|
Jedziemy
Zza swojego kantorku nie mogła objąć wzrokiem wszystkich bagaży. A może
po prostu z wrażenia - wstała, przeciągnęła wzrokiem po wszystkich naszych
tobołach i powiedziała:
- Państwo nie wsiądą do samolotu z takim bagażem.
Właściwie
powinniśmy być zdziwieni, gdyby takie stwierdzenie nie padło. Bo co może
powiedzieć pracownik obsługi na lotnisku dwójce pasażerów, którzy próbują
wejść na pokład rejsowego samolotu biorąc ze sobą 120 kg w 3 potężnych
pudłach i jeszcze 7 niemniejszych pakunków. Aż dziwne, że nas odrazu nie
skierowała na lotnisko towarowe - Cargo.
Na taką ewentualność byliśmy jednak przygotowani, i Jacek uzbrojony w
uśmiech i legitymację dziennikarską poszedł oczarować kierownika zmiany.
Ta bitwa została wygrana. Do Moskwy możemy lecieć nie płacąc ani złotówki
nadbagażu. W stolicy Rosji mamy odebrać nasze pakunki i martwić się dalej
sami. Nareszcie pozbawieni okrutnego balastu możemy bez zadyszki spacerować
po terminalu.
W samolocie jak film przebiegają mi ostatnie 24 godziny:
Odbieranie paszportów z ambasady mongolskiej z wizami, ostatnie zakupy
chińskich zupek, kisieli, batonów, mleka w proszku, musli, i setki drobiazgów:
zapalniczek, tabletek multiwitaminowych, baterii, kremów itp... Wieczorem
pakowanie. A jest co - 2 rowery, przyczepka, 32 kg jedzenia i 40 kg ubrań,
narzędzi, części, rowerowych, map i całej elektroniki z telefonem satelitarnym
i zapasowym akumulatorem na czele.
Po wylądowaniu w Moskwie idziemy szukać naszego bagażu. Jacek długo dyskutuje
z piękną Rosjanką i uśmiechnięty oznajmia, że i ta bitwa wygrana - urzędnicy
na lotnisku byli bardzo zdziwieni co my właściwie chcemy - bagaż jest
właśnie przepakowywany do następnego samolotu i nic nie musimy odbierać,
ani ponownie nadawać. Świętujemy kolejny mały sukces zakupem w wolnocłowym
sklepie i sadowimy się w dużym Boeingu na swoich miejscach.
Z niedowierzaniem słyszymy w głośnikach:
- "Jest godzina ósma czterdzieści lokalnego czasu. Na dworze temperatura
minus jeden stopień Celsjusza. Witamy w Ułan Bator w Mongolii i dziękujemy
za skorzystanie z usług naszej linii lotniczej"

Aaaby
do Ałtaju
Zaraz po wyj ściu
z terminala wita nas cała chmara taksówkarzy i hulający pomiędzy nimi
wściekle mroźny wiatr. Szybko na nasze T-shirt'y nakładamy grube polary
i kuląc się z zimna rozglądamy się co robić.
- "Mister Kozonek ?"
Przebija się słaby głos jednego z kierowców. Potwierdzam. To Munkhjargal
- "nasz człowiek". Jeszcze w Polsce - parę tygodni wcześniej
skontaktowałem się z nim przez Internet. Ma nam tutaj w Mongolii pomóc
w logistyce i ubezpieczać naszą wyprawę w razie wypadku.Mocno zdziwiony
naszą ilością bagaży pomaga się zapakować do swojego wielkiego Land Rovera
i jedziemy na miasto. Najpierw na placyku - który okazuje się być dalekobieżnym
dworcem autobusowym z niemałym trudem znajdujemy małego busika, który
jedzie do Ałtaju. Kierowca obiecuje, że za 30$ od głowy dowiezie nas w
czasie 30 godzin na miejsce. Busik jest gotowy do wyjazdu, ale my jeszcze
musimy jechać na targ, gdzie kupujemy dwa dwudziestopięciolitrowe kanistry
na wodę, jeden baniak pięciolitrowy na benzynę i zapas jedzenia na 3 dni.
Wracamy na placyk i rozpakowujemy naszą terenówkę. Hundai, do którego
mamy się zapakować jest już mocno wyładowany. Ale dla Mongoła nie ma rzeczy
niemożliwych. Rowery lądują na dachu a cała reszta zostaje misternie upchana
z tyłu po sam sufit - tak, że szczelnie zakrywa okna. Rozliczamy się z
Munkhjargalem i wsiadamy do samochodu. A raczej staramy się wsiąść - miejsc
jest dla 8 osób, a nas jest 11. Trafia mi się najgorsze miejsce - na samym
brzegu kanapy, od strony drzwi. Jakbym się nie zapierał i tak ciągle jestem
spychany w szczelinę pomiędzy d rzwi
a siedzenie. Najważniejsze jednak, że już jedziemy i niedługo będziemy
mogli wsiąść na rower.
Nasza radość nie trwa długo. Nie ujechaliśmy nawet 60 km, gdy w samochodzie
pęka resor. Na całe szczęście zatrzymujemy się nie w szczerym stepie,
ale przy jadłodajni. Kierowca z pomocnikiem rozpakowują cały wóz i zaczynają
naprawę. Okazuje się, że cały resor trzeba wymienić. Pomocnik zatrzymuje
samochód zdążający w kierunku miasta i wsiada do niego. W tym czasie poznajemy
mongolską kuchnię. Zamawiamy - zdawało by się potrawę znaną i bezpieczną
- herbatę. Oczywiście byliśmy już uprzedzeni, że Mongolia to kraj w którym
herbaty się nie słodzi, tylko... soli, ale na Miłość Boską - nie tyle
! Różne napoje z niejednej miseczki już piłem, ale po pierwszym łyku odsunąłem
czarkę. Jacek trzymając fason początkowo utrzymywał, że herbata jest dobra.
Za trzecim łykiem spasował. Na całe szczęście podawali tu jeszcze płyn
podobny do kawy - coś na kształt mocno osłodzonej kawy z mlekiem. Patrząc
na sąsiedni stolik, gdzie przy olbrzymim garnku z gotowanym mięsem, bez
żadnych jarzyn i przypraw, ucztowała grupa Mongołów, stwierdziliśmy, że
głodni nie jesteśmy wcale.
Po dwóch godzinach zaczynamy się niecierpliwić - ale tylko my. Jeszcze
nie raz podczas tej podróży na własnej skórze odczujemy, że pośpiech i
czas to w Mongolii pojęcia zupełnie odmiennie postrzegane niż w naszej
starej Europie. Dwie czy sześć godzin to żadna różnica. Ze zdziwieniem
przyglądali nam się, gdy na migi próbujemy się zapytać czy do Ałtaju dojedziemy
na czas. Po sześciu godzinach przyjeżdża pomocnik - jak się już zdążyliśmy
zorientować - syn kierowcy. Naprawa zajmuje kolejną godzinę i o 19.00
ruszamy. Jedziemy całą noc zatrzymując się tylko na krótki postój na jedzenie.
Cały czas jedziemy przez step i półpustynię szutrowymi drogami. Patrząc
z jaką pewnością kierowca skręca na kolejnym rozdrożu nie mogliśmy się
nadziwić nad ich orientacją na tym bezludziu. Prosiliśmy kierowcę aby
nam pokazał na mapie którą drogą jedziemy, ale on po dłuższym wpatrywaniu
się w arkusz machnął ręką, pokazując że jego drogi na mapie nie ma....
Pełni podziwu dla niesamowitych zdolności - odziedziczonych pewnie po
nomadach: dziadach-pradziadach przysypialiśmy całą drogę nie martwiąc
się tą sprawą. Aż do czasu...
Obudził
mnie ryk silnika. Dziwne: niby słyszę szum opon a jednak oświetlony księżycem
w pełni krajobraz za oknem jest nieruchomy jak na widokówce. Otwieram
drzwi i stawiam nogę na nienaturalnie wysoko położonym gruncie. Sprawa
się wyjaśnia - zakopaliśmy się w piachu. Przed nami po horyzont widać
ledwie widoczną smużkę dwóch śladów w piasku. My jednak jesteśmy za ciężcy
aby tędy przejechać. Wspólnie wypychamy samochód i zawracamy. Teraz już
zupełnie jedziemy na przełaj - na najbliższy pagór. O dziwo za nim wyłaniają
się trupio białe jurty. Głośne szczekanie psów wywabia mieszkańca, z którym
rozmawia nasz kierowca. Ustala drogę i po chwili ruszamy wzdłuż rzeczki.
Jedziemy parędziesiąt metrów, zatrzymujemy się i kierowca gasi silnik
i światła. Nic z tego nie rozumiemy, ale cierpliwie czekamy na rozwój
wydarzeń. Po 15 minutach nadjeżdża jeep, i mija nas, a my ruszamy za nim.
Dłuższą chwile jedziemy wzdłuż rzeki, aż w końcu kierowcy znajdują bród
i przejeżdżają rzekę. Jeep odjeżdża w inną stronę, a nasz kierowca jeszcze
długie minuty krąży zataczając okręgi i szuka właściwej drogi. W końcu
znużeni zasypiamy, mając nadzieję, że poradzi sobie sam.
Cisza... Otwieram oczy. Jest niepokojąco cicho. Spokój przerywa metaliczny
dźwięk. Otwierają się drzwi i kierowca prowadzi mnie do koła. Znowu złapaliśmy
gumę. To już chyba piąty raz. Opona jest w tragicznym stanie - cała popękana,
z dziurami, na boki wychodzą druty. Z pomocnikiem na migi pokazują, że
już nie mają zapasowej, ani kleju do gumy. Przeklinając Mongolską beztroskę
i rozmyślając co by było gdybyśmy nie mieli rowerów, przeszukuję sakwy.
Serce mi krwawi, gdy widzę jak nasza niewielka ilość wyprawowego butaprenu
jest wyciskana na dętkę. Jeśli nam zabraknie kleju gdzieś na środku pustyni
Gobi osobiście znajdę tego kierowcę i się z nim rozprawię... Oczywiście,
jeśli gdziekolwiek dotrzemy na flaku...
Po 52 godzinach podróży, w czasie których 7 razy łataliśmy dętki, pękł
resor, zderzyliśmy się z kamieniem, zakopaliśmy się w piachu i dwa razy
zgubiliśmy drogę, cali zakurzeni docieramy do Ałtaju. Bierzemy pokój w
jedynym hotelu w miasteczku i rozpakowujemy rzeczy skręcając cały sprzęt.

Wreszcie
na rowerach
Jeszcze
nie ruszyliśmy w trasę, a już pierwsza awaria - w Jackowym rowerze wyciekło
trochę oleju z amortyzatora. Cała masa śrubek na szczęście pasowała do
siebie, i po wstępnym zapakowaniu się idziemy wieczorem "na miasto".
Ałtaj nie jest turystycznym miasteczkiem i z wielkim trudem udaje nam
się znaleźć coś na kształt restauracji gdzie pałaszujemy mongolskie "przysmaki".
Wieczorem testujemy telefon satelitarny - na całe szczęście działa - i
Jacek nadaje pierwszą korespondencje dla Gazety Wyborczej.
Upychanie wszystkim bambetli trwa do 14.00. Przed hotelem formujemy w
asyście miejscowych naszą karawanę w całość. Do kanistrów zabieramy 25
litrów wody a na jedynej stacji, 5 litrów benzyny do kanistra. Próbujemy
tutaj dowiedzieć się o najbliższą możliwość nabrania wody na naszej trasie,
ale za nic w świecie miejscowi nie mogą zrozumieć o co nam chodzi. Po
200 m kończą się betonowe płyty - jedyny odcinek utwardzonej drogi, jaki
przejedziemy podczas tej wyprawy.
Droga się wspina na przełęcz - będziemy tak jechać cały dzień. Nie dość,
że musimy walczyć ze zmęczeniem - szczególnie Jacek, który tego dnia ciągnie
45-cio kilogramową przyczepkę, ale też ze sprzętem. Dzisiaj łapiemy dwie
gumy - jedną w Jacka rowerze, drugą w przyczepce. Kanister na wodę jest
nieszczelny - na wybojach woda wychlapuje się przez korek. Sprawę załatwia
kawałek worka foliowego, który posłużył jako uszczelka.
Los jakby drwi z nas - gdy zmęczeni zbaczamy z drogi, żeby rozbić obóz,
naszym oczom ukazuje się maleńki strumyk z wesoło chlupoczącą wodą...
Jesteśmy na 2500m - robi się coraz chłodniej, a w nocy temperatura spada
poniżej zera. Rano, aby dostać się do wody musimy rozbić gruby lód.
Następny
dzień to ciężki test dla przyczepki. Kiedy w końcu wspięliśmy się na garb
przełęczy leżącej na wysokości 2800 m, rozpoczął się dwudziestokilometrowy
szalony zjazd. szutrową drogą. Teren, przez który jedziemy, jest skalisty,
na drodze leży mnóstwo żwiru i mniejszych lub większych skalnych okruchów.
Jacek - ciągnący przyczepkę - parokrotnie szarżuje na zjeździe z dużą
prędkością. Przyczepka - z racji swojej budowy - jadąca innym torem niż
ciągnący ją rowerzysta podskakuje na wybojach jak piłeczka pingpongowa.
Nagła utrata równowagi, a w efekcie przewrócenie się przyczepki ma taki
sam skutek jak wyrzucenie kotwicy - rower gwałtownie hamuje i nie reaguje
na ruchy kierownicy. W końcu rowerzysta, rower i przyczepka w tumanie
kurzu i pyłu lądują pozaczepiani ze sobą na ziemi. Za każdym razem Jacek
zgarnia ode mnie surową reprymendę - taka zabawa może się źle skończyć
zarówno dla niego, jak i dla sprzętu. Mając obciążone rowery jedzeniem
na 3 tygodnie nie możemy ryzykować pęknięcia bagażnika lub innego elementu.

Wody !
Pierwsza
wioska i niespodziewany kłopot. Kiedy po zatrzymaniu się w samym środku
zabudowań próbujemy się dowiedzieć gdzie możemy napełnić baniak wodą,
cały przypatrujący się nam tłum nie może, albo nie chce nam pomóc. Gestykulując
pokazujemy na kanister i na jego pustą zawartość. Krążymy ok. 20 minut
między domostwami, próbując znaleźć studnię. W końcu pod największym -
dwupiętrowym budynkiem tankujemy kanister. Cały dzień zresztą prześladuje
nas pech. Po południu czuję obcy na pustyni pozbawionej praktycznie samochodów,
swąd benzyny. Po zatrzymaniu odkrywam jego Źródło i skutki.
W przyczepce, w baniaku z benzyną, zrobiła się maleńka dziurka, przez
którą płyn wylewał się. Cała skrzynia jest mokra - namiot, karimaty, worek
z jedzeniem - wszystko w benzynie. Rozładowujemy i suszymy rzeczy, a otwór
zaklejam poxipolem. Sytuacja powtarza się po 5 km. Tym razem otwór jest
z drugiej strony. Nie mamy do czego przelać paliwa więc znowu łatamy baniak.
Na domiar złego po nabraniu wody Jackowi gwałtownie spada ciśnienie w
oponie. Próbujemy się ratować podpompowaniem - zmiana dętki to dla nas
kolejna strata czasu - lepiej to zrobić na wieczornym postoju. Nie ujeżdżamy
nawet 2 km, a to samo się dzieje z tylnym kołem. Wobec tak niesprzyjającego
losu decydujemy się mu karnie poddać i rozbijamy obozowisko, połączone
z warsztatem rowerowym.

Dziurawe
błądzenie
Rano
czarna seria ma dalszy c iąg.
Po dwóch kilometrach jazdy mamy już dwie gumy. Dzisiaj drugi dzień ciągnę
przyczepkę. Mimo, że droga nie jest pod górę jedzie się coraz gorzej.
Nic dziwnego - znowu guma ! A dokładniej - 3 dziury. Musimy coś z tym
zrobić. Wycinamy wąskie paski pianki z karimaty i wkładamy do koła między
oponę, a dętkę. Niestety po godzinie przyczepka nie ma powietrza w oponach.
Niespodziewanie trafiamy na mały strumień w dolinie, a że jest już południe
stajemy na ciepły posiłek. Musimy coś zrobić - w takim tempie daleko nie
zajedziemy. Zapada decyzja o odchudzeniu przyczepki. Wyrzucamy burty i
podłogę tak, że zostają tylko koła i rama, na której rozpinamy siatkę
z liny, która będzie służyła za podłogę. Opony dokładnie przeglądamy -
wyciągamy wszystkie kolce. Dętki zostają sprawdzone w wodzie - znajdujemy
jeszcze 4 maleńkie dziurki. Wszystko dokładnie łatamy i skręcamy. Wracamy
do rozjazdu i kierujemy się bardziej na południe - nie wiemy czy to dobra
droga, ale po godzinie jazdy spotykamy jurtę, w której potwierdzamy kierunek.
Do końca dnia jedziemy już ciągle pod górę. Rano standardowo łatamy dwie
dętki i piłujemy cały czas pod górę. Na wysokości 2470 m droga... kończy
się. Nie możemy uwierzyć własnym oczom. Ale to prawda. Musimy wracać.
Znajdujemy drogę biegnącą w kierunku wschodnim - wygląda dobrze. Po południu
mija nas pierwsza ciężarówka. Jak zawsze, zgodnie z prawem pustyni zatrzymujemy
się, wymieniamy pozdrowienia i próbujemy się upewnić czy jedziemy w dobrym
kierunku. Mapy, które mamy są do niczego. Największą nadzieję pokładaliśmy
w najdokładniejszej - amerykańskiej satelitarnej. Ale to właśnie ona jest
najmniej dokładna - rozrzut sięga 10 km. Mamy jeszcze kanadyjską i mongolską,
i ta miejscowa jest najlepsza. Może niezbyt dokładna, ale za to przynajmniej
nazwy wiosek się zgadzają. Dzięki temu podczas takich spotkań możemy się
jakoś na migi dogadać z Mongołami. Język angielski do niczego tutaj się
nie przydaje, a rosyjski również nie jest tu zbyt popularny. W kolejnych
dniachnauczymy się, że najbardziej przydatną rzeczą nie jest mapa, ale
kawałek kartki papieru i ołówek - zamiast wskazywać w jakiś nieokreślony
punkt na horyzoncie, lepiej narysować szkic na kartce i uzgodnić kierunek,
prosząc o napisanie
ile jest kilometrów pomiędzy poszczególnymi wioskami. To skutkowało. Tyle,
że czasami pojęcia odległości były bardzo indywidualne. Zdarzyło się,
że po kolei - w odległościach 5 km pytałem trzech osób o ilość kilometrów
do wioski Bulgan i otrzymywałem liczby: 90, 150 i 200.
Po nabraniu do kanistra 20 litrów wody w Chandmani ruszamy w kierunku
Bayantsagaan. Wieczorem wiatr wzmaga się i w nocy już mamy wichurę - na
wskroś przewiewającą namiot i nasze śpiwory. Nieprzypadkowo nasza trasa
została zaplanowana z zachodu na wschód - pustynia Gobi jest znana z silnych
wiatrów zachodnich. Rano nareszcie korzystamy z sił przyrody - z wiatrem
w plecy z niesamowitą jak na drogę szutrową szybkością 25-30 km/h gnamy
do kolejnej wioski. Do końca dnia robimy rekordowy dystans - 73 km. Biorąc
pod uwagę, że po drodze przyjaźni Mongołowie na motorze poczęstowali nas
pół litrem wódki zagryzane bardzo popularnymi tutaj cukierkami, to naprawdę
jest to nie lada wyczyn.
Znikają już góry, dla nas była to prawdziwa katorga - mocno obciążeni
jedzeniem i wodą na 20 dni nie byliśmy w stanie przejeżdżać
dużych dystansów. Krajobraz robi się coraz bardziej płaski i pustynny.
Coraz częściej musimy przejeżdżać przez piaszczyste łachy na drodze, czasem
schodząc z roweru i prowadząc go. W takim terenie bardzo często występuje
znienawidzona przez nas tarka - to małe poprzeczne garby - podobne do
tych jakie w miastach tworzą się przed światłami - na wskutek "zwijania
się" asfaltu podczas hamowania samochodów. Ciągnąca się kilometrami
przyprawiała nas o ból głowy i nie tylko. Rozstaw kół w naszych rowerach
był taki, że przednie i tylne koło w innych momentach wjeżdżały w dolinkę
i na garb. "Doznania" były zatem podwójne. Jedynym sposobem
pokonania takiej przeszkody była jazda z dużą prędkością - dalece przekraczającą
nasze możliwości. Gdy pedałowaliśmy powoli podskakujące w inny takt przednie
i tylne koła doprowadzały nas do ciężkiej rozpaczy. Kiedy się tylko dało,
opuszczaliśmy drogę i szukaliśmy ratunku jadąc na przełaj. Czasami jednak
na podobny pomysł wpadali kierowcy aut i na szerokości 100-200 metrów
- po horyzont, jak okiem sięgnąć, wszędzie były wściekłe małe garby.

Wulkan
Kiedy
właśnie w takim jednostajnym płaskim krajobrazie na horyzoncie zobaczyliśmy
ciemny zarys stożka mieliśmy temat na dociekanie co to jest na cały dzień.
Tyle bowiem zajęło nam przejechanie 40 km dzielących nas od tajemniczego
obiektu. Podjeżdżając coraz bliżej upewnialiśmy się, że samotna góra na
samym środku pustyni jest ok. trzystumetrowej wysokości wygasłym wulkanem.
Ten dzień zapamiętaliśmy jeszcze z jednego powodu. Cały dzień wiał wiatr.
Przyzwyczailiśmy się już do niego - zazwyczaj pomagał nam, czasem kluczył,
wirował, porywając drobny piasek, który znajdywaliśmy wszędzie - w kubku
z herbatą, w kieszeniach, w sakwach i w torbie fotograficznej. Maruder
wolno wywijający łyżką podczas przerwy na chińskie zupki, na dnie menażki
mógł znaleźć całkiem ładny pokład piasku. Najgorsze było jednak jeszcze
przed nami. Nocleg rozbiliśmy pod "naszym" wulkanem - liczyliśmy,
że osłoni nas trochę przed wiatrem. Udaje nam się jakoś odgarnąć z czarnych
kamieni teren pod namiot. Jemy w spokoju kolację - dzisiaj mamy liofilizaty
i kisiel. Wiatr zupełnie ustał - jest cudownie cicho i dziwnie ciepło.
Zasypiamy obserwując miliony gwiazd na nieboskłonie.
W nocy rozpętało się piekło. Najpierw słychać zbliżający się grzmot, coraz
bliżej, i bliżej, nagle ucicha na sekundę i namiotem wstrząsa potężne
uderzenie. O drugiej trzydzieści w nocy wiatr zupełnie oszalał. Wściekłe
podmuchy co chwila przyginają naszą kopułkę do samej ziemi - aluminiowe
maszty co rusz uderzają nas po głowie. Gwałtowność wichury jest tym przerażająca,
że wiatr nie wieje ciągle z jednostajna szybkością - wpada pomiędzy "naszą"
górę oraz dwa mniejsze pagórki obok i gubi się na chwilę żeby dopaść nas
z podwójną siłą. Nie ma mowy o spaniu - musimy podtrzymywać maszty. Wydaje
się, że jedynym pragnieniem wiatru jest zamienić cały świat w jednostajną
pustynię, na której już nic nie będzie... Nas również.
O 5 nad ranem wpadamy na genialny pomysł. Wychodzimy z namiotu i zdejmujemy
ostrożnie maszty. wsuwamy się pod oklapnięty materiał i otaczamy się sakwami
i rowerami, kładąc je wszędzie tam gdzie wiatr porywa materiał. Na koniec
wsuwamy się zupełnie pod szmatę, a zamknięcie przytrzymujemy ręką. W taki
sposób przynajmniej można drzemać będąc spokojnym, że nie porwie namiotu
i nas w środku.
Rano podsumowujemy bilans nocy - namiot jest podarty na długości jednego
boku, maszt mocno wykrzywiony - na szczęście nie pękł. Jackowi wiatr porwał
jeden bidon.

Mongolskie wesele
Mocno
niewyspani ruszamy w dalszą trasę. Kończy nam się woda - zostało już tylko
5 litrów. Silny wiatr powoli zmienia kierunek na boczny, a teren robi
się coraz bardziej górzysty. O czternastej na horyzoncie pojawiają się
jurty. Porzucamy trakt i kierujemy się na przełaj ku namiotom, obok których
stoją dwa radzieckie gaziki i parę motorów. Otwieramy drewniane, niskie
drzwi i wydobywający się w momencie ich uchylania gwar niknie, jak nożem
uciął. Stoimy jak wryci. Cała jurta, szczelnie - dosłownie po sam sufit
- jest wypełniona ludźmi. My patrzymy, zaskoczeni takim tłumem - w końcu
już od wielu dni nie widzieliśmy tyle osób na raz, oni patrzą na nas.
Musimy wyglądać jak przybysze z innej planety - w rękawiczkach bez palców,
w dziwnych butach, obcisłych kolorowych spodenkach, i koszulkach, z kosmicznymi
okularami. Zostajemy zaproszeni do wewnątrz i posadzeni na honorowym miejscu
obok nowożeńców - bo jak się wkrótce okazuje - trafiliśmy na mongolskie
wesele. Czujemy się jakbyśmy brali udział w kręceniu jakiegoś filmu etnograficznego
- mamy okazję uczestniczyć w tradycyjnych obrzędach opisywanych w przewodnikach.
Najpierw zostajemy poczęstowani sadłem baranim - starszy człowiek - mistrz
ceremonii, zardzewiałym nożem odkrawa kawał białego smalcu. Nie smakuje
to wykwintnie, ale myśląc ile ten przysmak
zawiera kalorii szybko przełykamy. Potem następuje rytuał częstowania
tabaką. Po kolei podają nam małą, białą, buteleczkę ze szkła, w korku
której po odkręceniu jest łyżeczka. Nabieramy troszeczkę ciemnego proszku
i po nasypaniu na kciuk wciągamy po kolei obiema dziurkami nosa. Kiedy
już ku uciesze wszystkich zgromadzonych słusznie kichnęliśmy, dostajemy
srebrną, płaską czarkę wypełnioną wódką. Mamy upić łyczek napoju i oddać
naczynie mistrzowi ceremonii, on dolewa znowu chochelką płynu i podaje
następnemu. Do popicia dostajemy typową mongolska herbatę, do której smaku
już zdążyliśmy się przyzwyczaić.
Próbujemy nawiązać rozmowę, ale jest to trudne - jak wszędzie praktycznie
nikt nie mówi po angielsku i rosyjsku. Zajadając miejscowe przysmaki -
ciastka, cukierki, ser, który śmierdzi gorzej niż nasze skarpety oraz
makaron z nieprzyprawionym mięsem przyglądamy się z zaciekawieniem rozwojowi
sytuacji. Kiedy miejscowi nasycili już ciekawość nami, rozpoczęły się
śpiewy a cappella - każdy brał czarkę z wódką i wznosząc ją do wysokości
ust intonował pieśń, którą tłum podchwytywał. Następnie wszyscy po kolei
zaczęli podchodzić do państwa młodych i obdarowywać ich prezentami ślubnymi:
belami materiałów na ubrania, wykładziny lub wojłoku - materiału używanego
do budowy jurty, chińskim radiem, zestawem garnków lub sztućców czy tradycyjnym
instrumentem morin-chuur. Także i my postanowiliśmy podtrzymywać tradycje
i podarowaliśmy jeden z naszych dyktafonów. Miałem co prawda duże wątpliwości
czy się takie urządzenie przyda na pustyni, ale może kiedyś...
O godzinie 17.30 nagle, wszyscy jak na znak zrywają się z miejsc i wysypują
przed jurtę. Panuje ogólny harmider i wrzawa - psy szczekają, dzieci gaworzą
i płaczą, a goście - niektórzy ledwie trzymając się na nogach - żegnają
się z gospodarzami. Po kolei wsiadają na swoje żelazne rumaki - samochody
lub motory i błyskawicznie znikają za horyzontem.
Zostajemy sami z państwem młodymi i rodzicami. Decydujemy się na nocleg
- z nadmiaru wrażeń nie mamy ochoty pedałować, a po nieprzespanej nocy
sen i odpoczynek przyda nam się. 100 metrów za jurtami jest wyschnięte,
płytkie koryto rzeki; mamy nadzieję, że stromy brzeg da nam ochronę przed
ciągle wiejącym silnym zachodnim wiatrem. Musimy jednak poczekać do zmroku
- dopiero wtedy wiatr na tyle ucicha, że jesteśmy w stanie postawić naszą
potarganą kopułkę i ułożyć się do snu po pełnym wrażeń dniu.

Nie ma
wody na pustyni ...
Woda
powoli kończy się - zostało nam tylko 3 litry. Przed nami jest co najmniej
100 km pustyni - trzej spotkani po kolei kierowcy podawali sprzeczne informacje
na temat odległości do najbliższych jurt. Najbardziej prawdopodobna wydaje
się liczba 90 km, ale to i tak za dużo - zbliża się wieczór, a my jesteśmy
prawie bez wody. Wreszcie mija nas UAZ - rozmawiamy z kierowcą - według
niego za kilometr będzie studnia. Spokojni już jedziemy dalej i znajdujemy
żyzną polanę. Trawa - nawet taka wyschnięta na wiór- to rzadkość, świadczy
o obecności wody w tym miejscu. Porzucamy rowery i zataczając coraz większe
kręgi szukamy jej. Po godzinie rezygnujemy. Nie ma wyjścia - wodę musimy
nabrać z kałuży. Nie martwilibyśmy się w ogóle całą sytuacja, gdyby nie
to, że maleńkie bajorko wypełnione wodą całe jest zryte racicami zwierząt,
na dnie znajduję się ich odchody, a brzeg jest cały biały od kryształków
- prawdopodobnie sody. Nabieramy kubeczkiem 10 litrów i od razu wrzucamy
podwójną dawkę tabletek odkażających. Wjeżdżamy na pobliskie wzgórze,
z którego rozciąga się przerażający widok na naszą jutrzejszą trasę. Olbrzymi
płaskowyż - po sam horyzont - na którym poza piachem, żwirem, wąską, ledwie
widoczną wstążką drogi i ku naszemu zdumieniu drzewem ,
nic
nie ma. Nie musimy nawet nic mówić - oboje wiemy, że dzisiejszy obóz rozbijemy
pod tym jedynym, samotnie jak palec stojącym drzewem.
Rano wita nas porywisty wiatr - właściwie powinniśmy już się do niego
przyzwyczaić. Dorzucamy drewna - którego pod drzewem dostatek - do ogniska
i jemy tradycyjną papkę kaszko-mleczno-musli. Góry - dotychczas widoczne
na horyzoncie znikają. Droga zamienia się w dwie ledwie widoczne ścieżynki.
Wiatr przybiera na sile porywając w górę piasek. Wpadamy w jakiś trans
- gdziekolwiek nie spojrzymy, w którąkolwiek stronę się nie obrócimy -
widzimy ten sam krajobraz - po horyzont jednostajny, niczym nie zakłócony
płaskowyż żwirowy. Dopiero teraz - po 14 dniach podróży rowerem czujemy,
że jesteśmy na pustyni, czujemy że jesteśmy tu intruzami. Jeśli przez
miliony lat nie ostał się żaden kamień, żadna roślina, to co my tutaj
robimy ?

W piachu
 Pod
koniec dnia monotonię pustyni burzy zarys pagórów na horyzoncie - dojeżdżamy
do Chongoryn Els - pasma wydm o szerokości 5 km ciągnących się 100 km
z zachodu na wschód. Aby dostać się do wioski Sevrey musimy je przekroczyć.
Gdy nasze koła grzęzną w piachu, tak, że musimy zejść z rowerów i je prowadzić,
rozpętuje się znowu piekło - burza piaskowa. Miliardy drobinek wciska
się i penetruje uszy, nos, oczy, piasty i jak podejrzewam każde najlepiej
uszczelnione łożysko w naszych Gary Fischerach. O dalszej jeździe nie
ma mowy - nie dość, że nic nie widać, to zasypało drogę przez wydmy. Na
całe szczęście 300 m od nas jest mała szopa - jak się okazuje nieczynna
pompa - jest tam trochę ciszej.
Postój
opłacił się - wieczorem wiatr ucicha i naszym oczom ukazują się w całej
okazałości oświetlone czerwonokrwistym światłem zachodzącego słońca wydmy.
Dawno
już nie wstawaliśmy w takiej ciszy. Błękitno-niebieskie niebo i coraz
wyżej wspinające się słońce - to widok dla nas rzadki. Gdyby nie kolor,
można by pomyśleć, że jesteśmy w Alpach na nartach - w nocy było -8( C,
teraz jest -1( C, powietrze jest ostre jak brzytwa, a po horyzont ciągną
się gładkie wydmy niczym narciarskie stoki. Podejmujemy decyzję o rozstaniu
się z przyczepką - jesteśmy już w stanie upchnąć wszystkie rzeczy na bagażnikach,
a przeprawianie się z nią przez piasek, mocno opóźni nas. Jacek idzie
z przodu - z bagażnika zdjął plecak, z którym idzie - dzięki temu ma lżejszy
rower do noszenia. Ja taśmą przewleczoną przez głowę i ramię, zaczepioną
o siodełko jednocześnie ciągnę i - za kierownicę pcham rower. Przejście
ok. 5 km przez piach zajmuje nam 2 godziny - nie możemy sobie odmówić
wchodzenia na wydmy i zjeżdżania z nich na rowerach oraz zrobienia sesji
zdjęciowej. Przejazd przez wydmy i następnie wdrapanie się na przełęcz.
mocno nadwerężył nasze siły - o 15.00 na obiad jemy po jednym liofilizacie
i dodatkowo jeszcze po chińskiej zupce - to prawdziwa bomba kaloryczna.
Trzy dni przedzieramy się przez góry i osiemnastego dnia jazdy na licznikach
pojawia się upragniona liczba: 1000. Tysiąc kilometrową podróż przez bezdroża
pustyni Gobi świętujemy kupionym w wiosce koreańskim piwem "Kacc".
Jest wysoko i zimno - GPS pokazuje 2100 m n.p.m. a temperatura w nocy
spadła do -10(C.
To już koniec wyprawy - na noc dojeżdżamy do cywilizacji. Nocujemy w Gar
Campie - coś w stylu campingu - gdzie bogaci turyści - w większości Japończycy
- śpią w czyściutkich jurtach z pościelą i z nocną lampką przy dużym łóżku.
Rano tradycji staje się zadość - jemy ostatnią papkę kaszkową i podążamy
na południowy wschód do Dalanzadgadu. Cały następny dzień próbujemy wydostać
się z wioski - stałego połączenia ze stolicą nie ma. Umawiamy się z dwoma
kierowcami, że nas zabiorą, ale żaden nie przybywa na spotkanie. Wielogodzinne
poszukiwania i rozmowy nie dają skutku. Jest początek października, i
w Dalanzadgadzie nie ma żadnego turysty. W końcu przyjeżdża z Ułan Bator,
nowiutki UAZ, który przywiózł dwóch Japończyków do Gar Campu, gdzie spaliśmy.
Będzie jeszcze dzisiaj wracał z powrotem. Kierowca podaje nam taką cenę,
jaką zapłacili jego pasażerowie - 600$ za kurs. Oczywiście dla nas jest
to cena nie do przyjęcia. Negocjacje trwają godzinę, w czasie której Mongoł
- aby nas zmiękczyć - ucina sobie drzemkę w samochodzie, spaceruje po
bazarze i czyści samochód. Staje w końcu na 50$. To dla nas dobra cena
- płacimy dwa razy więcej niż normalnie, ale za to podróżujemy w luksusowych
warunkach - we dwójkę, zamiast z ośmioma dodatkowymi pasażerami.
Dwa kolejne dni to przygotowywanie się do odlotu - musimy zdobyć kartony
i opakować rowery - oraz kupowanie pamiątek. W deszczowy, październikowy
dzień o godzinie 21.05 lądujemy na Okęciu.

Statystyka
Dystans
1113 km przez pustynię Gobi pokonaliśmy w 19 dni. Średnio dziennie przejeżdżaliśmy
58 km ze średnią prędkością 13 km/godzinę. Wspięliśmy się na maksymalną
wysokość 2800 m. 25 razy łataliśmy dętki, pękło nam 5 szprych i bagażnik.
Obie tarcze korbowodu zostały pogięte przez wyrywane przez przednie koło
kamienie.
Mieliśmy w sumie 34 porcje liofilizatów (suszone jedzenie stosowane przez
alpinistów i polarników), 40 batonów czekoladowych, po 2 kg kaszki dla
dzieci, mleka w proszku, kaszy kus-kus, 60 zupek chińskich, 2,5 kg Isostaru..
W sumie każdy z nas miał po 16 kg jedzenia.
Jechaliśmy na rowerach Gary Fischer Tassajara i Marlin. Oba miały ramy
typu "Genesis". Jak nas zapewniał pan Tomasz Piątkowski - właściciel
firmy Ski-Team, która była głównym sponsorem wyprawy - to rewolucja w
tak zdawałoby się niereformowalnej części jak rama. Rzeczywiście - na
żadnym rowerze (a miałem ich już kilka) nie jechało mi się tak wygodnie.
Tasajara to pierwszy rower, na którym jednocześnie dobrze jeździ mi się
w górach jak i na szosie. Na podjazdach tylne koło jest niesamowicie czepne
- można atakować wzniesienie dotychczas niedostępne dla rowerów. Jedyna
rzecz, która się spisywał kiepsko - to pedały SPD. Kompletnie nie nadają
się na pustynię - zapychają się piaskiem i nie da się z nich wypiąć, nawet
mimo częstego czyszczenia i oliwienia - zresztą, przy tak intensywnym
używaniu, olej skończył się po 10 dniach. Liczniki Trek - Radar, też nie
sprawowały się najlepiej - mój (pomimo wymiany w Polsce) czasami zatrzymywał
się ni stąd ni zowąd. Amortyzatory mogłyby być lżejsze, no ale w końcu
nie byłyby to doskonale Rock Shox Judy XC - sprężyna w oleju musi swoje
ważyć. Ski-Team wyposażył nas w cały sprzęt - od rowerów po skarpetki
i majtki. Z ubrań doskonale sprawowały się rękawiczki Specialized, i skarpety
Gary Fischer - nadają się na największe upały.
Sakwy Cumulus to z kolei najlepsze sakwy jakich używałem - potężna pojemność,
dodatkowo zwiększana, przez podniesienie komina, kieszenie i pokrowiec
przeciwdeszczowy doskonale przydadzą się na wyprawach. Mocowanie - podobne
jak w uważanych przez wielu podróżników za topowe niemieckich Ortliebach
- na haki z blokadą i możliwością dużej regulacji.
Składamy serdeczne podziękowania dla Poczty Polskiej - Dyrekcji Okręgu
Poczty we Wrocławiu za sponsorowanie naszego przelotu samolotem.
Powyższy reportaż ukazał się w miesięczniku "bikeBoard"

 
 

|