TURYSTYKA

Rowerem do Odessy


Uczestnicy:

  • Łukasz Lang (organizator)
  • Arkadiusz Łojek
  • Paweł Bodziach
  • Piotr Grabowski

Sponsorzy:

 

Oficjalna strona wyprawy

Trasa

Kliknij aby powiększyć

----- Rower

----- Pociąg, samochód, wodolot

<< Powrót
Strona Główna

 

15 lipiec 2003

Po dojechaniu na kemping w Przemyślu okazało się, że domek wynajęty przez nas jest przyzwoity, a cena rozsądna - 55zł. Węzeł sanitarny mieścił się w budynku obok i był już mniej ciekawy, ale to nam nie przeszkadzało, gdyż każdy z nas myślał o Ukrainie.

16 lipiec 2003

117km, średnia 18.36, czas: 6:16

Przemyśl - Medyka - Mostovskoje - Sambir - Stary Sambir - Strelka

Na przejściu granicznym bez problemów - szybko. Ukraińscy celnicy traktowali nas jako swoiste urozmaicenie i skierowali nas bez kolejki do odprawy paszportowej. Nie było żadnych prób wymuszania Ukrainmedstrachu. Początkowo drogi były dobre, lecz pierwsze miasteczka pokazały, jakie straszne potrafią być tam dziury. Przez pierwsze 60km cały czas były górki (hopki), które skutecznie uszczuplały nasz siły witalne. Przed Samborem czekał nas płaskie odcinek i łąka na której zobaczyliśmy kilka bocianów

Dotychczas myślałem, że to Polska ma monopol na te ptaki, ale szybko okazało się, że na Ukrainie jest ich też dużo, jeżeli nie więcej jak u nas. Przy wyjeździe z Sambora postanowiliśmy coś zjeść. Wybór padł na przydrożny bar, a konkretnie na kurę, która okazała się cenowo i smakowa podobna do naszych okazów. W barze kobieta dziwiła się, że wybraliśmy tą drogę do Odessy. Jak potem się okazało rzeczywiście przy wyjeździe z Sambora pomyliliśmy drogę wyjazdową. Warto tutaj dodać, że na Ukrainie oznaczenia dróg są bardzo słabe i dla pewności warto pytać się miejscowych czy rzeczywiście ta droga prowadzi tam gdzie chcemy. Dzięki tej pomyłce trasa się zmieniła, ale także zobaczyliśmy więcej. Żydowski KirkutPrzy wyjeździe ze Starego Sambora oczom naszym ukazał się żydowski kirkut z ciekawymi macewami z XVI w. Następnie pokonaliśmy krótki podjazd pod wiadukt i oczom naszym ukazała się piękna panorama Dniestru. Jako, że czas i zmęczenia naszych nóg było dość znaczne postanowiliśmy skorzystaćz usług turbazy - odpowiednik naszego schroniska. Po długich poszukiwaniach. Przy pytaniu miejscowych o drogę należy brać pod uwagę, że mają małą znajomość mapy i nie potrafią określić odległości do jakiegoś punktu, a jeżeli już określą są mało precyzyjni. W jednej z wiosek weszliśmy do sklepu, gdzie sprzedawczyni odstąpiła nam swój własny chleb. Było to oczywiście okupione wypiciem ciepłej 50tki z miejscowymi mężczyznami. Ciecz okazała się samogonem, a ser używany tam do przegryzania czymś wspaniałym. Niestety w turbazie nie chcieli skorzystać z naszych usług. Nie pozostało nam nic innego niż szukanie czegoś na dziko. Mocno zmęczeni po dzisiejszych górach zagadaliśmy kobietę wysiadającą z samochodu. Z radością pokazało nam pobliskie boisko, na którym rozbiliśmy "pałatki". Okazało się, że jedno z jej dzieci umie rozmawiać po polsku, a nauczyło się tego języka z telewizji Polonia. Mokro było na tym boisku niemożebnie, ale perspektywa spania bez mycia, ale za to najedzonym była nader interesująca. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb zabraliśmy się za Rogania i Lwowoskie, które otworzył nam Łukasz z pomocą dziwki. Dla zaspokojenia tych bardziej ciekawskich z góry informuje, że dziwka to przyrząd używany do przenoszenia gorących garnków i nie ma nic wspólnego z kobietami wykonywującymi ten stary i szlachetny zawód.

17 lipiec 2003

88km, średnia 15:50, czas: oj długi, długi

Strelka - Turka - Nowy kropiwnik - Rybnik - Borysław - Drohobycz - pociągiem do Stryja

Poranne pakowanie (strasznie mokro) i przygotowywanie jedzonka zajęło nam aż 3 godziny. Po początkowym lekkim podjeździe i wspaniałej panoramie (foto) zjechaliśmy serpentynami do Turka, gdzie okazało się że mapa (mapa Ukrainy 1:1000 000)nie jest zgodna z topografią terenu. Przed Turką spotkaliśmy checkpoint pograniczników, którzy po tym jak pośmiali się z naszych zdjęć w paszportach pokazali nam zaginioną na mapie drogę. Biegła ona wzdłuż malowniczej rzeki Strj Szybko okazało się, że mimo jej żółtego koloru na mapie jest ona usypana z piasku i luźnych kamieni. W przeciwieństwie do znanego nam szutru kamienie te były 2 razy większe niż szuter. Musilismy przeciąć pasma górskie Skoliwskiego Parku Narodowego. Na podjeździe pod najwyższą góre zrobiliśmy sobie gruppen foto, a na samym szczyciePiotr zrobił mi individual. Dotarliśmy do nowego Kropiwnika, gdzie wciąż wydowbywa się ropę naftową uzywając wielu małych szybów. Ku naszej nieopisanej radości po 40 kilometrach kamieni i piasku zaczął się asfalt. Przed Borysławiem czekał na nas 5km ciężki podjazd. Na zjeździe osiągnąłem 67km/h, a w tym czasie myślałem o Hosebie Belokim i braku ubezpieczenia. Borysław przejechaliśmy bez większych atrakcji (o mniejszych w postaci dziur o głębokości pół metra nawet nie wspominam). Pare kilometrów dalej zobaczyliśmy duży zakład przemysłowy i tablice znapisem Drohobycz. Zracji tego, że było późno zaczęliśmy szukać transportu do Stryja. Wczesniej obejrzeliśmy dom Brunona Schulza i ratusz. Z pomocą "poezdy" jesteśmy właśnie w Stryju, gdzie jest prysznic i sucho.

18 lipiec 2003

78km, średnia 19.38, czas: 3:59

Stryj - Morszyn - Bolechow - Dolina - Brożniew - Kałuż - pociągiem do Iwanofrankowska

Na początku udało się nam nadrobić 10km z racji pomylenia drogi (fatalne oznakowanie dróg). Dalej oczom naszym ukazały się góry, które trzeba było przejechać. Były "hopki" - jedne z największych w moim zyciu (FOTO). Kulminacja ww. hopek przypadła na miasteczko o przewrotnej nazwie Dolina. Po krótkim i mało stromym zjeździe posiliśmy się w Brożniewie i ruszyliśmy dalej. Droga zrobiła się równa i o dziwo bez większych dziur. W Kałużu pojechaliśmy na stację i wsiedliśmy do pociągu rzecz by można ekspresu (35km pokonuje w 1:30h). Na stacji spotkaliśmy dwóch mężczyzn, którzy pracowali w Polsce. W Iwanofrakowsku pokazali nam drogę do parafii katolickiej, gdzie mieliśmy spędzić nocleg.
Pierwszy raz w życiu spałem w kościele. Kuchnia na dole była okupowana przez mrówki w dużej przewadze liczebnej więc zrezygnowaliśmy z przygotowywania sobie ciepłego jedzenia.

 

19 lipiec 2003

Dziś wstaliśmy i udaliśmy się na pociąg. Najpierw pojechaliśmy do Kołomyji, a potem do Czerniowiec. Tu znaleźliśmy nieczynny przejściowo Dom Polski. Na katolickiej parafii polecono nam pana Wacława, który zoorganizował nam i innej grupie Polaków nocleg. Po początkowej cenie 5$ za głowę osiągneliśmy bardzije rozsądną, tj. 3$. Polacy Ci okazali się turystami z Warszawy, którzy wcześniej chodzili po Czarnohorze. Piotr zrobił przepyszne spaghetti.

20 lipiec 2003

92km

Czerniowiec - Boczkowce - Chocim - Kamieniec Podolski

W Czerniowcach zobaczyłem trolejbusy. rzecz prawie już u nas zapomnianą, a na Ukrainie bardzo popularną. Podróżując dalej przez niekończące się wioski naszym oczom ukazało się kilka pomników poświęconych żołnierzom Krasnyjej Armi walczących w latach 1941-1945. Przejeżdżając przez te wioski kupiliśmy jabłka i arbuza, który stawał się naszym sztandarowym pożywieniem. Chocim (khotyn) okazał się dużą, lecz zaniedbaną twierdzą. Cały dotrwał do naszych czasów tylko zamek. W środku, którego nie było nic godnego uwagi. Aczkolwiek cała budowla robi wrażenie. Nastęnym, końcowym punktem dnia było zwiedzanie starego miasta i twierdzy w Kamieńcu Podolskim - "stepowej stanicy". Położone nad urokliwym jarem jest z pewnością jednym najciekawszych miejsc na Ukrainie.

21 lipiec 2003

97km, średnia 16.89, czas: 5:46

Kamieniec Podolski - Smotricz - Gorodok - Gwardiejskoje

Zaczęło się bardzo przyjemnie tzn. małe górki. Na 15 km moja opona przetarła się. Po podklejeniu ją łatką od spodu ruszyliśmy dalej. Za następne 15km miałem powtórkę z rozrywki - teraz wsadziliśmy pod nią szmatkę. Po następnych nudnych, górzystych kilometrach spotkaliśmy grupę Polaków, którzy też jeździli po Ukrainie, lecz używali busa do transportu bagażu. Zgodnie z pradawnym obyczajem nakarmili nas ciastem, a my głodni wrażeń ruszyliśmy dalej zastanawiając się, po jaką cholerę Ukraińcy prowadzą wszystkie drogi szczytami pasm. Później Łukasz przebił oponę, na kilka kilometrów przed noclegiem, co zaowocowało przymusowym opalaniem się w czasie wulkanizacji dętki. Po kilkunastu następnych górkach osiągnęliśmy miejsce noclegu - miasteczko Gwardiejskoje. Ciekawymi miejscami tamże okazał się pomnik Lenina, z którym nie wiadomo, dlaczego każdy chciał sobie zrobić zdjęcie. Wieczorem po kąpieli udaliśmy się na ognisko nad pobliskie jeziorko starym Gazem - wspaniałe przeżycie. Wróciliśmy w nocy najedzeni i szczęśliwi.

22 lipiec 2003

Dzisiejszy dzień powitał nas śniadaniem o 9. Następnie pojechaliśmy Ładą Nivą 4x4 do Chmilenickiego. Tam po długich poszukiwaniach kupiłem oponę do roweru. Co ciekawe na rozmiar 26 cali była tylko jedna Made in Russia o bieżniku wzorowanym na oponach do traktora. Dokonując transferu opony na nową po raz kolejny załataliśmy dętkę Łukasza. Okazało się, że mój aluminiowy bagażnik pękł, na szczęście w niegroźnym miejscu. Zaczęła pękać też tylna obręcz MAvica x517, która nie okazała się za dobra do współpracy z ciężkimi sakwami. Po kolacji zakończyliśmy ten leniwy dzień profanacją brydżyka.

23 lipiec 2003

Kolejny dzień lenistwa, który potwierdził naszą niechęć do płynącego, dziurawego i wyboistego asfaltu. Zaliczyliśmy pocztę, gdzie do wyboru były kartki świąteczne i imieninowe. Później były lody z makiem i konopiami indyjskimi. Kolejną część dnia wypełnił nam spacer nad błotniste coś zwane przez miejscowych jeziorkiem z racji tego, że było tam wody po kolana, a mułu po łydki. Na szczęście udało się nam znaleźć fragment trawy 2x2m, gdzie nie było gęsich odchodów. Popołudnie upłynęło nam na pakowaniu, a w zasadzie wciskaniu jedzenia do sakw.

24 lipiec 2003

82km, średnia 19.51, czas: 4:13

Gwadriejsk - Chmielnicki - Gołoskow - Dierażnia

Po wolnym starcie - moja opona z mega oporami toczenia zaczynało się całkiem, całkiem dobrze... aż do 7km, gdzie Łukasz przebił dętkę. Dalej jechaliśmy dobrą drogą, przy odbiciu z niej zgubił się Piotr, któremu najwyraźniej wydawało się, że jedizemy do Kijowa. 4km przed Deirażnią przebiłem moją oponę traktorzysty. Ale dziura nie była duza więc dojechałem do stacji kolejowej w Dierażni. Tam, gdy oczekując na pociąg łatałem tył okazało się, że przód zrobił mi podobnego psikusa co przed chwilą tył. Chwilę potem nakleiliśmy jeszcze 3 łatki na przód, gdyż 3 razy, przyszczypaliśmy dętkę. Postanowiliśmy zrezygnować ze zwiedzania Baru i dojechać do Odessy pociągiem, gdyż były sprzyjające połączenia. Warto tutaj opisać, że większość ukraińskich stacji jest o wiele nowocześniejsza od polskich, a i pociągi są bardziej nowoczesne. W Wapniarce oczekiwaliśmy na bezpośredni do Odessy. Zjedliśmy kolacyjkę w barze (4hr za 0,5l piwa, kilka pierożków i sałatkę). Zostaliśmy też wylegitymowani przez milicję (bądź inne mundurowe cholerstwo, jakiego pełno jest na Ukrainie). Zwrócili uwagę na to, że za przykładem miejscowych rozwaliłem się na ławkach w poczekalni i spałem w najlepsze. O 3:38 wsiedliśmy do pociągu...

25 lipiec 2003

... po to żeby o 9:08 wysiąśćw Odessie. Po upojnej nocy spędzonej na dworcu i w pociągu relacji Wapniarka - Odessa przyszedł czas na sjestę. Objawia się ona tym, że siedzimy, pijemy zimnego browarka i gramy w 3,5,8 na lodówce, gdzie chłodzi się następny. A my gramy i patrzymy się na Morze Czarne oddalone od nas o zaledwie 30 metrów. Ale po kolei...
Była, 9:08 kiedy nasz elektryczny pociąg dojechał na dworzec w Odessie. Wypełzliśmy zaraz za tłumem ludzi na peron wraz z "wielocypedami". Po toaletach i informacjach potoczyliśmy się dalej w stronę morza. Dojechaliśmy i obejrzeliśmy pomnik pierwszego burmistrza miasta - A.E. Richelieu, a także rozpropagowane przez Eisensteina schody potiomkinowskie. Po zmudnych poszukiwaniach odnaleźliśmy zjazd na dół do portu morskiego. Tamże kierując się na wschód znaleźliśmy nocleg w 4 osobowym domku za 65hr (http://www.pavlovdom.com.ua/).

26 lipiec 2003

Dzień zaczął się od zimnej bryzy od morza, co spowodowało poranne poszukiwania cieplejszego okrycia i zamknięcie drzwi na balkon. Po smakowaniu chińskich zupek pojechaliśmy autobusem do miasta (0,7 hr od głowy za bilet). W autobusie oprócz kierowcy siedzi pracownik, który pobiera opłaty od wsiadających podróżnych. Autobus, gdy chcemy wsiąść zatrzymujemy podnosząc rękę. Co ciekawe możemy robić to nie tylko na wyznaczonych przystankach. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od bazaru położonego nieopodal stacji kolejowej. Tereny te wypełnione są towarami różnego rodzaju i przeznaczenia - po prostu raj dla wszystkich lubiących tego typu atrakcje. Zwiedziliśmy przydworcową cerkiew, gdzie oczom naszym po raz pierwszy ukazało się bogactwo detali i zdobień. Co ważne do cerkwi może wejść mężczyzna w długich spodniach i kobieta w ubiorze zakrywającym kolana i ramiona. W niektórych tego typu obiektach kobiety muszą założyć na głowę chusty, które są im wypożyczane na czas zwiedzania. Kościół katolicki prowadzony przez polskiego księdza mieścił się na ulicy Kateryńskiej 33. Następnym celem była kawiarenka internetowa na placu greckim (1h za 5hr) z przyzwoitymi komputerami. Na Derwibańskiej jest McDonald`s, gdzie zestawu kosztują 8-10hr, a w toalecie jest ciepła woda. Dalej udaliśmy się w kierunku pomnika Richelieu (głowy). Minęliśmy muzeum Floty Czarnomorskiej, które czynne jest od 10-17. Następnie doszliśmy deptakiem do schodów potiomkinowskich, którymi zeszliśmy na dół i udaliśmy się do portu pasażerskiego (budynek przed hotelem Odessa) na molo. Tu przeżyliśmy rozczarowanie, gdyż okazało się że oferta połączeń pasażerskich jest uboga i ogranicza się do Stambułu, Hajfy, Jałty i batumi. Nic nie płynęło do Oczakowa, Tulcei, czy Izmaiłu.

27 lipiec 2003

21km, średnia 13.66, czas 1:55

Ja z Łukaszem pojechaliśmy zobaczyć cypelek kończący zatoczkę. Najpierw deptakiem, a później drogą, na której był checkpoint DAI (ukraińska drogówka). Potem odbiliśmy w prawo i zjechaliśmy na plażę. Później okazało się to błędem, gdyż musieliśmy wciągać rowery na wydmę. W tym momencie poczułem się niedobrze i męcząc się niesamowicie dojechałem do domku. Resztę dnia spędziłem na sjeście, która przemieniła się w 39,1 C. W tym miejscu chciałbym podziękować Piotrowi, Łukaszowi i Pawłowi za opiekę nade mną. Rano było trochę lepiej, więc zdecydowałem się jechać z Piotrem do Winnicy pociągiem, a następnie samochodem do Polski.
Łukasz i Paweł zdecydowali się kontynuować wycieczkę podróżując pociągiem do Izmaiłu, z którego mieli nadzieję dostać się do Tulcei w Rumunii.

<< Powrót
Strona Główna