TURYSTYKA
Wieden - Polska 2003


Wyprawa z Wiednia do Polski (Skoczow) w roku 2003.
 

 

<< Powrót
Strona Główna

 

Trasa:
dlugosc - ok. 450km
najdluzszy dystans - 120km
najkrotszy - 60km (70km)
dni jazdy: 5

Wystepuja:
-ja (czyli lukasz, tollek na preclu)
-ernesto (hiszpan)

W pozostalych rolach:
-felix i kristina (niemiecy)
-mirka (slowaczka)
-krzysiek (brat)
-.... i inni.

Wycieczke zaplanowalismy z Felixem, bedac w Szwecji. W ostatnie dni w Szwecji wspomnielem takze Ernestu o naszych planach. Ernesto stwierdzil, ze pomyls bardzo mu sie podoba i ze tez na nia przyleci (w co watpilismy). Mielismy sie spotkac ponownie w trojke w sierpniu w Wiedniu.....

Prolog :) (Dzien przed wyjazdem)
Na poczatku myslalem, ze do Wiednia dostane sie czesciowo pociagiem, czesciowo na rowerze. Ale okazalo sie ze do Wiednia kursuja bezposrednie pociagi z Polski i z czeskiego Cieszyna. W koncu zdecydowalem sie na jazde polskim pociagiem. Zadzwonilem na PKP i pani mi powiedziala, ze to Euro-City i nie ma wagonu na rower, wiec podrozuje sie razem z rowerem w przedziale. Pomylslem 'fajnie' przynajmniej nie bedzie trzeba duzo kombinoiwac. Polecialem na PKP jednak sie okazalo, ze w Skoczowie nie moge kupic biletu na EC, bo nie maja kasy miedzynarodowej. Jak spytalem faceta, czemu, to powiedzial, ze sam nie wie bo wszystkie warunki spelniaja........ No nic bilet w koncu kupilem w Bielsku, chcialem od razu kupic bilet na rower, ale babka mi powiedziala, ze ten musze kupic u konduktora.

No fajnie wyjazd mam z Zebrzydowic o godzinie 1300. Tak tylko jeszcze jak sie dostac do Zebrzydowic? No banalnie pomyslalem 'do Cieszyna i z Cieszyna do Zebrzydowic'. Niestety. Nie bylo takiego polacznia zebym zdazyl tam na 1300, chyba ze wstalbym o 500 rano czy cos takiego.


Tak, to sie nazywa - paranoja.

Dzien pierwszy (wyjazd do Wiednia)
    No wiec dzien pierwszy zaczlem wyjazdem rano do Zebrzydowic. Jechalem z Krzyskiem, i stwierdzilismy, ze po zalozeniu do jego rowerka slick'ow jedzie sie tak jak na zwyklych oponach bez zadnego bagazu.
    Dobra pociag w koncu przyjechal wpakowalem sie do pociagu, i chce kupic bilet u konduktora. A ten na mnie wylatuje, ze to EC i ze tu nie wolno przewozic rowerow, ze mi zadnego biletu nie sprzeda i ze zreszta za chwile granica i on wysiada i go to nie intresuje, ze mam sie z Czechami dogadywac :-|.
    No tak zanim przyszedl czeski konduktor (gdzies tak w polowie Czech), to podslyszalem rozmowe dwoch kobiet. Jedna z nich kiedys jechala tym pociagiem i jeden gosc, ktory tez jechal z rowerem rozmontowywal go, zeby tylko austryjacki konduktor  mu sie nie czepial, ze on rower przewozi :-|. W koncu przyszedl czeski konduktor. Jak mu tylko wspomnialem o rowerze, to sie zachowal mniej wiecej jak polski konduktor i stwierdzil, ze on zadnego rowera nie widzial, i ze moge miec problemy z austryjakami :-(. Nic jak przyszedl austryjak to o rowerze nic nawet nie wspomnialem, a on chyba nie zauwazyl, tak ze do Wiednia rower zawiozlem za frico :). 
   
    Zaraz na stacji znalazlem inforamcje turystyczna i wzielem mapke Wiednia. Felix wczesniej przez i-net zarezerwowal miejsca w jakims youth hostel w centrum, tak ze mielismy sie spotkac pod kosciolem sw.  Szczepana i isc tam. Poslalem mu sms, ze juz przyjechalem, i czy moglby pojsc pod ten kosciol. Odpisal mi, ze siedzi w hotelu i podal mi adres, zebym tam przyszedl. Niestety zanim dostalem jego sms'a ruszylem juz na podboj Wiednia zjezdzajac w dol z gorki bignacej w kierunku centrum. Kiedy przeczytalem juz sms (na dole gorki) to niestety nie znalazlem ulicy na mapce i zaczelem ludzi wypytawac, gdzie to jest (jeden facet nawet zaczal dzwonic z komorki do swoich znajomych ;) ). Nikt nie wiedzial........ No wiec mysle :

'to kto bedzie wiedzial?
No przeciez taksiarz!

No tak, ale gdzie taxi?
No na dworcu..... a gdzie dworzec?
No pod gore :(
'.

Nic w koncu po dostaniu sie z powrotem na dworzec facet pokazal mi na mapie gdzie ta ulica jest (w zyciu bym nie znalazl), no wiec znowu sobie zjechalem z gorki :)...........

    Pod hotelem spoktalem Felixa i Kristine (co mialobyc, a nie bylo dla mnie zaskoczeniem).
Wieczorem ruszylismy 'na miasto' usiedlismy pod ratuszem z piwkiem w rece (jedyne 3 euro!!!! czyli 1/2 ceny niz w kazdym wiejskim szwedzkim barze. taniocha) i obejrzelismy jakas opere. O 2300 mielismy sie spotkac z Ernestem pod kosciolem sw. Szczepana. Doszlimy do wniosku ze jest to ten kosciol zaraz obok ratusza wiec jak pojdziemy o 2250 to zupelnie wystarczy.
    Wiec tak stoimi pod tym kociolem i sobie na niego patrzymy. W pewnej chwili mowie 'chmmmmmmmm wiecie co, mi sie wydaje, ze na tym e-mailu co nam Ernesto poslal ten kosciol mial tylko jedna wieze'. Konsternacja. Patrzymy na mape. 'O fuck' kosciol sw. Szczepana jest dokladnie po przeciwnej stronie miasta ;).
Ale spoko Ernesto tez sie spoznil.

Dzien drugi (Wieden)
    Na drugi dzien okazalo sie ze Felix z Kristina sa juz od 2 dni w Wiedniu, no wiec oni poszli sobie do parku polezec, a my na swoich bike'ach ruszylismy an podboj Wiednia. Pierwszy error: Wyjezdzamy sobie z hotelu na rowerkach. Jednokierunkowa leci w przeciwnym kierunku niz my chcemy jechac, a ze chcemy tylko zjechac nia w dol 20m metrow, wiec nawet o tym nie pomyslelismy tylko zjezdzamy chodnikiem w dol. I nagle gwizdki przylatuje policja, ze jedziemy chodnikiem i jeszcze przeciwnie niz droga leci (!), ze chca paszporty i w ogole. Nie wiem czemu ale Ernesto byl dosc zaskoczony, tym ze nas od razu legitumuja, nie wiem, dla mnie to normalka :). W kazdym razie wytlumaczylismy, im ze nie wiedzielsmy (lepszy jakis bajer niz zaden), ze my tylko kawelk itp. poprzegladali nasze paszporty poszprechali cos do siebie i puscili nas. Jak chowalismy paszporty to podeszla do nas jakas dziewczyna (Austryjaczka jak sie pozniej okazalo) i zapytala, czy zaplacilismy grzywne, jak powiedzielismy, ze nie, to byla oburzona, bo ona pare dni wczesniej zrobila dokladnie identyczna rzecz i ona zaplacila, a my nie! Jak moglo nam to tak ujsc plazem! No nie do pomylsenia......
    Wieden...................... tak............. miasto piekne i przytlaczajace. Jedno z najpiekniejszych jakie widzialem. Z drugiej strony tak zatloczone i ruchliwe, ze szybko sie zaczyna byc wkurzonym. No ale aspekt rowerowy. Wczesniej Ernesto poslal mi e-mial'a, ze w Wiedniu jest iles-tam-set kilometrow sciezek rowerowych. No i jest naprawde duzo. Ale jazda na rowerze to tragedia. Co chwila jakies swiatla, przejazdy, nagle konczace sie sciezki i do tego, jak chcesz gdzies skrecic to zazwyczaj musisz pareset metrow nadrobic, bo przejazd jest dalej. Ogolnie rzecz biorac - jezda jest denrwujaca.
    Na pocztek stwierdzilismy, ze pojedziemy do palacu cesarskiego. Po przejechaniu jakis 2 km, przebrnieciu przez kilka swiatel i uslyszeniu paru klaksonow, stwierdzilem, ze trzymam mape do gory nogami i jedziemy w przeciwnym kierunku :). No wiec skorygowalismy kurs o 180 stopni i po pewnym czasie bez wiekszych problemow (poza tymi, ze sciezki sie nagle konczyly i nie wiadomo co dalej. Albo trzeba przejechac na druga strone drogi bo po tej stronie sciezka juz dalej nie biegnie) dotralismy do palacu.
    Spiecie rowerow i zwiedzanie. W palacu Ernesto wzial hiszpanskiego audioguide'a i sie chlopak oburzyl bo to co slyszal to nie byl hiszpanski tylko jakas wersja hiszpanskiego z Ameryki Pd.:))). No ja niestety nie dowiedzialem sie czy w polskiml audioguide'dzie leci kaszubski, bo wzielem angielskiego.



    Z Felixem i Kristina spotkalismy sie w parku rozrywki. Szczerze powiedziawszy nic specjalnego. Wieczorem jako, ze bylo bardzo goraco poprosilem w barze o szkalnke wody i duuuuuuuza ilosc lodu................. no i lodu bylo duzo. Poza tym to na kolacji spotkalismy dwoje milych (!) austryjakow ktorzy mniej, wiecej pomogli nam zplanowac trase do Bratyslawy.



Dzien trzeci (start)
    No dzis sie zaczyna nasza wyprawa. Spotykamy z Ernestem na sniadaniu Felixa, bez Kristiny. Powiedzial, ze jest chora i niestety on nie moze z nami jechac bo musi ja odwiezc do Niemiec. Pertraktacje byly dlugie i nudne. Niektore laski sa naprawde denerwujace. Nie bede wnikal w szczegoly, ale fakt jest taki, ze nie byla chora, a ja mieszkalem z nia pol roku wiec cos o niej wiem.
    No wiec fajnie. Felix mial namiot i mapy........... stwierdzil, ze je nam pozyczy. Wszytko fajnie, tylko, ze namiot 3-os wazyl ponad 3kg, a u mnie w domu 1.8kg dwojka sie kurzy...... No nic stwierdzilem, ze wzeme namiot na swoj rower, bo nie dosc ze moj rower byl lzejszy niz Ernesta, to on dodatkowo zamiast slick'ow mial zwykle opony MTB, poza tym jak zeszlego wieczora uslyszal, ze mamy zamiar pokonywac ponad 100km dziennie, to chlopak troche pobladl :).
    Nic, po przepakowaniu, pozegnianiu, ruszylismy. Na poczatek 'extreme task' czyli przebranac przez Wieden. Przy okazji okazalo sie, ze Erenestowi peka opona..... (tzn. takie pekniecie, ze moze sie powiekszyc i bedzie bum). Ale co to za problem, przeciez znajdzie sie pierwszy lepszy rowerowy i kupi sie opone. Tylko trzeba ten rowerowy znalezc..... w centrum Wiednia. 'No to kogo zapytac? No rowerzyste'. Jedzie jakis starszy pan zatrzymujemy sie i zagadujemy go, a facet jedzie dalej (!). W miedzy czasie pare innych austryjackich rowerzystow wyrazilo swoj poglad na temat osob zatrzymujacych sie z brzegu sciezki rowerowej (byl kraweznik wiec ciezko bylo zjechac, czego chyba nie zauwazyli). W kazdym razie ten starszy facet co go probowalismy zagadac zatrzymal sie jakies 20 m dalej i cos zaczal do nas mowic. To byla ta 4 mila osoba ktora w Wiedniu spotkalismy. Wyjasnilismy, ze chcemy kupic opone. Powiedzial, ze ok, ale w niedziele (!) moze z tym byc problem. No tak wtedy zdalismy sobie sprawe, ze dzis niedziela. Ale pojechal z nami do budki, poszukal czegos w ksiazce, ale nie mial karty zeby zadzownic, wiec poszedl do restaurcji obok, aby spytac, czy moze zadzownic. Podzwonil, podzwonil, ale i tak nic z tego nie wyszlo bo wszytko bylo zamkniete. Pozegnalismy sie i pojechalismy dalej. 'No to kogo jeszcze mozna tu zapytac??? No przecierz taksiarza'. No wiec zapytalismy na pierwszym postoju taksowek, gosc nam powiedzial, ze wyporzyczalnia rowerow Power Pedals jest otwarta i tam kupimy co chcemy. Tak sie fajnie zlozylo, ze wypozyczlania jeszcze byla na naszej trasie.
    Kolo Prateru znalezlismy wypozyczalnie. Tylko nie bylo szyldu Power Pedals. Niewazne, w drzwiach wypozyczalni stoi facet o image'u zula na PKP, Ernesto do niego:
*helo, i would like to buy a tyre for my bike, because.....

gosc sobie zaczal odchodzic (!). Przeszedl 10m i wladczym glosem:
- I'M LISTENIG!
popatrzylismy z Ernetstem na siebie, ale Ernesto dokonczyl swoja wypowiedz.
Facet wrocil do drzwi znow sie oparl o futryne zlozyl rece i przytawil do nosa....... i stoi.
No wiec wiec teraz ja zeczelem tlumaczy o co nam chodzi
-hey, we just want.....
*I'M THINKING!
Erneto: Ok. take your time....

Po jakies minucie facet wreszcie cos wybrzeczal, ze nie moze za bardzo, na ale jak tak bardzo musimy to nam pomoze....... i przyniosl nam opone 24`. Tak. Nie wiem ale juz po jego wygladzie bylo mozna stwierdzic, ze ma slabe predyspozycje do tej pracy....... nic wszedlem do tej jego szopki i sie okazalo, ze nie ma nic poza 24` i 28` :). No wiec do widzenia i jedziemy szukac Power Pedals.
    No znalezlismy. Ja zostalem na zewnatrz i pilnowalem rowerow a Ernesto poszedl do srodka kupwac opone. Zamieszania bylo tam.....
Sprzedawca zaczal sie na Ernesta wydzierac, ze on nie rozumie po angielsku i czego on w ogole chce itd. W czasie kiedy Ernesto walczyl podszedl do mnie gosc z Danii (jak sie okazalo) i zaczelismy gadac, okazalo sie ze tez jada do Bratylawy jak, my, i zaczal nas pytac o droge. Pokazalem mu mniej wiecej jak trasa biegnie, ale nie zapronowalem im wspolnej jazdy. W koncu Ernesto wywalczyl opone (przezycie to zapamieta do konca zycia ;) ) i ruszlismy dalej.
    Stweirdzilismy, ze jeszcze mamy malo wody i trzeba bedzie kupic. Niestety jak sie okazalo Austria to nie Polska (a moze raczej na szczescie) i supermarkety nie sa w niedziele czynne.
    Dunaj. Przez pare km sciezka biegnie brzegiem Dunaju. Przy okazji oprocz sciezki rozciaga sie tam tez plaza nudystow. Tylko czemu tam chodza w 99% ludzie po 60? No nic jak w koncu znalezlismy jakis obiekt, na ktorym bylo mozna zawiesic oko to przejechalismy nasz zjazd :) i zorientowalismy sie po nastepnym kiolmetrze :).
Po drodze znalezlismy pompe z pitna woda, ale mielsmy problemy z uruchomieniem jej i podeszla jakas babka i nam pomogla. Po chwili podeszla znowu i poczestowala nas kielbaskami, ktore grillowala :D. Myslimy austryjaczka taka mila (?)... niemozliwe. A ona pokazuje na siebie i mowi 'Hungary' :).

    Dalsza trasa do Bratyslawy nie obfitowala w jakies ciekawe wydarzenia. Trasa ktora jechalismy, z tego co pozniej wyczytalem, to jedna z najbardziej znanych tras w Austrii. Ja to opisze tak: goraco, prosto, obok las, nudno, za duzo szutru, plasko. Polega on mniej wiecej na tym, ze jedziesz przez pare kilosow prosto przed siebie, po plaskim terenie. Upal leje sie na ciebie z nieba i wiatr przeciw tobie (jak zawsze). Zero drzew (jedynie ten las kilka-nascie/dziesiat metrow od trasy) i nie za ciekawa widokowo. Czasem jest jakies mile zaskoczenie w postaci zakretu.

    Przed granica przejechalismy przez kilka malych i ladnych wioseczek, tak ze humor nam sie lekko poprawil.

    Bratyslawa.
    Jak sie okazalo, nikt nie slyszal o czyms takim jak youth hostel, ale na szczecie jakies 10km za miastem bylo pole namiotowe 'Zlote Piaski' -jak sie dowiedzielismy jezioro (a raczej staw) nad ktorym znajduje sie pole jest przez Slowakow traktowane jak przez Polakow Baltyk ;).
Schowac rowery do garazu, szybkie rozbicie namiotu, piwko w reke i do wody.
Po kolacji, zaczelem gadac z polska rodzina, ktora miala namiot naprzeciwko. Facet powiedzial, zebysmy pochowali wszystko co mamy, bo kradna tu niesamowicie, i wymienil kto z sasiadow co stracil.

Dzien czwarty (spokoj i cisza, czyli zycie w wielkim miescie)
   Nastepnego dnia pojechailsmy do centrum zobaczyc maisto (tym razem tramwajem ;) ). Miasteczko piekne. Dla mnie atmosfera lepsza niz we Wiedniu, taka spokojna i senna. Praktycznie wszystko co jest w Bratyslawie, mozna zobaczyc w jedno przedpoludnie, ale moim zdaniem warto zajrzec, chocby dla atmosfery.



Dzien piaty (Coca-Cola - 'na chorobe ci inne srodki?')
    Nastepny dzien rano, kontynuacja wyprawy. Wyjezdzajac z Bratyslawy tak sie jakos zamotalismy, ze przez przypadek wjechalismy na autostrade ;). No i potem tarabanilismy sie razem z rowerami przez barierke i stromo w dol gorki przez chaszcze.
    Po kilku km, zaczal mnie cholernie brzuch bolec. Po chwili juz prawie pedalowac nie moglem. Doturlalismy sie do jakies stacji benzynowej i poszedlem kupic niezwodny lek na wszelekie dolegliwosci zoladkowe - Coca-Cola. Polezelismy chwile i pomalu ruszylismy w trase. Po kilku km bol brzucha calkowicie zniknal i z radosnym 'God bless Coca-Cola' dotalismy do nastepnego mijesca naszego odpoczynku: Piestany.
Calkiem przyjemne pole namiotowe. W ogole nie zatloczone, fajna rzeka obok, a ilu obcokrajwocow!

Dzien szosty (a przy okazji moje urodziny ;) )
    Rano szybka pobudka, pakowanie i dalej jazda. Tym razem planowalismy dotrzec do domu Mirki.
    Podjechalismy na male sniadanko do miasta. W sklepie jakis gosc zaczal ze mna gadac i wypytawac sie o nasza wyprawe. Kiedy wyszedlem pogadalismy jeszcze razem z Ernestem, ktory pilnowal rowerow. Calkiem mily facet.
Moje urodzinowe sniadanie uczylismy litrem mleka i paroma kolaczami w cieplym sloneczku na rynku miasteczka.
Tego dnia trasa byla znacznie ciekawsza. Krajobraz calkiem, calkiem, mniejsze drogi. Wpadlismy w taki ferwor wybierania malych drozek, ze wreszcie wbilismy sie na jakas zupelnie nieutwardzona, wyspana kammieniami, tak, ze kola sie zapadaly. Tragedia. Przynajmniej dla mnie, ktory jechalem na slick'ach.
Innym ciekawym akcentem, ktorego nigdy wczesniej nie widzialem, byly radiowezly w wioskach. Przejezdzasz sobie przez wioske, a tu ci zapuszczaja muzyke z poprzedniej epoki (przynajmniej tak to brzmialo, jak kawalki sprzed 40 lat.), a potem ktos klepie ogloszenia i znow muzyka, ciekawe, ciekawe i milo sie pedaluje.
Pod koniec tegodniowej trasy znowu spotaklismy pod nastepnym sklepem ciekawego Slowaka - cygana. Najpierw gosc probowal nam sprzedac jakas lornetke, a potem plastikowy luk.
    Wieczorem dotarlismy do domu Mirki. Czekala na nas. Przygotowala dobry obiadek (juz trzeci dzien z rzedu jadlem 'vyprazany syr' ;) ). Po krotkim odpoczynku, jako, ze zblizal sie wieczor, tata Mirki zapoznal nas z tradycyjnymi napojami slowackimi (czyli sliwowica i nalewka). Po degustacji wybralismy sie dalej swietowac moje urodziny do pobliskiego baru.

Dzien siodmy (czyli chodzenie jest meczace)
    Nastepny dzien spedzilismy z Mirka na zwiedzaniu miasta i smakowaniu tradycyjnych......... potraw slowackich. No dobra i 'Zlotego Bazanta'. :). Nabylismy tez odpowiedni upominek dla jej rodzicow w ramach podziekowania.
Wieczor spedzilismy przy grillu i gitarze, ze znajomymi Mirki.

Dzien osmy (czyli miej oczy szeroko otwarte)
Od tego momentu zaczela sie najciekwsza widokowo czesc Slowacji. Piekne gory, stare zamki, male wioseczki. Dowiedzialem sie z sms od brata, ze moi rodzice zatrzymali sie w 'Rajeckich Teplicach', czyli miasteczku, ktore wypdalo na naszej trasie. Stwierdzilismy, ze choc przebylismy dosc krotki odcinek zatrzymamy sie w tym miescie.
Tego dnia Ernesto przejechal 60, a ja 70 km. Roznica bynajmniej nie wynikala z roznych trakcji na naszej trasy. A mianowicie, po prostu stwierdzilem, ze co to jest 60 km, wiec musialem sobie jeszcze 10km dobic. Zrobilem to malym podstepem ;).
Po wyruszeniu od Mirki Ernesto zauwazyl, ze jakby zaczyna mi sie bagaznik lamac ;). Wiec przerzucilimy namiot z mojego roweru na jego. Jak zapinalem z powrotem swoj bagaz to zapomnialem wziasc map, ktore rzucilem na trawnik.... i tak wyruszylismy. Wspielismy sie pod ladna gorke, caly czas zmiatani przez tiry z drogi.
Wjechalismy na gorke i jest rozjazd..........

Ernesto: 'Show me the map.'
Ja (spogldajac na ich stale mijesce): 'O shiiiiiit.'

No wiec zrzucilem caly bagaz i pognalem z powrotem 5km po mapy. Ale jak sie jechalo z tej gory! Bez bagazu, w dol. Po prostu sie frunelo. Z powrotem juz nie bylo tak zabawnie.
Jadac ta trasa naprawde zalowalem, ze nie wzielem kasku. Droga byla waska, a kierowcy bynajmniej nie traktowali ci z nalezytym szacunkiem ;).

Tej nocy znowu przystosowalismy sie do warunkow polowych i rozbilismy namoit na trawniku, przed domkiem, ktory wynajmowali moi rodzice.

Dzien dziewiaty (final)
Rano caly bagaz wrzucilismy do samochodu moich rodzicow, a my pomknelismy bez zbednego balastu w ostatni etap naszej trasy.
To byla prawdziwa jazda. Choooolernie strome podjazdy (nawet jakies znaki przy nich staly), zar lejacy sie z nieba i przepiekne widoki.
Notabene, pierwszy raz w zyciu widzialem jak pot mi scieka po rekach falami. Jeszcze kurcze nie moglismy dostac Coca-Coli (naszego podstawowego napoju energetyzujacego :) ) w jednej z wiosek na szczycie gory.
Wybralismy oczywisicie trase biegnaca przez gory (przejscie graniczne w Zwardoniu), ze wzgledu na widoki. Czasem juz padalismy z nog ale nie zalowalismy. W sumie 120 km w gorach. Przy czym czasem podjazdy byly po stronie slowackiej takie, ze ten na Kubalonke to 'male piwko przed sniadniem' ;).

No ale dojechalismy szczesliwi i zmachani.



autor: tollek