TURYSTYKA

W 40 dni rowerem na “koniec świata” i z powrotem

<< Powrót
Strona Główna

Wstęp

Nazywam się Grzegorz Szyszkowski i jestem studentem 2 roku ETI na Politechnice Gdańskiej. Celem mojej 40 dniowej ekspedycji było dojechanie w miejsce,  gdzie dalej na północ po „starym kontynencie” jechać się już nie da, czyli osiągniecie szerokości geograficznej 71’10’21 N – przylądka Nordkapp, oraz  „wydeptanie kółka” po Skandynawii, czyli przejechanie Norwegii, Szwecji i Finlandii. Oczywiście celem nadrzędnym było zobaczyć ile się da, przeżyć tyle przygód ile to tylko możliwe i poznać mnóstwo ciekawych ludzi.

Trasa

Pomysł trasy narodził się 3 miesiące przed wyjazdem, ale do momentu przypłynięcia do Nynashamn i rozpoczęcia jazdy o trasie wiedziałem tyle :

  • jadę na Nordkapp
  • trasa „wyjdzie w praniu”
  • dobrze by było przejechać tyle ile się da w Norwegii, bo podobno ładnie tam
  • w Szwecji i Finlandii jest podobno mniej ładnie,  wiec warto zobaczyć i samemu to ocenić

Z takim nastawieniem siłą rzeczy,  musiało być ciekawie.

 

 

Statystyki:

Długość całej trasy to 4977km, przy średnim dziennym przebiegu 133km, oraz ze średnią prędkością całej trasy 21,5km/h. W Norwegii średni dystans dzienny to 125km, a prędkość średnia to 20,3 km/h. Cała wyprawa trwała 40 dni, z czego 38 spędziłem „łykając kilometry” .  

Bilans sprzętowo/zdrowotny wyprawy to: skasowana przednia obręcz, popękana tylna felga (UFO SUN RIMS), 8 złamanych szprych (DT2.0), 20 gum, 3 dętki, wolnobieg. Podczas wyprawy schudłem 12 kg, po powrocie ważyłem  58 kg (mam 186,5cm wzrostu).  

 

 

 

Relacja

 

Komu wdrogę, temu rower”. Tymi słowami rozpocząłem 08.07.2003 w Nynashamn swoją podróż.   Tam też przydarzyła mi się  pierwsza zabawna sytuacja. Celnik, kiedy dowiedział się gdzie mam zamiar jechać i w jakim czasie mam zamiar wrócić miał minę, jakby chciał mnie wsadzić w kaftan bezpieczeństwa. Pierwszy dzień upłynął pod znakiem szukania drogi (omijanie autostrad w okolicy Stockholmu) i uciekania przed deszczem (udawało się). Następne dni jazdy aż do Falun były dosyć nudne i ciężkie, gdyż było bardzo płasko, wiał bardzo silny wiatr, głównie  w twarz, a czasami nawet padał deszcz.  W okolicach Falun zaczęło robić się ciekawie- teren górzysty, sporo podjazdów, mnóstwo jezior. Woda (dopóki nie spada z nieba)   to jedno z największych dobrodziejstw natury jakie może spotkać turystę,   a w Szwecji nie ma miejsca z którego do jeziora byłoby dalej niż 500 metrów. W połączeniu z tym, że namiot można rozbić tam  wszędzie, sprawia, że na „budżetowe” wyprawy jest to idealne miejsce. Pobyt nad jeziorem był jednak czasami również koniecznością - w Rattvik miedzy Falun a Morą nad pięknym jeziorem złapała mnie potężna ulewa (wydaje mi się, że większej od tamtej nigdy nie doświadczyłem), z jej powodu spędziłem w przeciekającym namiocie  ponad dobę. Nie był to jednak czas stracony- zabrałem się w tym czasie za redukcję bagażu, a było co redukować... Przed wyjazdem słysząc te wszystkie legendy o cenach w Skandynawii, a szczególnie w Norwegii, zabrałem ponad 12 kg jedzenia (z 40kg bagażu), z czego może tylko liofilizjaty i kisiele były dobrym pomysłem. Cała reszta była tylko zbędnym balastem, więc postanowiłem się go pozbyć. Niestety trochę się zagalopowałem i buty (zostawiłem tylko buty SPD), ręcznik oraz kilka koszulek też nie wytrzymały redukcji bagażu (żałowałem tego później za kołem polarnym).

Po dniu lenistwa zacząłem „odrabiać straty”, przez następne 10 dni miałem cudowną pogodę, więc można było się „wyszaleć” na rowerze do woli. Góry między  Morą a granicą Norweską bardzo ładne, sporo podjazdów,  większość drogi prowadzi przez płaskowyż. Pogoda była do tego stopnia dobra, że poparzyłem sobie ręce i nogi od słońca, krem z filtrem kupiłem dopiero po 3 dniach szukania. Tam taka dawka słońca to też raczej ewenement. Słońce dało mi się również we znaki, kiedy pewnego słonecznego wieczora, po przejechanych 150km, prosząc o wodę dostałem szklankę z białym płynem. Wiele się nie zastanawiając, przechyliłem i... co się działo dalej pamiętam „slajdami”- próbowałem rozbić namiot (nie udało się), rozłożyłem śpiwór (ale to tylko połowiczny sukces, bo w karimatę nie trafiłem).  Szczęśliwie to coś w szklance to nie był metanol. Następnego dnia rano czekała mnie twarda konfrontacja z rzeczywistością,. W ciągu następnych 2 dni dojechałem do granicy szwedzko-norweskiej, jej przekroczenia praktycznie nie odczułem, nie było nawet żadnego celnika, do podbicia pieczątki w paszporcie. Przy drodze stał tylko troll z norweską flagą.

 

 

Góry w Norwegii trochę „urosły”, ostatnie 120 km przed Trondheim miałem wrażenie że przez cały czas jadę w dół, dla takich chwil „deptanie kapusty” nabierało sensu. Trondheim to największe miasto jakie leżało na mojej trasie. Usytuowane jest ono nad dużym fiordem, wśród  malowniczych gór. W samym mieście jest dużo zieleni. Dominuje niska zabudowa, ulice są czyste, wyróżnia je szerokość i duża przestrzeń miedzy budynkami. Spokojna atmosfera tego miasta znakomicie odzwierciedla norweskiego ducha. Na kempingu za Trondheim poznaje małżeństwo Kanadyjczyków z córką polskiego pochodzenia, rozmawiamy prawie całą noc. Za Trondheim ominąć muszę kilka tuneli, dla rowerzysty to istny  horror, droga która samochodem przez tunel zajmuje 8 km (rowerom do niektórych tuneli nie wolno wjeżdżać z powodu gazu), rowerem zabiera 40 km wspinaczki po „pionowych” podjazdach, co prawda tunel nie jest niczym przyjemnym, ani bezpiecznym dla rowerów, ale czasami dzięki niemu zaoszczędzić można sporo sił. Po konsultacjach w kilku informacjach turystycznych i w związku z tym że, drogi E6 chwilowo miałem dosyć, wybieram drogę nr 17. Dzisiaj mogę powiedzieć że to najpiękniejsza droga jaką kiedykolwiek jechałem. Przez 1000 km droga prowadzi wzdłuż przepięknych fiordów, odwiedza się sporo małych wysepek omijanych przez większość turystów z powodu czasu i kosztów przejazdu (jest ok. 12 promowań, za które płaci się zarówno od samochodu jak i od pasażerów, rowerzysta płaci jak pieszy). Pogoda często się zmienia, czasami pada, a deszcz jest szczególnie  uciążliwy,  w tak pięknych miejscach gdyż towarzyszy mu mgła i mało widać dookoła.  Na drodze nr 17 poznaję sporo interesujących osób-  małżeństwo z Francji na rowerach z 2 i 6 letnimi dziećmi. Czekając na prom, na przystani poznaję  prawdziwego wikinga na motocyklu, który wraz z synem jechał do domku letniskowego tuż za kołem polarnym, zostaję przez nich  zaproszony. „Student nie odmawia” więc po 2 dniach z czego drugi dzień był najdłuższym dniem na rowerze (jechałem od 9 rano do 2 w nocy), docieram do nieskażonego cywilizacją, starego norweskiego domku i spędzam tam noc w prawdziwym łóżku!! W drodze do chaty wikinga poznaję  polskie rodzeństwo prowadzące bar przy przystani promowej (długo nie zapomnę tej kolacji- to było danie wyjazdu, dzięki!!). Po kolacji podczas promowania przekraczam Koło Polarne. To jedna z tych magicznych chwil w życiu podróżnika, których nigdy się nie zapomina. Ranek następnego dnia nie był zbyt ładny, mocno padało, ale to w końcu Arktyka, więc twardo ruszam w drogę.

Tego dnia pogoda była szczególnie pechowa bo przejeżdżałem obok podobno pięknego lodowca (niedaleko Mo i Rany), ale niestety przez mgłę jego obecność odczuwałem jedynie przez bardzo zimny wiatr. Droga nr 17 skończyła się w Bodo, do końca urzekała swoim pięknem, każdemu kto się wybiera do Norwegii gorąco ją polecam. Z Bodo,  popłynąłem promem na Lofoty do Moskenes. Po 4 godzinach rejsu, Lofoty przywitały mnie deszczem ze śniegiem i mgłą (zacząłem wątpić w te piękne opowieści , które słyszałem w informacji turystycznej, o tamtejszym „wspaniałym” mikroklimacie). Na szczęście następnego dnia sprawdziło się powiedzenie, że w Norwegii można być wszystkiego pewnym

oprócz pogody, zrobiło się pięknie (jak na Arktykę- 15 stopni , ale niebo bezchmurne). Tego dnia Lofoty absolutnie zaskoczyły mnie swoim pięknem, to istny raj na ziemi (kiedy świeci słońce). Spore góry z ośnieżonymi szczytami, wyrastające z morza o błękitnym kolorze i mnóstwo różowych kwiatów przy drodze, sprawiało że Lofoty to naprawdę wyjątkowo piękne i urokliwe miejsce. Ale jak to zwykle bywa „księżyc ma również swoją ciemną stronę”- w jednym z tuneli pod morzem (3 km zjazdu 10% i 3 km podjazdu), kiedy zjeżdżałem z prędkością ok. 60 km/h najechałem na spory kamień, który odpadł od ściany i skasowałem przednią felgę. Szczęśliwie wywrotki udało się uniknąć, ale felga nadawała się  tylko do wymiany, która okazała dosyć kłopotliwa.  Do najbliższego miasta (Narvik) było ok.400km,  a w miasteczku do którego  musiałem się cofnąć 50km nikt nigdy nie słyszał o serwisie rowerowym. Po  twardych negocjacjach ze sprzedawcą w sklepie udało się kupić całe koło (wymontowane z roweru klasy hiper market). Następnego dnia opuszczam Lofoty i ruszam w stronę drogi E6. Przyjemny płaski teren kończy się i zaczynają się góry z 8 km podjazdami  i dłuższymi, jeden po drugim. Ale „deptanie kapusty” w tak pięknym terenie, i wśród tak przyjaźnie nastawionych ludzi, to prawdziwa przyjemność. Niejednokrotnie, kiedy wjeżdżałem pod górę, stojący przy parkingu ludzie klaskali, samochody które mnie mijały przyjaźnie trąbiły, ludzie w nich jadący machali rękami. Czasami zdarzało się że wyprzedzający mnie samochód zrównywał się z moją prędkością, otwierała się szyba, i słyszałem pytanie „Would you like something to eat, or drink”, po czym wysuwała się ręka z czymś słodkim w dłoni. W takich chwilach aż chciało się jechać dalej. W podobnej sytuacji poznałem Ministra Rybołówstwa Norwegii, z którym później na parkingu rozmawiałem prawie godzinę. Odcinek drogi E6 między Narwikiem a Altą była dosyć wymagający kondycyjnie, silny wiatr, przeważnie w twarz, mnóstwo podjazdów (o różnicy poziomów do 600 metrów), przyroda też trochę się zmieniła. Pojawiło się więcej śniegu dookoła, drzewa były już  dużą rzadkością, ale nadal było pięknie. Zaczęła się prawdziwa Arktyka. Ostatni przed „atakiem szczytowym” odcinek między Altą a Nordkapp (ok. 230km) postanawiam pokonać jednego dnia. Zacząłem o 9 rano, pierwsze 60 km to  totalne pustkowie, płaskowyż na którym nie rośnie nic poza trawą. Pogoda była dosyć dobra (nie padało), ale było chłodno i mocno wiało, momentami wiatr kompletnie uniemożliwiał jazdę, ale mówiąc sobie teraz albo nigdy,  „walczę” dalej.  Ostatnie 30 km przed Nordkapp to prawdziwy horror- tunel pod morzem z różnicą poziomów 250m, potem 3 podjazdy (po 300 przewyższenia każdy). Po 14 godzinach jazdy docieram do celu. Moment magiczny, takie uczucie jest warte każdego wysiłku. Kasjerka przy bramie wjazdowej, kiedy dowiedziała się skąd jadę, tylko otworzyła bramę i pogratulowała. Niemieccy turyści widząc mnie wcześniej jak wdrapuję się na górę, zaczęli ustawiać się obok mnie całymi grupami, gratulując mi i robiąc sobie ze mną zdjęcia. Od jednej z niemieckich przewodniczek dostałem butelkę szampana. Takie chwile pamięta się do końca życia... . Następnego dnia postanowiłem zrobić sobie dzień przerwy i zaczekać na Anglika, którego kilka dni wcześniej poznałem, a który też jechał na Nordkapp. Razem mieliśmy wracać przez Finlandię do Szwecji, ale podczas przejazdu przez tunel w drodze na Nordkapp Mice wyłamał ściankę tylnej felgi i musiał szukać innego transportu do Finlandii, wymieniliśmy się adresami i ruszyłem w drogę. W drodze powrotnej sprawdziło się powiedzenie że najlepszą motywacją jest bark alternatywy. W ciągu 11,5 dnia musiałem pokonać 2 000 km . Więc priorytetem był dystans dzienny. Część Norwegii miedzy wybrzeżem morza Barentsa a Finlandią, to prawdziwe „middle of nowhere” . Jadąc przez tundrę zdarzało się że przez ponad 100 km nie spotkałem żadnej osoby. Zmieniło się to nieco kiedy wjechałem do Finlandii. Przyjemną rzeczą w tym państwie były niewątpliwie ceny (w porównaniu z Norwegią wszystko było tanie) i infrastruktura stworzona dla turystów oraz wędkarzy. Finlandię przejechałem szybko, teren jest tam płaski,  99% drogi prowadzi przez las, urozmaiceniem są tylko renifery często spotykane na drodze. Granicę fińsko-szwedzką przekroczyłem w Kolari. Dojeżdżając nad zatokę Botnicką po całym dniu jazdy trafiłem na kapitalne miejsce na nocleg- plaża, stoliki, miejsce na ognisko i SAUNA!!!. Po 3 godz. wizycie w niej czułem się jak „nowo narodzony”. Następnego dnia skończyła się dobra pogoda i przez 8 dni nie przestawało padać. Po 3 dniach deszczu non-stop i temperaturze ok. 10 stopni największym dobrodziejstwem stały się przydrożne, ogrzewane toalety z suszarkami. Po 4 dniach jazdy w deszczu, zacząłem zastanawiać się, dlaczego w Szwecji nie sprawdza się Norweskie powiedzenie, że jeżeli nie podoba ci się pogoda, poczekaj 5 min. Po 5 dniach deszczu przestaje już sprawdzać prognozę pogody w gazecie (żeby się nie dołować), a jadąc powtarzam sobie tylko: „nie myślisz, nic nie czujesz, jesteś tylko maszyną do łykania kilometrów”. Podziałało, zdążyłem na prom. Czterdziestego dnia wyprawy w Nynashamn udało mi się zamknąć „kółko” po Skandynawii.

Skandynawia, a szczególnie Norwegia to „raj na ziemi”. Jest to wymarzone miejsce dla rowerzysty. Wszystkim kolażom gorąco polecam...  

Ps. Szczególne podziękowania dla rodziców, bez których pomocy i odwagi  wyprawa ta by się nie odbyła.

 

 

 

Kontakt

Mój e-mail to gszyszkowski@poczta.onet.pl ,chętnie udzielę wszelkich porad praktycznych przy planowaniu wyprawy na północ Europy.

 

<< Powrót
Strona Główna

 

Podtytuł

Tutaj tekst relacji