|
Góry w Norwegii trochę „urosły”, ostatnie
120 km przed Trondheim miałem wrażenie że przez cały czas jadę w dół,
dla takich chwil „deptanie kapusty” nabierało sensu. Trondheim to największe
miasto jakie leżało na mojej trasie. Usytuowane jest ono nad dużym fiordem,
wśród malowniczych gór. W samym mieście jest dużo zieleni. Dominuje niska
zabudowa, ulice są czyste, wyróżnia je szerokość i duża przestrzeń miedzy
budynkami. Spokojna atmosfera tego miasta znakomicie odzwierciedla norweskiego
ducha. Na kempingu za Trondheim poznaje małżeństwo Kanadyjczyków z córką
polskiego pochodzenia, rozmawiamy prawie całą noc. Za Trondheim ominąć
muszę kilka tuneli, dla rowerzysty to istny horror, droga która samochodem
przez tunel
zajmuje 8 km (rowerom do niektórych tuneli nie wolno wjeżdżać z powodu
gazu), rowerem zabiera 40 km wspinaczki po „pionowych” podjazdach, co
prawda tunel nie jest niczym przyjemnym, ani bezpiecznym dla rowerów,
ale czasami dzięki niemu zaoszczędzić można sporo sił. Po konsultacjach
w kilku informacjach turystycznych i w związku z tym że, drogi E6 chwilowo
miałem dosyć, wybieram drogę nr 17. Dzisiaj mogę powiedzieć że to najpiękniejsza
droga jaką kiedykolwiek jechałem. Przez 1000 km droga prowadzi wzdłuż
przepięknych fiordów, odwiedza się sporo małych wysepek omijanych przez
większość turystów z powodu czasu i kosztów przejazdu (jest ok. 12 promowań,
za które płaci się zarówno od samochodu jak i od pasażerów, rowerzysta
płaci jak pieszy). Pogoda często się zmienia,
czasami pada, a deszcz jest szczególnie uciążliwy, w tak pięknych miejscach
gdyż towarzyszy mu mgła i mało widać dookoła. Na drodze nr 17 poznaję
sporo interesujących osób- małżeństwo z Francji na rowerach z 2 i 6 letnimi
dziećmi. Czekając na prom, na przystani poznaję prawdziwego wikinga na
motocyklu, który wraz z synem jechał do domku letniskowego tuż za kołem
polarnym, zostaję przez nich zaproszony. „Student nie odmawia” więc po
2 dniach z czego drugi dzień był najdłuższym dniem na rowerze (jechałem
od 9 rano do 2 w nocy), docieram do nieskażonego cywilizacją, starego
norweskiego domku i spędzam tam noc w prawdziwym łóżku!! W drodze do chaty
wikinga poznaję polskie rodzeństwo prowadzące bar przy przystani promowej
(długo nie
zapomnę tej kolacji- to było danie wyjazdu, dzięki!!). Po kolacji podczas
promowania przekraczam Koło Polarne. To jedna z tych magicznych chwil
w życiu podróżnika, których nigdy się nie zapomina. Ranek następnego dnia
nie był zbyt ładny, mocno padało, ale to w końcu Arktyka, więc twardo
ruszam w drogę.
Tego dnia pogoda była szczególnie pechowa
bo przejeżdżałem obok podobno pięknego lodowca (niedaleko Mo i Rany),
ale niestety przez mgłę jego obecność odczuwałem jedynie przez bardzo
zimny wiatr. Droga nr 17 skończyła się w Bodo, do końca urzekała swoim
pięknem, każdemu kto się wybiera do Norwegii gorąco ją polecam. Z Bodo,
popłynąłem promem na Lofoty do Moskenes. Po 4 godzinach rejsu, Lofoty
przywitały mnie deszczem ze śniegiem i mgłą (zacząłem wątpić w te piękne
opowieści , które słyszałem w informacji turystycznej, o tamtejszym „wspaniałym”
mikroklimacie). Na szczęście następnego dnia sprawdziło się powiedzenie,
że w Norwegii można być wszystkiego pewnym

oprócz pogody, zrobiło się pięknie (jak na Arktykę- 15
stopni , ale niebo bezchmurne). Tego dnia Lofoty absolutnie zaskoczyły
mnie swoim pięknem, to istny raj na ziemi (kiedy świeci słońce). Spore
góry z ośnieżonymi szczytami, wyrastające z morza o błękitnym kolorze
i mnóstwo różowych kwiatów przy drodze, sprawiało że Lofoty to
naprawdę wyjątkowo piękne i urokliwe miejsce. Ale jak to zwykle bywa „księżyc
ma również swoją ciemną stronę”- w jednym z tuneli pod morzem (3 km zjazdu
10% i 3 km podjazdu), kiedy zjeżdżałem z prędkością ok. 60 km/h najechałem
na spory kamień, który odpadł od ściany i skasowałem przednią felgę. Szczęśliwie
wywrotki udało się uniknąć, ale felga nadawała się tylko do wymiany,
która okazała dosyć kłopotliwa. Do najbliższego miasta (Narvik) było
ok.400km, a w miasteczku do którego musiałem się cofnąć 50km nikt nigdy
nie słyszał o serwisie rowerowym. Po twardych negocjacjach ze sprzedawcą
w sklepie udało się kupić całe koło (wymontowane z roweru klasy hiper
market). Następnego dnia opuszczam Lofoty i ruszam w stronę drogi E6.
Przyjemny płaski teren kończy się i zaczynają się góry z 8 km
podjazdami i dłuższymi, jeden po drugim. Ale „deptanie kapusty” w tak
pięknym terenie, i wśród tak przyjaźnie nastawionych ludzi, to prawdziwa
przyjemność. Niejednokrotnie, kiedy wjeżdżałem pod górę, stojący przy
parkingu ludzie klaskali, samochody które mnie mijały przyjaźnie trąbiły,
ludzie w nich jadący machali rękami. Czasami zdarzało się że wyprzedzający
mnie samochód zrównywał się z moją prędkością, otwierała się szyba, i
słyszałem pytanie „Would you like something to eat, or drink”, po czym
wysuwała się ręka z czymś słodkim w dłoni. W takich chwilach
aż chciało się jechać dalej. W podobnej sytuacji poznałem Ministra Rybołówstwa
Norwegii, z którym później na parkingu rozmawiałem prawie godzinę. Odcinek
drogi E6 między Narwikiem a Altą była dosyć wymagający kondycyjnie, silny
wiatr, przeważnie w twarz, mnóstwo podjazdów (o różnicy poziomów do 600
metrów), przyroda też trochę się zmieniła. Pojawiło się więcej śniegu
dookoła, drzewa były już dużą rzadkością, ale nadal było pięknie. Zaczęła
się prawdziwa Arktyka. Ostatni przed „atakiem szczytowym” odcinek między
Altą a Nordkapp (ok. 230km) postanawiam pokonać jednego dnia. Zacząłem
o 9 rano, pierwsze 60 km to totalne pustkowie, płaskowyż
na którym nie rośnie nic poza trawą. Pogoda była dosyć dobra (nie padało),
ale było chłodno i mocno wiało, momentami wiatr kompletnie uniemożliwiał
jazdę, ale mówiąc sobie teraz albo nigdy, „walczę” dalej. Ostatnie 30
km przed Nordkapp to prawdziwy horror- tunel pod morzem z różnicą poziomów
250m, potem 3 podjazdy (po 300 przewyższenia każdy). Po 14 godzinach jazdy
docieram do celu. Moment magiczny, takie uczucie jest warte każdego wysiłku.
Kasjerka przy bramie wjazdowej, kiedy dowiedziała się skąd jadę, tylko
otworzyła bramę i pogratulowała. Niemieccy turyści widząc mnie wcześniej
jak wdrapuję się na górę, zaczęli ustawiać
się obok mnie całymi grupami, gratulując mi i robiąc sobie ze mną zdjęcia.
Od jednej z niemieckich przewodniczek dostałem butelkę szampana. Takie
chwile pamięta się do końca życia... . Następnego dnia postanowiłem zrobić
sobie dzień przerwy i zaczekać na Anglika, którego kilka dni wcześniej
poznałe m, a który
też jechał na Nordkapp. Razem mieliśmy wracać przez Finlandię do Szwecji,
ale podczas przejazdu przez tunel w drodze na Nordkapp Mice wyłamał ściankę
tylnej felgi i musiał szukać innego transportu do Finlandii, wymieniliśmy
się adresami i ruszyłem w drogę. W drodze powrotnej sprawdziło się powiedzenie
że najlepszą motywacją jest bark alternatywy. W ciągu 11,5 dnia musiałem
pokonać 2 000 km . Więc priorytetem był dystans dzienny. Część Norwegii
miedzy wybrzeżem morza Barentsa a Finlandią, to prawdziwe „middle of nowhere”
. Jadąc przez
tundrę zdarzało się że przez ponad 100 km nie spotkałem żadnej osoby.
Zmieniło się to nieco kiedy wjechałem do Finlandii. Przyjemną rzeczą w
tym państwie były niewątpliwie ceny (w porównaniu z Norwegią wszystko
było tanie) i infrastruktura stworzona dla turystów oraz wędkarzy. Finlandię
przejechałem szybko, teren jest tam płaski, 99% drogi prowadzi przez
las, urozmaiceniem
są tylko renifery często spotykane na drodze. Granicę fińsko-szwedzką
przekroczyłem w Kolari. Dojeżdżając nad zatokę Botnicką po całym dniu
jazdy trafiłem na kapitalne miejsce na nocleg- plaża, stoliki, miejsce
na ognisko i SAUNA!!!. Po 3 godz. wizycie w niej czułem się jak „nowo
narodzony”.
Następnego dnia skończyła się dobra pogoda i przez 8 dni nie przestawało
padać. Po 3 dniach deszczu non-stop i temperaturze ok. 10 stopni największym
dobrodziejstwem stały się przydrożne, ogrzewane toalety z suszarkami.
Po 4 dniach jazdy w deszczu, zacząłem zastanawiać się, dlaczego w Szwecji
nie sprawdza się Norweskie powiedzenie, że jeżeli nie podoba ci się pogoda,
poczekaj 5 min. Po 5 dniach deszczu przestaje już sprawdzać prognozę pogody
w gazecie (żeby się nie dołować), a jadąc powtarzam sobie tylko: „nie
myślisz, nic nie czujesz, jesteś tylko maszyną do łykania kilometrów”.
Podziałało, zdążyłem na prom. Czterdziestego dnia wyprawy w Nynashamn
udało mi się zamknąć „kółko” po Skandynawii.
Skandynawia,
a szczególnie Norwegia to „raj na ziemi”. Jest to wymarzone miejsce dla
rowerzysty. Wszystkim kolażom gorąco polecam...
Ps. Szczególne podziękowania dla rodziców, bez których
pomocy i odwagi wyprawa ta by się nie odbyła.
Kontakt
Mój e-mail to gszyszkowski@poczta.onet.pl
,chętnie udzielę wszelkich porad praktycznych przy planowaniu wyprawy
na północ Europy.
|