Praca konkursowa: "Opisz swój udział w maratonie
rowerowym"
Wyróżnienie
Legendarne !
Bieszczadzkie !
Błoto !
Gęsta, brunatna maź oblepia sprzęt i wciska się w każdy
zakamarek ciała. Pędzę opadającą lekko w dół terenową
drogą pełną niezliczonych kałuż omijając co bardziej
okazałe. Spod koła strzelają grudki błota , jedna pacnie
w oko, inna w nos, jeszcze inna celuje w ucho. Przede
mną niepozorna sadzawka w kolorze kawy z mlekiem. Zajmuje
całą szerokość drogi ale wygląda na wąską i łatwą do
pokonania. Kilka mocniejszych obrotów korbą i przednie
koło atakuje już wodną przeszkodę..........zanurza się
po piastę w błotnej breji , rower nurkuje i zatrzymuje
się w miejscu, a ja lecę ponad kierownicą . RETY - CZEMU
JA NIE MAM KASKU ?!!!
Jakiś błysk ..........i podrywam się z łóżka. Żona
obok podnosi głowę i pyta się co jest grane. Kolejny
błysk za oknem przywraca mi świadomość. Wyraźnie słychać
z jaką furią burza atakuje kroplami deszczu parapet
za oknem. Kolejne błyski, po nich głośne grzmoty .Leżąc
słyszę te odgłosy przez dłuższy czas póki nie zasypiam.
Ranek jest zimny i mglisty. Burza odeszła lecz zostawiła
po sobie zasnute chmurami niebo i drobne lecz ciągłe
opady deszczu. Nocne przygody trochę ostudziły mój entuzjazm
do wyjazdu w Bieszczady. Żona rezygnuje z wyjazdu nawet
nie patrząc przez okno. Rower wkładam do samochodu gdyż
jakoś tak żal wystawiać go na tą pluchę. Jeszcze tylko
wymowne spojrzenie od ojca i już jadę przez Błażkową
w stronę Jasła. Masyw Liwocza spowity w chmurach sprawia
przygnębiające wrażenie ale jednocześnie budzi jakiś
dreszcz emocji i przygody. Za Jasłem włączam drugi stopień
wycieraczek, a za Duklą odpalam trzeci. Gdzieś w okolicy
Wisłoka mijam samotnego kolarza w pelerynie. W Komańczy
opady słabną i zamieniają się w delikatną mżawkę. Parking
przed biurem zawodów prawie pusty, nieliczni przybyli
kolarze skryci we wnętrzu samochodów. Dopiero po około
30 minutach od mojego przybycia coś zaczyna się dziać,
przybywa aut, zaczynają kręcić się ludzie, robi się
tak jak to jest przed wyścigiem, ktoś rozmawia, tamten
coś grzebie przy rowerze, ktoś inny już się rozgrzewa.
Dojeżdża również samotny kolarz, którego widziałem w
Wisłoku - okazuje się, że to znajomy z Jasła wybrał
się wycieczkę
Aura nie rozpieszcza ale frekwencja zapowiada się całkiem
przyzwoita, obsada też niczego sobie. Przed startem
znów zaczyna mocniej padać, groteskowa sytuacja gdy
bracia Bieniasze chronią się pod parasolem stojąc już
na linii startu. Odliczanie i - poszli !!
Początek to wiadomo - ogień. Komańcza jest niewielka,
już po kilkuset metrach opuszczamy asfalt i trzeba wspinać
się stromą szutrówką. Chwila wytchnienia na szczycie
i już koncentracja gdy na błotnistym zjeździe rower
zamienia się w baletmistrza i zażarcie wykonuje pode
mną przeróżne ewolucje. A potem zaczynam ponownie śnić.
Tym razem już na jawie. Jadę znów błotnistą drogą. Pod
kołami mlaska błoto, wokół fruwają grudki błota, zawartość
bidonu smakuje jak błoto. Kałuże po piasty - są takie
płytkie, są głębokie, są takie wypełnione wodą, są też
w połowie wodne, w połowie błotne. Wszystkie rodzaje
kałuż, zajmują całą drogą, pobocze, niekiedy tworzą
wręcz system kałuż skutecznie utrudniających przejazd.
Taką trasą jedziemy kilkanaście minut i dopiero trawiasty
podjazd daje wytchnienie od błota. Stromo ale nawierzchnia
zdecydowanie przyjemniejsza. No i zaczyna mi się dobrze
jechać.
Za to napęd po błotnej maseczce zaczyna piszczeć i skwierczeć
niczym kiełbasa na grillu. Nic to - zaczyna być naprawdę
przyjemnie, deszcze przestał padać, widoczki rewelka,
zieleń okolicznych gór jest tak intensywna, że aż trudno
to opisać. Koszmary senne już odeszły w dal i cieszę
się że przyjechałem tutaj.
Tymczasem szybki zjazd po hali i przed nami nie byle
jaka przeszkoda. Rzeka !. Żaden tam strumyk czy ciek
wodny. Normalna rzeka, szeroka na kilkanaście metrów,
mocny prąd w środkowej części. Woda rozbryzguje się
pod kołami, buty już w wodzie, rower zaczyna stawiać
opór, do brzegu jeszcze kilka metrów, kolana już pod
wodą, jeszcze trzeba mocniej przycisnąć - dojadę czy
popłynę z prądem ?
Nurt mocno ciągnie w swoją stronę, na kilka sekund staję
w miejscy jak gdyby rower zastanawiał się co zrobić,
ostatni rzut ciała do przodu i przednie koło wynurza
się z wody, odzyskuję kontrolę na rowerem, mocno trzymając
się kierownicy kręcę resztką sił i wydostaję się z wody.
Napęd czyściutki, buty czyściutkie, w sumie to nawet
fajna ta kąpiel była
No a dalej nawierzchnia robi się bardziej ludzka. Kamienista
droga jest wygodna. Lekko wznosi się do góry , zaczyna
się podjazd na przeł. Żebrak. Naprawdę dobrze zaczyna
mi się tu jechać, w końcu udaje się wyprzedzić kilka
osób. Tak jest przez kilka kilometrów, raz stromo ,
raz łagodniej, czasem krótki zjazd ale cały czas zdobywamy
wysokość i na przełęczy skręcamy na w kierunku Chryszczatej.
Poruszamy się teraz czerwonym szlakiem turystycznym.
Robi się ciekawie, pojawiają się kamienie, korzenie,
bardzo strome podjazdy i podejścia. Trasa jest pofalowana,
kilkumetrowe zjazdy i znów w górę i młynek do roboty.
W tym miejscu czuję, że coś zaczyna się dziać z moimi
hamulcami. Przód jakoś nie bardzo chce łapać. Tłumaczę
to sobie, że może tarcze jeszcze mokre, może zabrudzone
błotem. Celowo na kilka zjazdach mocniej naciskam klamki
aby je wyczyścić. Odnoszę wrażenie , że jest lepiej
ale już po chwili góry weryfikują moje wrażenia. Szczyt
Chryszczatej gościł mnie tylko przez kilka sekund bo
tam w dole czekały już jeziorka Duszatyńskie. Pierwszy
stromy fragment pokonuję szybko i sprawnie chociaż błoto
wymieszane z kamieniami oraz mokre korzenie nie ułatwiają
zadania. Hampel jednak coś nie działa jak powinien,
kolejny stromy fragment wystawia mnie na trudną próbę
gdy przód odmawia całkowicie działania. Jeszcze ratuję
się tylnim ale to już nie jest taka jazda jakiej bym
oczekiwał. Coś tam próbuję jeszcze jakoś walczyć ale
zdaję sobie sprawę, że w tych warunkach tylni hamulec
też długo nie pociągnie. I tak staje się dosłownie po
kilku minutach. Stroma ścieżka wije się między drzewami,
nabieram prędkości, mocno zaciskam klamki...........i
nic !! Nic - jadę dalej !!
Panika - wielka i straszna chwyta mnie za gradło. Instynkt
przetrwania nakazuje mi z całą siłą wciskać klamki hamulcowe,
a jednocześnie kieruję rower w poprzek stoku oraz wystawiam
nogę próbując rozpaczliwie zmniejszyć prędkość. Przede
mną drzewo - uderzam rogiem w pień i już na liczniki
mam " zero" Chwilę patrzę jak rywale kolejno
jeden po drugim znikają w dole. Przeglądam sprzęt, wydaje
się, że wszystko całe. Sprawdzam hamulce, nic się nie
poprawiło, chwytam za mostek i truchtem docieram do
jeziorek. Potem zaczynają się szutrówki gdzie wcale
nie jest lepiej, jadę bardzo asekuracyjnie, opracowałem
szybko nowy system hamowania. Jedna noga wypięta, dociskam
butem do opony , a gdy szybkość robi się niebezpieczna
szoruję podeszwami o drogę. Szkoda butów ale zdrowie
chyba ważniejsze. Jeszcze tylko wjeżdżam w strażaka
zabezpieczającego trasę i dostaję informację, że do
mety około 5 km. Zatrzymuję się na chwilę, staram się
jeszcze coś zrobić żeby sprawnie przejechać ten odcinek.
Podciągam trochę klamki hamulcowe ale to już niewiele
pomaga i wolno zjeżdżam do Komańczy. Wpadam na ogrodzenia
jednego z domów gdy nie mieszczę się w zakręcie i wąskimi
uliczkami docieram na metę. Brudny, zmęczony, trochę
zniechęcony. Miał być długi dystans ale nie wyszło.
Tylko 5 osób pojechało na drugą pętle. Tych 5 szczęśliwych,
którzy mieli jeszcze sprawne hamulce. Zresztą hamulce
to temat dzisiejszego dnia , chyba niewiele jest osób,
które nie miały problemów z tym elementem roweru. Ten
maraton będzie długo tkwił w pamięci. Gdyby pogoda dopisała
to był by on jednym z wielu w sezonie. W zaistniałych
warunkach jazda stała się walką o przetrwanie. Ludzie
przetrwali ale sprzęt sobie nie poradził. Może za rok
będzie inaczej.
Maraton wygrał Mirek Bieniasz, który o kilka minut pokonał
swego brata Maksymiliana.
Piotr Furmański
|