepakowaniu, pozegnianiu, ruszylismy. Na
poczatek 'extreme task' czyli przebranac przez Wieden. Przy okazji okazalo
sie, ze Erenestowi peka opona..... (tzn. takie pekniecie, ze moze sie
powiekszyc i bedzie bum). Ale co to za problem, przeciez znajdzie sie
pierwszy lepszy rowerowy i kupi sie opone. Tylko trzeba ten rowerowy
znalezc..... w centrum Wiednia. 'No
to kogo zapytac? No rowerzyste'. Jedzie jakis starszy pan zatrzymujemy
sie i zagadujemy go, a facet jedzie dalej (!). W miedzy czasie pare
innych austryjackich rowerzystow wyrazilo swoj poglad na temat osob
zatrzymujacych sie z brzegu sciezki rowerowej (byl kraweznik wiec ciezko
bylo zjechac, czego chyba nie zauwazyli). W kazdym razie ten starszy
facet co go probowalismy zagadac zatrzymal sie jakies 20 m dalej i cos
zaczal do nas mowic. To byla ta 4 mila osoba ktora w Wiedniu spotkalismy.
Wyjasnilismy, ze chcemy kupic opone. Powiedzial, ze ok, ale w niedziele
(!) moze z tym byc problem. No tak wtedy zdalismy sobie sprawe, ze dzis
niedziela. Ale pojechal z nami do budki, poszukal czegos w ksiazce,
ale nie mial karty zeby zadzownic, wiec poszedl do restaurcji obok,
aby spytac, czy moze zadzownic. Podzwonil, podzwonil, ale i tak nic
z tego nie wyszlo bo wszytko bylo zamkniete. Pozegnalismy sie i pojechalismy
dalej. 'No to kogo jeszcze mozna tu zapytac??? No przecierz
taksiarza'. No wiec zapytalismy na pierwszym postoju taksowek,
gosc nam powiedzial, ze wyporzyczalnia rowerow Power Pedals jest otwarta
i tam kupimy co chcemy. Tak sie fajnie zlozylo, ze wypozyczlania jeszcze
byla na naszej trasie.
Kolo Prateru znalezlismy wypozyczalnie. Tylko nie
bylo szyldu Power Pedals. Niewazne, w drzwiach wypozyczalni stoi facet
o image'u zula na PKP, Ernesto do niego:
*helo, i would like to buy a tyre for my bike, because.....
gosc sobie zaczal odchodzic (!). Przeszedl
10m i wladczym glosem:
- I'M LISTENIG!
popatrzylismy z Ernetstem na siebie, ale Ernesto dokonczyl swoja wypowiedz.
Facet wrocil do drzwi znow sie oparl o futryne zlozyl rece i przytawil
do nosa....... i stoi.
No wiec wiec teraz ja zeczelem tlumaczy o co nam chodzi
-hey, we just want.....
*I'M THINKING!
Erneto: Ok. take your time....
Po jakies minucie facet wreszcie cos
wybrzeczal, ze nie moze za bardzo, na ale jak tak bardzo musimy to nam
pomoze....... i przyniosl nam opone 24`. Tak. Nie wiem ale juz po jego
wygladzie bylo mozna stwierdzic, ze ma slabe predyspozycje do tej pracy.......
nic wszedlem do tej jego szopki i sie okazalo, ze nie ma nic poza 24`
i 28` :). No wiec do widzenia i jedziemy szukac Power Pedals.
No znalezlismy. Ja zostalem na zewnatrz i pilnowalem
rowerow a Ernesto poszedl do srodka kupwac opone. Zamieszania bylo tam.....
Sprzedawca zaczal sie na Ernesta wydzierac, ze on nie rozumie po angielsku
i czego on w ogole chce itd. W czasie kiedy
Ernesto walczyl podszedl do mnie gosc z Danii (jak sie okazalo) i zaczelismy
gadac, okazalo sie ze tez jada do Bratylawy jak, my, i zaczal nas pytac
o droge. Pokazalem mu mniej wiecej jak trasa biegnie, ale nie zapronowalem
im wspolnej jazdy. W koncu Ernesto wywalczyl opone (przezycie to zapamieta
do konca zycia ;) ) i ruszlismy dalej.
Stweirdzilismy, ze jeszcze mamy malo wody i trzeba
bedzie kupic. Niestety jak sie okazalo Austria to nie Polska (a moze
raczej na szczescie) i supermarkety nie sa w niedziele czynne.
Dunaj. Przez pare km sciezka biegnie brzegiem Dunaju.
Przy okazji oprocz sciezki rozciaga sie tam tez plaza nudystow. Tylko
czemu tam chodza w 99% ludzie po 60? No nic jak w koncu znalezlismy
jakis obiekt, na ktorym bylo mozna zawiesic oko to przejechalismy nasz
zjazd :) i zorientowalismy sie po nastepnym kiolmetrze :).
Po drodze znalezlismy pompe z pitna woda, ale mielsmy problemy z uruchomieniem
jej i podeszla jakas babka i nam pomogla. Po chwili podeszla
znowu i poczestowala nas kielbaskami, ktore grillowala :D. Myslimy austryjaczka
taka mila (?)... niemozliwe. A ona pokazuje na siebie i mowi 'Hungary'
:).
Dalsza trasa do Bratyslawy nie obfitowala w jakies
ciekawe wydarzenia. Trasa ktora jechalismy, z tego co pozniej wyczytalem,
to jedna z najbardziej znanych tras w Austrii. Ja to opisze tak: goraco,
prosto, obok las, nudno, za duzo szutru, plasko. Polega on mniej wiecej
na tym, ze jedziesz przez pare kilosow prosto przed siebie, po plaskim
terenie. Upal leje sie na ciebie z nieba i wiatr przeciw tobie (jak
zawsze). Zero drzew (jedynie ten las kilka-nascie/dziesiat metrow od
trasy) i nie za ciekawa widokowo. Czasem jest jakies mile zaskoczenie
w postaci zakretu.
Przed granica przejechalismy przez kilka malych i
ladnych wioseczek, tak ze humor nam sie lekko poprawil.
Bratyslawa.
Jak sie okazalo, nikt nie slyszal o czyms takim jak
youth hostel, ale na szczecie jakies 10km za miastem bylo pole namiotowe
'Zlote Piaski' -jak sie dowiedzielismy jezioro (a
raczej staw) nad ktorym znajduje sie pole jest przez Slowakow traktowane
jak przez Polakow Baltyk ;).
Schowac rowery do garazu, szybkie rozbicie namiotu, piwko w reke i do
wody.
Po kolacji, zaczelem gadac z polska rodzina, ktora miala namiot naprzeciwko.
Facet powiedzial, zebysmy pochowali wszystko co mamy, bo kradna tu niesamowicie,
i wymienil kto z sasiadow co stracil.
Dzien czwarty (spokoj i cisza, czyli zycie w wielkim
miescie)
Nastepnego dnia pojechailsmy do centrum
zobaczyc maisto (tym razem tramwajem ;) ). Miasteczko piekne. Dla mnie
atmosfera lepsza niz we Wiedniu, taka spokojna i senna. Praktycznie
wszystko co jest w Bratyslawie, mozna zobaczyc w jedno przedpoludnie,
ale moim zdaniem warto zajrzec, chocby dla atmosfery.
Dzien
piaty (Coca-Cola - 'na chorobe ci inne srodki?')
Nastepny dzien rano, kontynuacja wyprawy. Wyjezdzajac
z Bratyslawy tak sie jakos zamotalismy, ze przez przypadek wjechalismy
na autostrade ;). No i potem tarabanilismy sie razem z rowerami przez
barierke i stromo w dol gorki przez chaszcze.
Po kilku km, zaczal mnie cholernie brzuch bolec.
Po chwili juz prawie pedalowac nie moglem. Doturlalismy sie do jakies
stacji benzynowej i poszedlem kupic niezwodny lek na wszelekie dolegliwosci
zoladkowe - Coca-Cola. Polezelismy chwile i pomalu ruszylismy w trase.
Po kilku km bol brzucha calkowicie zniknal i z radosnym
'God bless Coca-Cola' dotalismy do nastepnego mijesca naszego
odpoczynku: Piestany.
Calkiem przyjemne pole namiotowe. W ogole nie zatloczone, fajna rzeka
obok, a ilu obcokrajwocow!
Dzien
szosty (a przy okazji moje urodziny ;) )
Rano szybka pobudka, pakowanie i dalej jazda. Tym
razem planowalismy dotrzec do domu Mirki.
Podjechalismy na male sniadanko do miasta. W sklepie
jakis gosc zaczal ze mna gadac i wypytawac sie o nasza wyprawe. Kiedy
wyszedlem pogadalismy jeszcze razem z Ernestem, ktory pilnowal rowerow.
Calkiem mily facet.
Moje urodzinowe sniadanie uczylismy litrem mleka i paroma kolaczami
w cieplym sloneczku na rynku miasteczka.
Tego dnia trasa byla znacznie ciekawsza. Krajobraz calkiem, calkiem,
mniejsze drogi. Wpadlismy w taki ferwor wybierania malych drozek, ze
wreszcie wbilismy sie na jakas zupelnie nieutwardzona, wyspana kammieniami,
tak, ze kola sie zapadaly. Tragedia. Przynajmniej dla mnie, ktory jechalem
na slick'ach.
Innym ciekawym akcentem, ktorego nigdy wczesniej nie widzialem, byly
radiowezly w wioskach. Przejezdzasz sobie przez wioske, a tu ci zapuszczaja
muzyke z poprzedniej epoki (przynajmniej tak to brzmialo, jak kawalki
sprzed 40 lat.), a potem ktos klepie ogloszenia i znow muzyka, ciekawe,
ciekawe i milo sie pedaluje.
Pod koniec tegodniowej trasy znowu spotaklismy pod nastepnym sklepem
ciekawego Slowaka - cygana. Najpierw gosc probowal nam sprzedac jakas
lornetke, a potem plastikowy luk.
Wieczorem dotarlismy do domu Mirki. Czekala na nas.
Przygotowala dobry obiadek (juz trzeci dzien z rzedu jadlem 'vyprazany
syr' ;) ). Po krotkim odpoczynku, jako, ze zblizal sie wieczor, tata
Mirki zapoznal nas z tradycyjnymi napojami slowackimi (czyli sliwowica
i nalewka). Po degustacji wybralismy sie dalej swietowac moje urodziny
do pobliskiego baru.
Dzien
siodmy (czyli chodzenie jest meczace)
Nastepny dzien spedzilismy z Mirka na zwiedzaniu
miasta i smakowaniu tradycyjnych......... potraw slowackich. No dobra
i 'Zlotego Bazanta'. :). Nabylismy tez odpowiedni upominek dla jej rodzicow
w ramach podziekowania.
Wieczor spedzilismy przy grillu i gitarze, ze znajomymi Mirki.
Dzien
osmy (czyli miej oczy szeroko otwarte)
Od tego momentu zaczela sie najciekwsza widokowo czesc Slowacji. Piekne
gory, stare zamki, male wioseczki. Dowiedzialem sie z sms od brata,
ze moi rodzice zatrzymali sie w 'Rajeckich Teplicach', czyli miasteczku,
ktore wypdalo na naszej trasie. Stwierdzilismy, ze choc przebylismy
dosc krotki odcinek zatrzymamy sie w tym miescie.
Tego dnia Ernesto przejechal 60, a ja 70 km. Roznica bynajmniej
nie wynikala z roznych trakcji na naszej trasy. A mianowicie, po prostu
stwierdzilem, ze co to jest 60 km, wiec musialem sobie jeszcze 10km
dobic. Zrobilem to malym podstepem ;).
Po wyruszeniu od Mirki Ernesto zauwazyl, ze jakby zaczyna mi sie bagaznik
lamac ;). Wiec przerzucilimy namiot z mojego roweru na jego. Jak zapinalem
z powrotem swoj bagaz to zapomnialem wziasc map, ktore rzucilem na trawnik....
i tak wyruszylismy. Wspielismy sie pod ladna gorke, caly czas zmiatani
przez tiry z drogi.
Wjechalismy na gorke i jest rozjazd..........
Ernesto: 'Show me the map.'
Ja (spogldajac na ich stale mijesce): 'O
shiiiiiit.'
No wiec zrzucilem caly bagaz i pognalem z powrotem 5km po mapy. Ale
jak sie jechalo z tej gory! Bez bagazu, w dol. Po prostu sie frunelo.
Z powrotem juz nie bylo tak zabawnie.
Jadac ta trasa naprawde zalowalem, ze nie wzielem kasku. Droga byla
waska, a kierowcy bynajmniej nie traktowali ci z nalezytym szacunkiem
;).
Tej nocy znowu przystosowalismy sie
do warunkow polowych i rozbilismy namoit na trawniku, przed domkiem,
ktory wynajmowali moi rodzice.
Dzien
dziewiaty (final)
Rano caly bagaz wrzucilismy do samochodu moich
rodzicow, a my pomknelismy bez zbednego balastu w ostatni etap naszej
trasy.
To byla prawdziwa jazda. Choooolernie strome podjazdy (nawet jakies
znaki przy nich staly), zar lejacy sie z nieba i przepiekne widoki.
Notabene, pierwszy raz w zyciu widzialem jak pot mi scieka po rekach
falami. Jeszcze kurcze nie moglismy dostac Coca-Coli (naszego podstawowego
napoju energetyzujacego :) ) w jednej z wiosek na szczycie gory.
Wybralismy oczywisicie trase biegnaca przez gory (przejscie graniczne
w Zwardoniu), ze wzgledu na widoki. Czasem juz padalismy z nog ale nie
zalowalismy. W sumie 120 km w gorach. Przy czym czasem podjazdy byly
po stronie slowackiej takie, ze ten na Kubalonke to 'male piwko przed
sniadniem' ;).
No ale dojechalismy szczesliwi i zmachani.
autor: tollek
|