|
Na Kaukaz rowerem
![]() |
|
To co odnalazłem na
pogniecionych zamokłych kartkach, listach pisanych do Agaty i to co pozostało
w mojej głowie zamieszczam poniżej...Jest trochę czytania, więc dostępna
jest także krótsza wersja "tutaj", oraz relacje wysyłane z trasy z kafejek
internetowych "tutaj".
START 27-VII
Rozstaję się z wszystkim co dla mnie najważniejsze i ruszam w nieznane...
Wczoraj spędziłem cały dzień w pociągu. W Warszawie udało mi się załatwić w godzinę wizę do Gruzji, więc
byłem w Jarosławiu o 22. Podjechałem po ciemku do Radymina i tam przespałem
się nad jeziorkiem. Pobudka o 5 rano i prosto w Ukrainę. Na granicy obyło
się bez problemów (oprócz zdziwienia celników), więc ruszyłem ostro przed
siebie. Do Lwowa wjeżdżam w strugach deszczu. Miasto nie wywarło jakoś
na mnie specjalnego wrażenia. Tłoczno, tramwaje cisną się wraz z autami
na brukowych drogach, po których razem z deszczem spływa miejski bród.
Pojeździłem z dwie godzinki po strefie turystycznej, wśród starej architektury,
zrobiłem sobie fotkę z Mickiewiczem i ruszyłem dalej. Litwa ukazała mi
swe piękno dopiero gdy zjechałem z głównej drogi, kilkanaście kilometrów
za Lwowem.
Coś niesamowitego ukazało się mym oczom. Zupełnie inny świat. Wszędzie
zielono, zero przemysłu, trochę pagórkowato, rozległe łąki, ruchu nie
ma, nikt się nie spieszy, po prostu sielanka. Tak jechałem i tu zajechałem,
teraz leżę i odpoczywam, kończę bo pojawiły się komary. Licznik: dystans 198 km, prędkość średnia 18,67 km/h czas jazdy 10h 36min Vmax=56 km/h total 2923 Dzień 3. 29-VI Przecinam przestrzeń niczym piorun. Bardzo dobrze mi się jedzie. W nocy była potężna ulewa (dobrze, że zdecydowałem się namiot rozbić). Rano trochę dłużej spałem, ale przywitał mnie piękny widok chmurek zalewających dolinę. Później ubabrałem się cały w błocie zanim wydostałem się na asfalt, bo nocna ulewa strasznie rozmiękczyła drogę, no i rura do przodu. Jedzie się znakomicie. Wiatr niemal w plecy. Słońce. Chmurki leniwie suną w stronę Krymu obserwując mnie. Auto spotykam tutaj raz na kilkanaście minut. Większość mieszkańców porusza się tutaj
autobusami (które wyglądają jakby zaraz miały się rozsypać), albo małymi
busami. Jest raczej mało lasów, głównie łąki strzyżone przez krowy i uprawy.
Teraz czekam aż ryż mi się zagotuje. Zjem go ze śmietaną i rodzynkami.
Wypas. Czuję się dobrze, ale przerażają mnie trochę kilometry które jeszcze
przede mną, a jest ich naprawdę sporo. Jak jadę to jest super. Śpiewam,
marzę, rozmyślam itp. Gorzej jak spojrzę na mapę...no i za Agatka trochę
tęsknię... Wiatr się wzmaga. Zabieram się za konsumowanie. Wieczór. Leżę sobie wśród koników polnych. Wokół muzyka ptaków. Całkiem fajne miejsce. Nauczyłem się dzisiaj kąpać w 1,5 litrowej butelce wody. W zupełności wystarcza. Należy się delikatnie namoczyć, później namydlić i wszystko spłukać. Wszystkie jeziora jakie mijałem uległy procesowi eutrofizycji, czyli stały się po prostu bajorami dla kaczek J (ale się wymądrzam). Licznik: 197km 19,48 km/h 10h 6min 62km/h 3121km Dzień 4. 30-VI Masakra. Zaczynam mieć wątpliwości czy damy radę (rower i ja). Nie wiem skąd wzięły się tutaj takie góry. Jadę po wyżynie, nagle zjeżdżam ostro w dół, tam wioska,
rzeczka i to samo muszę pokonać do góry. Zjazdy takie, że rozwinąłem 67
km/h, ale później trzeba pod taką górę wjechać. Najlżejsze przełożenie,
smród topiącego się asfaltu, a chmury jak na złość nie chcą zasłaniać
słońca. Masakra. Jestem potwornie zmęczony. Teraz jestem gdzieś nieopodal
granicznej miejscowości z Mołdawią nad Dniestrem. Myślałem, że te wzgórza
się skończą i będę jechał wzdłuż rzeki, ale tu trzeba wjechać na ogromny
klif, a rzeka daleko w dole. Na razie średnia prędkość 16,7 km/h, a wysiłek
jak na 25km/h. Wieczór. Nastrój mi się zdecydowanie poprawił. Wieczorami jedzie się fajowo. Na tych wsiach jest taki spokój, że aż chciałoby się tam zostać na trochę. Ludzie wracają z krowami które pasą na przydrożnych trawach (i dzięki temu pobocze jest zawsze wystrzyżone jakby kto specjalnie kosiarką kosił). Na kolację kasza i sos pomidorowy. Nie zaskoczył mnie zbytnio brak asfaltu na "żółtej" drodze. Dziś nocuję w polu przy zbożu niedaleko miejscowości Jampil. Licznik: 180 km 17,17km/h 10h 30min 67km/h 3302 Dzień 5. 1-VII Wczoraj to chyba miałem dzień testu. Nie wiem czy dałbym radę gdyby droga wyglądała dziś tak samo. Na szczęście skorygowałem trochę trasę i gdyby nie potworny upał (a będzie gorzej zapewne) to mógłbym całkiem ostro jechać. Rano miałem 50 km do najbliższego sklepu i
było jeszcze górzyście, ale teraz teren jest już lekko pagórkowaty. Dzisiaj
znowu ryż, rodzynki i śmietana. Pani w sklepie liczyła starym wysłużonym
liczydłem. Fajna mogłaby być ta Ukraina, trzeba by tylko odpowiednio nią
pokierować. Tereny są naprawdę piękne, przed wsiami często wysokie logo
z nazwą i jakimiś plonami ziemi. Miało zapewne być tak pięknie, ale nie
wypaliło. Przy drodze dużo pomników Lenina i żołnierzy walczących w II
Wojnie Światowej. Pełno starych motorów z koszami, które ciągle niezawodnie
suną po dziurach. Często też zaprzęgi konne. Dzisiaj zrobię chyba rekordową
odległość, ale standardowo dopada mnie niepewność, czy dam radę przejechać
wszystko. nbsp Najgorzej nie znoszę tych upałów, na dodatek na nogach wychodzą mi żyły. Piję ogromne ilości wody, nabieram ją w studniach, które są w każdej wiosce. Za każdym razem moczę całkowicie koszulkę, zakładam, wspaniale mnie chłodzi, ale po chwili wysycha. No i tyłek mnie boleć zaczyna. Wieczór. Dzisiaj to chyba trochę przesadziłem. Musze dać na luz trochę, bo coś mi się stanie jeszcze. To nie jest normalne, żeby pedałować 11.5 godziny. Wszystko przez to, że zgubiłem się na tych wioskach. Droga się skończyła, tak bywa. Fajnie się jechało przez pola w lekkim deszczu, ale po dwóch godzinach miałem dość. Moja cierpliwość stoczyła niemałą walkę. Jak się wydostałem z bezdroży to trafiłem na drogę łączącą Kijów z Odessą - strasznie niedobrze się jechało. Ci kolesie, pseudokierowcy wyraźnie chcieli mnie przejechać. Ale po 21 km opuściłem "czerwoną" drogę. Teraz już jest dobrze. Leżę na wzgórzu koło zburzonego domu za miejscowością Krzywe Jezioro.(jak owa nazwę spolszczyłem) Licznik: 217km 19,5 11h 21 67 3519. Dzień 6. 2-VII Strasznie
czoło sobie wczoraj spaliłem. Piecze mnie nieziemsko. Najgorzej jak pojawia
się na nim pot. Wstałem dziś przed budzikiem, rześki i wyspany no i rura.
Na początku fajnie mknęło się przez budzące się wioski, ale później zerwał
się wiatr. Jedzie się bardzo ciężko. Właściwie zastanawiałem się czy w
ogóle jechać. Słońce za cienką warstwą chmur i nie jest tak gorąco. Gdyby
nie ten wiatr...ale przecież nikt nie mówił, że będzie łatwo. Zjadłem
jajecznicę i mi się bolącego tyłka ruszać nie chce. Leżałem sobie dobre dwie godziny pod topolami, stwierdziłem że nic na siłę nie muszę przecież robić i pojechałem pod wiatr powolutku, bez wysiłku. Wieczorem trochę ucichło i już mi się lepiej jechało i humor się poprawił. Licznik: (w tym momencie pisania relacji zginęły moje kartki z przejechanymi kilometrami, jak się znajdą to uzupełnię licznik). Dzień 7. 3-VII Zbliżam się powoli do Krymu który to
jest dla mnie przejściowym celem w podróży. Musiałem przejechać dzisiaj
przez dwa większe miasta (Nikolajev i Cherson). Dały mi ostro w kość,
zwłaszcza, że upał mnie nie oszczędzał. W tej drugiej miejscowości w pewnym
momencie dopadło mnie potężne osłabienie. Nie byłem w stanie pedałować
żeby wyjechać za miasto. Skręciłem gdzieś w bok i wylądowałem na trawniku
gdzieś pod fabryką. No i po prostu padłem, nie byłem w stanie się ruszyć.
Musiałem się czymś podtruć, bo brzuch bolał mnie także i miałem chyba
wyższą temperaturę. Robię na siłę miętówkę. Przeleżałem tak majacząc dwie
godziny i podjechał jakiś młody chłopak na rowerze. Myślał, że kto pijany
leży. Pogadaliśmy o częściach rowerowych i zaproponował mi pomoc swojej
babci, która mieszkała za płotem. Babuszka okazała się bardzo miła, nie
miała tabletek, ale pokazała mi masaż brzucha i dała napić się kieliszek
wódki (kasztanówki), okazało się że mieszkała kiedyś w Polsce. Wódka postawiła
mnie trochę na nogi i dałem radę dopedałować kilka kilometrów za miasto
gdzie padłem w lesie. Nie byłem w stanie nic zjeść, piłem ogromne ilości
herbaty. |
Jestem już na półwyspie krymskim. Upał straszny, a mieszkańcy mówią, że
największy dopiero będzie. Po drodze mijałem sporo kanałów z całkiem czystą
wodą. Mogłem się moczyć do woli, zrobiłem pranko. Raz nad takim kanałem
przysiadło się do mnie dwóch pasterzy z arbuzem no i jedna krowa nadepnęła
mi na leżący rower, ale nic się nie stało. Przy wjeździe na półwysep zbudowana
jest taka mała granica, ale mnie nie zatrzymano. Do tej pory nie miałem
problemów z Ukraińską milicją. Leżę sobie teraz w zagajniku za miejscowością Voinka. Trafiłem w miejsce z niesamowitą ilością komarów, dlatego mimo upału będę spał w namiocie. Jutro może Morze Czarne mnie przywita. Dzień 9. 5-VII Przejechałem dzisiaj kawał drogi. Wstałem bardzo wcześnie, także jak wschodziło słońce ja już miałem 20 km za sobą. Uczucie wspaniałe, żadnego auta, mgła i wschodzące słońce, a ja zasuwam w świeżej porannej bryzie
(a teraz piszę relację w dusznym pokoju i za chwilę wychodzę do szkoły).
No i tak bez przystanku zrobiłem 80 km i dojechałem do miejscowości Jevpatorija.
Tutaj pierwsza kąpiel w Morzu Czarnym, która sprawia, że czuję dreszczyk
emocji. Naprawdę udało się dojechać, a niby tak daleko było. Odpocząłem trochę nad morzem, odwiedziłem kafejkę internetową, wysłałem listy i pojechałem dalej. Leżę sobie teraz na potężnym klifie, około 20 km przed Sevastopolem. Miejsce jest prześliczne, szkoda tylko, że nie można dojść do morza. Nieopodal świeci latarnia. Wsuwam orzeszki i popijam piwko. Mój pierwszy cel osiągnięty. Dzień 10. 6-VII Leżę kilka kilometrów
przed Jałtą i mam niezły widok na morze. Wieje silny wiatr z kierunków
bliżej nieokreślonych. Rozkładam namiot w obawie przed nocną ulewą. Za
mną wznosi się potężna pionowa ściana. Trawa pachnie pieczarkami. Jestem
strasznie zmęczony, nawet jeść mi się nie chce. Krym odsłonił dzisiaj
przede mną swoje zróżnicowanie terenu. Wykończyły mnie długie, niemal
3 godzinne podjazdy. Przejechałem przez sporą część głównych miejscowości
wypoczynkowych. Półki w sklepach są już lepiej wypełnione niż na wsiach.
Dotarłem też do tego zameczku na skale, który jest na okładce przewodnika
(Jaskółcze gniazdo). Wcale nie jest taki fajny, w ogóle Krym tutaj jest
dość komercyjny. Wszystko robione jest pod turystów. Słońce cały czas pali okrutnie, ale nie jest tak strasznie jak wewnątrz Ukrainy, gdyż co jakiś czas obmywa mnie wspaniały chłodny podmuch od morza. Dzień 11. 7-VII Fragment listu : Kochana Agatko. Siedzę sobie w cieniu pod drzewkiem i dochodzę do wniosku czemu tak mnie ciągnie w samotne podróże. Właśnie wymyśliłem, że nazwę to poczuciem totalnej czystości psychicznej. Czuję się znakomicie- właśnie to jest to (a może tylko tak mi się wydaje). Jadę dzisiaj cały dzień po Krymskich górach i nie mogę stąd wyjechać. Jest gorąco, ale zawsze muśnie mnie jakiś szkwalik od morza, które daleko w dole pięknie rozbija się o brzeg. Rozmyślałem też o naszych wakacjach. Może jednak chcesz spróbować w góry pojechać ? Uważam że jest to doskonałe miejsce, żeby poznać się do szpiku. Ale z drugiej strony wiem, że jednak jesteś dziewczyną (i to piękną) i nie każdy ma ochotę łazić cały dzień bez sensu po górach, zasypiać z uczuciem wyczerpania, szczęścia i niepewności co przyniesie dzień następny. Byłem dzisiaj w Jałcie, typowe miasteczko turystyczne, nic specjalnego.
Strasznie powoli się przesuwam (13 km/h), ale trasa jest przepiękna. Dobra ruszam się i jadę dalej (za chwile powinno być z górki). Kochana Agatko. Jest już wieczór. Jestem za miejscowością Sudak. Dzisiaj miałem, właściwie chyba najfajniejszy dzień mojej podróży jak dotąd. Czułem się jak w innej krainie. Na wschód od Jałty nie jest już tak komercyjnie. Tereny są przepiękne. Przejeżdżałem obok najwyższych krymskich gór. Krajobraz komponuje się wprost niesamowicie. W Sudaku spotkałem nawet Tatara, miał niesamowitą twarz. Morze Czarne też mnie zaskoczyło, trafiłem na plażę z niemal lodowatą wodą, nikt się nie kąpał. Tuż przed opuszczeniem Ukrainy zatrzymała mnie milicja. Kazali wejść z nimi do pokoju i zamknęli drzwi. Cieszą się debile i czytają mi kodeks drogowy po
Ukraińsku. Chodzi im o kartę rowerową a bardziej bezpośrednio, żeby mnie
ogolić z dolarów. Jest ich trzech, jeden proponuje 100$. Wyśmiewam ich,
nie jestem nawet mocno spękany. Pozostałych dwóch chce mnie puścić widząc
moją poszarpaną koszulkę oraz zmęczoną i spaloną słońcem twarz. Jednak
ten jeden ciągle napiera. Wściekły daje im 20$ i docieram do granicy która
jest 500 m dalej. Oni tu porostu stali w miejscu gdzie kosili każdego
kto chciał wyjechać z kraju. Z milicja wewnątrz Ukrainy nie miałem żadnych
kłopotów, ani razu mnie nie zatrzymali. Na granicy, pytają mnie o pieniądze, też sugerują łapówkę, ale ja jestem tak zdecydowany i wkurzony, że stanowczo mówię, że nic nie dam. Wyglądam też nie najlepiej. Skóra schodzi z nosa, czoło popękane, zarośnięty, brudny i przepocony. Celnik długo mnie mierzy i w końcu mówi z uśmiechem :"Zabieraj kiszki (to sakwy) i paszoł". I tak znalazłem się na promie. Na granicy ruchu prawie nie ma. 15 aut pakuje się na prom (i jeden rower), który pływa co dwie godziny (teoretycznie). Po rosyjskiej stronie kolesie z kałaszami i klimat jakiegoś obozu wojskowego. Moja pieczątka AB sprawdziła się, daty i tak nie było widać. Pomocna okazała się także wiza do Gruzji. Wjechałem budząc zdziwienie na twarzach zewsząd, ale bez większych problemów. Krym był przepiękny, zwłaszcza wschodnia część. Niezapomniane chwile których mi nikt nie odbierze. Teraz szumi morze, księżyc powoli rozbiega się do pełni, na horyzoncie błyska się w chmurach, a ja rozmyślam o życiu.
Dzień. 13. 9-VII
Fragment listu: Kochana Agatko. Właśnie rozlał mi się gotujący ryż w namiocie,
ale w myśl starej zasady, że będzie jeszcze wiele okazji do zmartwień,
nie przejąłem się wiele, sprzątnąłem, wstawiłem ponownie i piszę do ciebie
list na wprost zachodzącego słońca naszego, zagryzając ciastkami. Rosja
na razie mnie mile zaskoczyła. Z tego co widzę to jest tu całkiem normalnie.
Normalne miasteczka, wsie, dobre drogi. W sklepach też w miarę ok. Teraz leżę sobie nad stawem, wokół żniwa pełną parą idą. Jadę dalej na wschód. W Rosji kolejna godzina do przodu. Dzielą nas już dwie. Mocny wiatr dzisiaj wieje. Najpierw pomagał, ale teraz sprawia, że dalsza jazda jest niemożliwa, ale dzięki niemu nie jest tak gorąco. Twój krem bambino niezmiernie się przydaje, nakładam grubą warstwę na skopcony nos. Mówiłem tobie, że jak go czuję to mi się przypominasz ?
Dzień 14. 10-VII Dzisiaj mijają dwa tygodnie jak ruszyłem. Forma
mi dopisuje, choć nie mam już tej dynamiki w nogach (to przez słabe odżywianie)
i na lewym półdupku zrobił mi się sporawy odcisk, ale jadę dalej. Jak
tak dalej pójdzie to zakocham się w Rosji. Tu jest naprawdę fajnie i bezpiecznie
z tego co widzę. Ludzie są przemili. Dzisiaj dostałem pomidory od babci,
a od kolesia worek brzoskwiń. Całkiem nieźle idzie mi rozmowa po rosyjsku
i prawie już czytam ich literki. Dzień 16. 12-VII Jestem 150 km od podnóży Elbrusa. Leżę teraz w przepięknym miejscu, wokół lata mnóstwo trzmieli i wspaniale pachnie. W dole płynie rzeka. Miejsce jest naprawdę przepiękne. Na kolacje mam ryż z mlekiem prosto od krowy i rodzynki. Wczoraj miałem fajna przygodę. Pojechałem według mapy i dojechałem do wioski, gdzie niespodziewanie droga się kończy. Chciałem tam nabrać wody, ale pompa nie działa. Ktoś mnie woła spod płotu jakiejś zagrody. No i nie obeszło się bez wódki. Od razu mnie poczęstowali, a w takich sytuacjach się nie odmawia. Do zagryzki był suchy chleb. Pokazałem klasę jak na polskiego studenta przystało. Rozmawiałem z nimi długo i tak się zasiedziałem (no i trochę wypiłem, bo nawet nie wiem skąd wyciągali kolejne flaszki). Powiedzieli, że piję jak ruski i zaprosili mnie do domu. Gospodarz to Kezbek (imię ma po jednym z kaukaskich pięciotysięczników).
Super człowiek, piliśmy wódkę, jedliśmy słona rybę (ale tu gdzie teraz
jestem mnóstwo trzmieli lata, siadają wszędzie). Później mnie nakarmili,
obejrzeliśmy wspólnie zachód słońca i położyłem się spać pod zapadającym
się, wygiętym w dół sufitem. Ludzie którzy żyją w kaukaskich republikach,
nie uważają się za Rosjan. Ich majątek jest bardzo niewielki, jedna krowa,
sypiący się dom, kawałek ziemi. Ich dumą jest telewizor (na którym dwa
kanały odbierają). Mimo to cieszą się z tego, że maja co jeść. Z tego,
że mogą żyć. Przyjęli mnie niesamowicie życzliwie. Rano na drogę dostałem
trzy litry mleka, ugotowane jajka i ziemniaki. Było super. Dzisiaj znowu miły akcent. Jeden koleś zaprosił mnie na kawę i ciastka z serem gdy spytałem się goo drogę. Ludzie są naprawdę przemili, gdyby nie ta pieprzona milicja...Na drogach jest mnóstwo kontroli. Zawsze jest taka mała granica pomiędzy kolejnymi republikami. Jutro może ujrzę Elbrusa. Czuje jak mnie przyciąga. Ciekawym czy uda mi się stanąć na szczycie. Ciekawym jak zareaguje mój wyczerpany organizm na taka wysokość. Muszę jeszcze napisać o przykrej przygodzie z wczoraj. W miejscowości Armawir miałem nieprzyjemną sytuację. Zajechałem na dworzec (bo zastanawiałem się nad podjechaniem kolejką elektryczną trochę), a tam sprawdzają paszporty. No i okazuje się (co doskonale wiedziałem) że nie mam rejestracji. Głupi milicjant nie chce przyjąć do wiadomości, że zarejestruję się w Tyrnyauz (tam gdzie wszyscy idący na Elbrusa) no i musze mu zapłacić 10 $.
Dzień 17. 13-VII Fragment listu: Kochana Agatko. Nie udało mi się
dzisiaj wysłać listu, bo okazało się, że dzisiaj jest niedziela. Dni tygodnia
straciły dla mnie znaczenie. A teraz uwaga! Elbrus w zasięgu wzroku !
Jestem na wysokości około 3400 m. Leżę już po kolacji, zamknięty w namiocie
(a namiot na śniegu). Z ust leci mi para. Będzie to strasznie zimna noc.
Nie odczuwam na razie problemów związanych z niską zawartością tlenu.
Zobaczymy później. Z rana obudziłem się bardzo wcześnie. Jechałem w deszczu, aż do doliny Baksan. Tutaj rozpoczyna się niemal 100 kilometrowy podjazd do Tereskola. Jechałem tak w deszczu, ulewa okrutna, ruchu prawie żadnego. Zatrzymał się jeden koleś busem i strasznie nalegał, żeby mnie podrzucić. No i takim sposobem zaoszczędziłem kilka godzin pedałowania w deszczu. Dzięki temu przeżywam teraz cudowne chwile. Tutaj jest naprawdę pięknie. Pogoda się poprawiła, zewsząd otaczają mnie góry. To jest mój świat. Jest tu cudownie, wokół mnie Kaukaz i ta przepiękna cisza. Dlatego właśnie tu jechałem. Zimno tylko trochę. Ryż chyba mi się nie zagotuje na tej wysokości. Chciałbym Ciebie tu kiedyś zabrać. Dwa cycki Elbrusa wznoszą się dumnie nade mną. Ciekawym czy dam radę. Jak
dojechałem do Tereskola, spotkałem kolesia który tego samego dnia co ja
dojechał tutaj na rolkach z Moskwy !!! Niesamowite spotkanie. Zrobił 1600
km w 16 dni, trzy razy musiał zmieniać kółka. Strasznie śmiesznie chodził
po pokonaniu takiej odległości. Poszliśmy razem coś zjeść, a później zostawiłem
rower u jego znajomej dziennikarki. Spakowałem plecak, zrobiłem zapasy
i ruszyłem do ataku. Koleś odprowadził mnie do końca asfaltu, dał mi wskazówki
jak wchodzić na szczyt, żeby nie dopadła mnie choroba wysokogórska. Był
bardzo zdziwiony, że nie chce odpocząć na dole, ale ja czułem się dobrze
i pragnąłem jak najprędzej posmakować Kaukazu. I tak znalazłem się tutaj
(choć według wskazówek powinienem być 800 m niżej) i zimno mi. Jak byśmy
byli razem to byłoby nam cieplej. Kończę na dzisiaj, jeszcze zabiorę Ciebie
w góry. To chyba najpiękniejsze miejsca na Ziemi. Niesamowicie potężne,
piękne, tajemnicze i sprawiedliwe. Nie dam sobie nic zrobić, przecież
obiecałem wrócić do Ciebie, a ja nie łamię obietnic. |
|